Kategoria: Ptaki

Karolinka a Wielki Rok

Karolinka to kaczka, a nie dziewuszka o imieniu Karolina. U nas obca, tak jak obcą kaczką jest mandarynka. A obie piękne – czyż nie? – i łatwe w hodowli, więc sprowadzono je w XVIII wieku do Europy Zachodniej dla upiększania ogrodów.

 Tę pierwszą sprowadzono z Ameryki Północnej, tę drugą z dalekiej Azji. Jak pisze ciotka Wiki: “(Mandarynka) zamieszkuje dorzecze Amuru, Sachalin, Japonię, Mandżurię, wschodnie Chiny i Park Potulickich w Pruszkowie”. No właśnie – w tym Pruszkowie (i pewnie Parku Łazienkowskim) jest zasadnicza różnica pomiędzy gatunkami. Choć oba to uciekinierzy z hodowli, mandarynka – wypuszczona celowo w 1999 roku w Łazienkach – jest już ptakiem lęgowym w Polsce. Pewnie tylko kwestią czasu jest uznanie jej za część polskiej awifauny. Tymczasem ciągle nieliczne obserwacje karolinek w Polsce i brak stwierdzonych lęgów jednoznacznie kwalifikują ją jako uciekiniera z hodowli. Najbliższe miejsce, gdzie gatunek ten wyprowadza lęgi, to Berlin – czyli już niedaleko….

Niewielu jest tych uciekinierów. W ubiegłym roku w bazie ornitho zanotowano tylko 19 miejsc w Polsce, gdzie karolinkę widziano. W tym roku zaledwie 7. Do wczoraj, bo dzisiaj ktoś przypadkiem zauważył samca karolinki (karolka?) wśród stada krzyżówek na Kwisie w Mirsku. I jam to na szczęście był! Wśród 138 krzyżówek rzucił mi się w oczy taki widok 

Ptak najbliższy centrum kadru z pewnością nie był sto trzydziesto dziewiątą krzyżówką. Nie był też płochliwy, dał się nieco podejść i pozwolił komórką zrobić sobie kolejne zdjęcie. 

I jeszcze jedno – już z całkiem bliska

Jest to moja pierwsza w życiu obserwacja karolinki. Cieszy podwójnie, bo rzadka to gratka a w dodatku tuż pod nosem, gdzie nikt jej wcześniej nie widział i spodziewać się nie mógł. 

A jak taka karolinka ma się do mojego Wielkiego Roku 2023? Nijak, bo uciekinierzy z hodowli nie zaliczają się do polskiej awifauny. Szkoda, ale słusznie – gdybym swoje kury i biegusy na chwilę na wolność wypuścił, też by się nie liczyły. Choć patrząc na trendy, jest tylko kwestią pięciu, dziesięciu lat, a karolinka ptakiem lęgowym u nas się stanie. Tak i z gęsiówką egipską, kazarką rdzawą i z innymi inwazyjnymi gatunkami całkiem niedawno było. Taki klimat….

Dla mnie ten malutki samczyk karolinki i tak jest waży tyle, ile dziesięć innych pospolitych gatunków razem wziętych.

Stan gry na końcówkę – ale jeszcze nie koniec przecież – stycznia: 90 gatunków! Dziś doszedł pluszcz na Mrożynce, w ostatnich dniach gil i jer pod domem i pliszka górska na Bobrze za Lwówkiem. Niesamowite jest to bogactwo lokalnych gatunków zimową porą!

Dla równowagi i perspektywy: w Wielkim Roku 2023 prowadzi osoba ze stu trzydziestoma i jednym gatunkiem, a w całej Polsce łącznie odnotowano w tym roku już 180 gatunków. Jest moja szklanka zatem dokładnie w połowie pełna, czy dokładnie w połowie pusta? Zdecydowanie pełna – w zeszłym roku próg dziewięćdziesięciu gatunków przekroczyłem dopiero na początku marca.   

Nieme, krzykliwe, czarnodziobe

Dodatkowym benefitem liczenia ptaków w ramach Monitoringu Zimujących Ptaków Wodnych jest dla mnie informacja o występowaniu ptactwa na różnych zbiornikach Dolnego Śląska. Oczywiście, jeśli tylko obserwatorzy wpiszą swoje wyniki nie tylko do arkuszy, ale i podzielą się nimi w bazach ornitho.plclanga.comKartotece Awifauny Śląska czy eBird.org. Mnogość portali, ale używane one są niespójnie i nieregularnie – czasem te same obserwacje wrzucane są prze jedną osobę do więcej niż jednej bazy, a często nie są w ogóle raportowane. Na szczęście jednak przy okazji MZPW część ludzkości zaraportowała swoje wyniki, dzieląc się wynikami z resztą. Oprócz oczywistych miejsc i gatunków raporty te wskazały nowe dla mnie miejsca, np. zakola Odry pomiędzy ujściem Odry a Głogowem.  Ale trochę daleko tam – dwie i pół godziny jazdy w jedną stronę. 

Ciekawiło mnie również, jak o tej porze roku mają się Stawy Przemkowskie. Tak się złożyło, że ptasiarz liczący tam ptaki w ramach MZPW wpisał swoje wyniki do ornitho – okazało isię, że całkiem sporo gatunków tam zimuje. Trzeba się więc było tam wybrać. Choć to też daleko (2 godziny jazdy), ale z poprzednich wizyt wiemy, że to rozległy i dobry teren do spacerowania z psami i fotografii. Zwłaszcza gdy wybierze się z prognozy dzień akurat pogodny, jak nam się trafił. 

A był to ostatni dzień przed nadejściem zimy. Stawy po ostatnich nocnych mrozach już zaczęły się pokrywać cienką warstwą lodu, ale większość powierzchni stawów była jeszcze dostępna dla ptactwa. Gdy to piszę, na Dolnym Śląsku śnieg pada już drugi dzień, płytsze zbiorniki już zamarzły, więc z pewnością ptactwo już się przemieszcza w cieplejsze rejony. Zdążyliśmy je uchwycić na Przemkowie w ostatniej chwili.

Wycieczkę rozpoczęliśmy jak zawsze – od przejścia kładką ku wieży obserwacyjnej.

Kładka od naszej ostatniej wizyty uległa dalszemu popsuciu. Chyba czas ją nadgryza. Trafiliśmy na miejsce, gdzie już się wydawało, że będziemy musieli zawrócić – przerwa na dwa metry, po bokach woda po kolana. Jakoś po rozrzuconych deskach i nie mocząc za bardzo butów udało się nam wszystkim, nawet psów nie trzeba było przenosić na rękach. 

Nagroda przyszła szybko. A właściwie przeleciała. Wiele nagród naraz.

Ponad trzcinami od strony stawów najpierw dał się słyszeć głos łabędzi, a potem zobaczyć same łabędzie. Pierwsze były krzykliwe

Przeleciało jedno stado, drugie, trzecie po kilka ptaków w każdym. Po głosie a po chwili i po  obrazie w lornetce poznałem, że to wszystko łabędzie krzykliwe. Nadlatywały na tyle często, że udało się kilka ładnych zdjęć im zrobić.

Dużo rzadziej przelatywały nasze najpospolitsze łabędzie nieme.

Pomiędzy kolejnymi nalotami krzykliwych zaczęły pojawiać się i łabędzie czarnodziobe.

Choć w pierwszej a nawet i w drugiej chwili nie było to oczywiste. Na obrazkach w książkach łatwo dostrzec wyraźne różnice pomiędzy krzykliwym a czarnodziobym- ten drugi ma czarniejszy dziób, jest mniejszy, nieco bardziej krępy. Ale w locie, gdy widzi się ptaki w ruchu pod światło przez parę sekund. Całkowitą pewność, co do gatunku, ma się często dopiero po obejrzeniu zdjęć w domu. 

Więcej czarnodziobych

Jeszcze przed dojściem do wieży obserwacyjnej zliczam ponad 40 łabędzi krzykliwych, kilkanaście czarnodziobych i tylko dwa nieme. Nawet gdybym już dzisiaj nic nie widział, to ptasi cel wycieczki został już osiągnięty.

Dochodzimy do wieży. Maroni szybko złapał, jak wchodzić po kratkowanej konstrukcji, Sunię trzeba było wnieść. Pierwszy rzut oka na lustro wody  

Staw częściowo zamarznięty, ale ptactwa sporo, głównie kaczki i łabędzie – jeszcze nie widzę jakich gatunków. Cykamy pierwsze zdjęcia na szybko na wypadek, gdy ptaki się wypłoszyły. Na dalszym stawie pusto – a to na nim zawsze najwięcej się działo.

Mając już trochę zdjęć dokumentacyjnych zrobionych, rozstawiam lunetę do powolnego przeczesania okolicy. 

Przy lekkim mrozie przejrzystość powietrza jest wyśmienita, nie przeszkadza też wiatr.

Szybko identyfikuję gatunki: dwa łabędzie nieme, jedenaście krzykliwych, samotny samiec gągoła i ogorzałki, jedna pani nurogęś, jedna głowienka, trzy świstuny, parę czapli białych i siwych i sporo krzyżówek. A nad nami przelatują gęsi tundrowe i gęgawy. Nie spodziewałem się takiej różnorodności gatunków.

Jet lekki mróz, za długo stać tak nie można. Ruszamy na wędrówkę po stawach. 

Ptaków niewiele, jest dzięki temu czas na zdjęcia.

Dobre maskowanie?

Przez całą drogę towarzyszą nam ślady obecności bobrów.

Nawet za tak potężne drzewa się biorą. Wygląda to, jakby ostrzyły ołówek  

Powalone drzewa dokładnie ogryzione z kory

Szczygieł ukrywający się w krzewach

Dłuższą przerwę robimy sobie przy tamie na Szprotawie.

Piknik na śniegu

Podano kawę i chałkę z konfiturą. I miskę karmy i królicze ucho.

Po spuszczeniu wody widzimy dno sąsiedniego stawu. Dziwny widok – to chyba korzenie ściętych tu kiedyś drzew?

Gdy już nieco odeszliśmy, na stawie wylądowały dwa bieliki. Dość wokalne były – ich głos towarzyszył nam jeszcze przez kilka minut.

Po zatoczeniu kółka wracamy na moment nad pierwszy staw, ale od drugiej strony. Pomyślałem sobie, że wykorzystam obecność ptaków i pobawię się w digiscoping. Niestety, ptaki miały inny plan – było ich już tam niewiele, krzyżówki na mój widok natychmiast odleciały a nieco tylko dłużej pozostały jedynie łabędzie. Zanim powoli sobie odpłynęły dałem radę zmontować sprzęt i zrobić kilka zdjęć. Słabych, bo przy tak dużym powiększeniu (luneta x60 + komórka x4) nawet wolno poruszający się obiekt bardzo szybko znika z pola widzenia. Łabędź krzykliwy z odległości ok 150-200 metrów. 

Kończymy powoli wycieczkę. Dla Maroniego był to pierwszy tak długi zimowy spacer – zniósł go dobrze 

Energii mu do końca starczyło

Przeszliśmy prawie 10 km. Kolejny taki spacer w połowie stycznia nie wydarzy się prędko.

Z nowych tegorocznych gatunków widziałem przede wszystkim łabędzie krzykliwe i czarnodziobe, ale też jastrzębia, dzięciołka i głowienkę.

Monitoring Zimujących Ptaków Wodnych 2023

Policzyliśmy się!

(Ostrzeżenie: długi wpis i ani jednego zdjęcia!)

Nieprzerwanie od 2011 roku w połowie stycznia organizowane jest w Polsce liczenie ptaków wodnych. W odróżnieniu od paru innych czysto ptasiarskich akcji liczenia ptaków, MZPW jest częścią Państwowego Monitoringu Środowiska realizowanego przez Główny Inspektorat Ochrony Środowiska. W terenie akcja jest organizowana i koordynowana przez OTOP. Monitoringowi podlega 20 gatunków ptaków wodnych i związanych ze środowiskiem wodnym (m.in. łyski, perkozy dwuczube, kormorany, czaple białe i siwe, krzyżówki, łabędzie nieme i krzykliwe, bieliki etc.) a regionalni koordynatorzy rozszerzają czasem listę o dodatkowe gatunki istotne z punktu widzenia lokalnych ekosystemów.  

Policzyć wszystkich ptaków nie sposób, więc na terenie każdego z 15 regionów ornitologicznych typuje się obiekty o największej spodziewanej koncentracji ptaków: zatoki na wybrzeżu Bałtyku, największe zbiorniki wodne, rozlewiska i fragmenty rzek. W 2022 roku wytypowano 558 oficjalnych obiektów (tzn. objętych patronatem GIOS) i pewnie dużo więcej nieoficjalnych dodanych przez lokalnych koordynatorów. Na naszym terenie tymi oficjalnymi obiektami są np. Zbiornik Niedów na rzece Witka i oba jeziora zaporowe na Kwisie. Dodatkowo liczenie organizowane jest też na Stawach Podgórzyn-Sobieszów, Zbiorniku Sosnówka, Stawach Rębiszowskich, stawach Kotliny Jeleniogórskiej, wokół Gryfowa i Lwówka.   

W ubiegłym roku w skali całego kraju policzono niemal milion ptaków tych podstawowych 20 gatunków. Najliczniejsza – bez zaskoczenia – okazała się krzyżówka (ponad 400 tys.). Daleko za nią były czernice (ok. 75tys.), gągoły (64), łyski (54) i kormorany (36). Dzięki tym danym możemy obserwować zmienność liczebności poszczególnych gatunków i podejmować odpowiednie działania ochronne – taką mam przynajmniej nadzieję.

Po raz pierwszy i ja zgłosiłem się do tegorocznego liczenia. Lokalny koordynator wskazał kilka koniecznych do odwiedzenia miejsc: Stawy Rębiszów, stawy rybne koło Gryfowa,  stawy parkowe w Gryfowie i Olszynie, żwirownia Wojanów i stawy rybne Dziwiszów. Wszystkie one były już liczone w poprzednich latach i by nie stracić ciągłości danych, trzeba je było odwiedzić w pierwszej kolejności.

Najtrudniejszy był Rębiszów – mimo że położony najbliżej nas i często przez nas odwiedzany. Trudność polegała na tym, że na łąkach przy stawach noclegowisko mają żurawie. Spędzają tam one tylko noc i wczesnym rankiem, jeszcze przed wschodem słońca, rozlatują się na żerowiska. Musiałem tam więc być już po 6 rano, by jeszcze po ciemku, niezauważony,  podejść je i policzyć. Dla pewności dzień przed liczeniem zrobiliśmy sobie popołudniowy psi spacer w obszar noclegowiska, by rozpoznać teren. Tak się złożyło, że będąc tam już prawie o zmroku, widzieliśmy zlatujące się żurawie. Miałem więc pewność, że i jutro rano gdzieś tu będą.

Piątek tuż po 6 rano. Idę ostrożnie – bo i ciemno i teren podmokły. A i dokładnego miejsca przebywania żurawi nie znam. Około 6:30 było jeszcze całkiem ciemno, gdy usłyszałem pierwszy klangor – coś musiało przestraszyć ptaki. Po chwili poderwały się cztery z nich, załopotały skrzydłami kołując nade mną i odleciały na północ, pewnie już na żerowisko. Zdradziły przez to dokładną lokalizację pozostałej części stada: okazało się, że byłem od nich o jakieś dwieście metrów.  Kryjąc się ciągle za krzakami, podszedłem jeszcze kilkadziesiąt metrów. Dochodziła siódma – światła jeszcze nie było, ale w jasnej lornetce dało się zauważyć sylwetki żurawi i je policzyć: razem z czterema już “odlecianymi” naliczyłem ich 23. Ledwo skończyłem je liczyć, poderwały się i odleciały – była dokładnie 7:07. Pierwsze dane tegorocznego monitoringu zapisane! Ciekawe, ile osób w Polsce miało jeszcze wcześniejsze obserwacje tego dnia.

By policzyć ptactwo na samych stawach, musiałem nieco poczekać aż się rozwidni – w połowie stycznia słońce wschodzi dopiero około ósmej. Jak się okazało, zgodnie zresztą z oczekiwaniami, liczenia nie było dużo – jak już wielokrotnie tu narzekałem, Rębiszów nie jest popularną miejscówką dla ptaków w okresie zimowym. Pewnie dlatego, że zwykle stawy te są pokryte lodem przez dwa, trzy zimowe miesiące. Tym razem było ciepło i wietrznie, ale ptaków tu nie przywiało: były dwa łabędzie nieme, kilka krzyżówek i trzy czaple białe. Ptaków mało, ale chodzenia było dużo – w domu byłem po 10. Zdałem szybko raport lokalnemu koordynatorowi, informując o sukcesie z żurawiami, ale i wspominając o bardzo niewielkiej rozczarowującej liczbie ptaków. Odpowiedź podniosła mnie na duchu – w całej historii liczenia zimowego na Rębiszowie nigdy nie było lepszego wyniku. Bo stawy w środku stycznia są zwykle zamarznięte. Kwestia perspektywy….   

Jeszcze tego samego dnia po południu wybrałem się do Olszyny, Gryfowa i Rybnicy – w sumie obszedłem cztery obiekty z listy a z ciekawości kolejne dwa. Zliczyłem sporo krzyżówek (tylko w gryfowskim parku na małym stawie była ich ponad setka!), ale też parę nurogęsi, czapli białych i siwych, kormoranów, łabędzi niemych.

W sobotę na liczenie wybieramy się już wszyscy: cztery nogi i osiem łap na czterech kołach. Zaczynamy od nigdy wcześniej nieodwiedzanych przez nas stawów rybnych w Dziwiszowie – kilka sporych zbiorników, dobrze utrzymanych, w ładnych okolicznościach lasów i pól. Widzimy stadko nurogęsi i parę czapli siwych. Trzeba będzie w okresie lęgowym tu przyjechać – z pewnością będzie się więcej działo.

Najbogatszy tego dnia był zbiornik powyrobiskowy w Wojanowie. Nie tyle sama ilość ptactwa, ale różnorodność gatunkowa mnie zaskoczyła – był bielik, obie pospolite czaple, krzyżówki, nieme, kormorany, nurogęsi, mewy białogłowe i gęsiówki. Choć te ostatnie już spoza listy kontrolnej. A wszystko to widoczne z dwóch miejsc na sporym przecież zbiorniku – nie trzeba się było nachodzić. Tylko nasza Vitara mogła nieco ponarzekać, bo choć z pozoru terenowa, to gładki płaski asfalt lubi najbardziej.

Przejeżdżając przez Karpniki, widzę stado kormoranów na drzewie i czaple na groblach. Dziś ich nie liczę do monitoringu, bo kompleks Stawów Karpnickich jest duży i trzeba będzie przyjechać tu z osobną wizytą. Zapowiada się jednak dobrze. Dziś naszym celem jest Bukowiec. To też rozległy teren, przyjemny, w otulinie parkowej – przy okazji psiechadzki ptaki liczą się same. Dominują oczywiście krzyżówki, jest nieco łabędzi niemych i nurogęsi, trzy czaple siwe i pięć mew białogłowych. W trakcie spaceru robimy przerwę na kawę w plenerze – własną kawę z własnym ciastem.   

Na Bukowcu plan dnia miał się zakończyć, ale nie jest późno, sporo świetlnego dnia jeszcze przed nami – jedziemy więc do Mysłakowic. To prawie po drodze. Na dwóch stawach koło pałacu ponoć zimują licznie krzyżówki, które nigdy wcześniej nie były liczone. I faktycznie – tego dnia było ich 142 i towarzyszyło im 13 nurogęsi. Miejsce to dołączy pewnie już na stałe do corocznej listy. Czas do domu.

Ze względu na niepogodę w niedzielę ogłaszam przerwę w liczeniu – i tak mam czas do poniedziałku na dokończenie. Ponownie jadę sam, bo główny dziś cel to Karpniki – teren trudny, duży obszar, poza okolicą pałacu warunków spacerowych nie ma. A poza tym daje mi to swobodę decydowania, co po Karpnikach jeszcze zrobię. Widzę duże stado krzyżówek przy pałacu – niemal oswojone, więc łatwo się je liczy. Oprócz nich kilka łabędzi niemych. Wszystkich stawów wokół Karpnik jest kilkanaście – odwiedzam je wszystkie nie przekraczając nigdzie tablicy z zakazem wstępu, ale wiem, że to teren hodowlany i nie powinno mnie tu być. Maszeruję szybko, gdzie to możliwe chowam się w krzakach i zmykam stamtąd, gdy widzę, że terenowy samochód jedzie w trybie patrolowym moimi śladami. No dobrze – następnym razem dobrze by było uzyskać zgodę właściciela. Obchód się jednak opłaca – na kilku stawach widzę pary łabędzi niemych, czaple siwe i białe, nurogęsi i kormorany.  

Jest południe, mam więc czas na kolejne fakultatywne już obiekty. W planie mam Jelenią Górę, ale niewiele dokładając drogi mogę tam przecież dojechać przez Miłków i Sosnówkę.

W Miłkowie zatrzymuję się koło pałacu. Jest tam kilka niewielkich stawów, ale sprawdzam tylko ten jeden najbliższy pałacowi. Same krzyżówki – nudy…  

A stąd już blisko do Sosnówki. Sam zbiornik jest liczony do monitoringu przez inną osobę. Chcę tam jednak podjechać dla zaspokojenia własnej ciekawości. A jeszcze przed Sosnówką, w Głębocku, zatrzymuję się koło stawów hodowlanych przy obiekcie restauracyjno-wypoczynkowym i dwóch stawach wiejskich. Mała niespodzianka – na tak niepozornych obiektach zliczam łącznie 64 ptaki: 4 łabędzie nieme,  59 krzyżówek i…. –  w końcu jakaś odmiana: samotny samiec czernicy.

Potem Zbiornik Sosnówka: były tam stadka łysek, gęsiówek, łabędzi niemych, krzyżówek i – rodzynek na torcie – jedna uhla. Liczę je na własne konto, ale mam nadzieję, że wszystkie one zostały policzone do MZPW przez panią ornitolog z Cieplic.

Krótki przystanek przy Balatonie. Widzę tylko stadko nurogęsi. Znowu? One są już wszędzie! Nie tak liczne, jak krzyżówki, ale już niemal równie powszechne. Stąd blisko jest do byłego zbiornika osadowego byłej Celwiskozy. Nigdy tam nie byłem. Zbyt dobrze pamiętam czasy, gdy był on używany i – mówiąc delikatnie –  dobrze się nie kojarzył. Staraniem miasta został on jednak przywrócony środowisku i ponoć jest już nieszkodliwy.  Samochodem podjechać tam nie można, jest ścieżka wijąca się długo wokół zbiornika, ale ja postanawiam iść na skróty. Trzeba było się nieco powspinać, zmoczyć buty w strumyku, ale warto było: jeden łabędź niemy i aż 26 nurogęsi. Znowu?!

Przede mną Staniszów. Na stawach przypałacowych pusto. Przy Pałacu na Wodzie 13 krzyżówek – bywało, że widywałem ich tutaj znacznie więcej. Ale pewnie nie zimą.

W Jeleniej Górze czekają na mnie stawy miejskie. Choć taka nazwa w mieście nie funkcjonuje, regionalnemu koordynatorowi chodzi pewnie o wszelkie stawy w obrębie miasta. A najwięcej jest ich w widłach ulic Mickiewicza/Słowackiego i Wolności. Pamiętam te stawy – młodzieńcem jeszcze będąc i mieszkając w Jeleniej Górze, wyrobiłem sobie całkiem legalną kartę wędkarską i jeździłem tu moczyć bambusa. Nie pamiętam, bym cokolwiek złapał, ale jak wszyscy wiemy – nie o złapanie okonia tu chodzi, ale o gonienie go. 

Najbliżej po drodze i najbardziej – sądząc z nazwy – obiecujący jest Łabędziowy Staw. I faktycznie – na małej powierzchni mnóstwo ptactwa. Jest 76 krzyżówek, 26 nurogęsi i 34 łabędzie nieme. Te ostatnie całkiem oswojone. Na moich oczach przyszła pani z torbą pełną ziarna i warzyw – ptaki jadły spod jej stóp. Zadomowione widać. I uzależnione od człowieka, co dobrze tej populacji nie wróży. Na łapie najodważniejszego i najbardziej okazałego łabędzia widzę obrączkę, którą udaje mi się odczytać. Po powrocie do domu wpisuję numer obrączki do bazy Centrali Obrączkowania Ptaków i już następnego dnia dostaję odpowiedź: ptaka tego zaobrączkowała w tym miejscu w 2015 roku Pani Aleksandra.  Z historii ptaka wynika, że osiadł tu na dobre- był notowany na tym stawie kilka razy. Ciekawe tylko, gdzie się podziewa, gdy zbiornik zamarza.   

Inne pobliskie stawy (Okrąglak, Szpitalny, Glinianki, Kaczkowskiego) już bardzo ubogie – parę krzyżówek zaledwie. Z pewnością Łabędzi Staw musi być liczony co roku, reszta – ewentualnie przy okazji.

Dobrze by było zajechać jeszcze nad Bóbr pomiędzy Mostkiem Garbatym, Ogińskiego i Wiejską. Zawsze tam widuję kilka łabędzi niemych i dużo krzyżówek. Dziś już jednak nie dam rady, może ktoś inny policzy, czas kierować się do domu. Tak się jednak składa, że po drodze są jeszcze inne ciekawe zbiorniki w okolicach cieplickich wałów: Cegielnia, Ptaszyn czy Kwadrat (nb. tam też ryby niemal czterdzieści lat temu z małym sukcesem wędkowałem). Co robić? Odwiedzam już tylko jedno miejsce: Cegielnię. Pamiętam, że sporo krzyżówek tam bywało. Ale dziś więcej było wędkarzy niż krzyżówek. Tych ostatnich naliczyłem 17.

Nie wspomniałem o krótkiej wizycie na Podgórzynie? Bo i nie ma o czym mówić, Na spuszczonych stawach siedzi kilkanaście czapli, na właśnie napełnianych nie ma nic, na pełne stawy nie można wchodzić… Szkoda. 

I na tym skończyłem liczenie w ramach Monitoringu Zimujących Ptaków Wodnych 2023. Fajna zabawa to była. Intensywna. Jeszcze tydzień wcześniej nie wiedziałem, że będę brał w niej udział. Ciekawa, bo ptactwa dzięki łagodnej zimie był sporo. Najprawdopodobniej w czasie mroźnych zim, gdy zbiorniki zamarzają, ptactwa jest u tu wielokrotnie mniej. Relaksująca, bo częściowo udało się liczenie ptactwa połączyć z rodzinno-psim spacerem.

No i przy okazji liczenia zimowego widziałem sporo gatunków, które mogłem dopisać do mojego tegorocznego Wielkiego Roku. Dołączając pozamonitoringową wtorkową wycieczkę w okolice Chojnowa (to nie spojler – nie będzie osobnego wpisu), doszło mi ponad 10 nowych gatunków. Stan gry na 18 stycznia: 80 gatunków.  Jeszcze 10 lat temu nie wiedziałem, że tyle gatunków jestem w stanie rozpoznać. W 2022 roku dobivie do osiemdziesiątki zajęło mi czas aż do połowy lutego. A teraz mam ich tyle po zaledwie dwóch i pół tygodniach roku. Co ja będę robił przez pozostałe 48 tygodni…?

Mówiłem coś o braku zdjęć w tym wpisie? Kłamałem. Parę zdjęć się nazbierało.

Nietypowo wybarwiona krzyżówka na stawie miejskim w Gryfowie. Zapewne to “sołtys”, czyli nieco skundlona krzyżówka.

Na pierwszy rzut oka można by ją pomylić z ogorzałką lub podgorzałką.

Brama ze szczęk wieloryba w Mysłakowicach

Jak wcześnie było, gdy skończyłem liczyć żurawie na Rębiszowie?

Było bardzo wcześnie. Nawet białe łabędzie ledwo oddawały światło. Zajęte spaniem jeszcze były.

Dramatyczne krajobrazy nieba na koniec pierwszego dnia liczenia

W Bukowcu wszyscy liczyliśmy. Jedni ptaki, inni patyki, jeszcze inni liczyli na coś do jedzenia.  

Kilka wspomnianych ładnych widoków 

Woda, która u nas spadła deszczem, ośnieżyła wyższe partie gór. A jeszcze parę dni temu nawet w Karkonoszach śniegu nie było!

Liczymy

Zgłosiłem już swój udział do kolejnego liczenia zimowego AD 2024.

Pierwsze kaczki za płoty

Gdy kończy się jeden rok, zaczyna się drugi. A gdy kończy się jeden Wielki Rok, też zaczyna się kolejny równie wielki? Chyba nie, bo zabawa w ptasi Wielki Rok z założenia odbywa się raz na parę lat, by odróżnić zwykły ptasi rok od Wielkiego właśnie. Ale co zrobić, gdy chodzenie na ptaki, ich obserwowanie i liczenie weszło w krew? Trzeba wejść płynnie w nowy Wielki Rok! 

Dodatkową motywacją jest niezwykła o tej porze aura. Zwykle spędzalibyśmy styczeń na biegówkach, ale co zrobić, gdy za oknem przedwiośnie? Trzeba robić wycieczki. Najlepiej tam, gdzie zimuje ptactwo. 

Po pierwsze ptaki nie trzeba się ruszać z domu. Do karmników zlatują się cztery gatunki sikor, mazurki, różne ziarnojady, czasem podleci kos, dzięcioł duży czy sójka, nad domem przeleci kruk, myszołów a nawet stado żurawi. I tak mamy już z piętnaście gatunków oglądanych przez okno. Ale po ptactwo wodne trzeba się przejechać nieco dalej od domu – pierwszą ptasią wycieczkę w tym roku odbyłem sam na Niedów. 

Zanim do Niedowa dojechałem zaintrygował mnie taki widok na zachodnim horyzoncie. Czechy, godzina 6 rano, a więc nie świt jeszcze, ani nie brzask nawet. Co to?

To łuna nad Bogatynią. I raczej nie nad kopalnią, czy elektrownią, a pewnie nad tamtejszymi szklarniami pomidorowymi.

Na skarpę nad Zalewem Witka dojechałem dużo za wcześnie – zamiast obserwacji było więc długie nasłuchiwanie głosów ptaków dochodzących z wody i z brzegu: odzywały się bogatki, strzyżyk, gęgawy, czaple i krzyżówki.  

Na świt musiałem poczekać prawie godzinę, a na wschód słońca prawie dwie.

W świetle dnia pierwsze pojawiły się łabędzie nieme

Potem czaple białe i siwe, kormorany, krzyżówki i perkozy dwuczube. Niewiele gatunków, ale dobre i to. 

Był to czas pełni.

Przejechałem na drugie stanowisko w Spytkowie. Za każdym razem przechodząc przez tę wieś widzę sporo dzikiego ptactwa wokół domów – jakoś szczególnie dobre tu warunki widać mają. Z pomostu w Spytkowie można obserwować dużą część tafli zbiornika i zwykle sporo ptactwa. Pierwsze dały o sobie znać trzy gęsiówki egipskie – wylądowały na wodzie z głośnym gęganiem blisko mnie.

Moja historia obserwacji tego gatunku nie jest dostatecznie długa by cokolwiek twierdzić na pewno, ale wydaje mi się, że widuję ich coraz więcej i w coraz to nowych lokalizacjach. Prawdziwie ekspansywny gatunek. A przez to coraz mniej obcy.

Na wodzie dominowały kormorany

A z nimi perkozy, krzyżówki, nieme,… I tyle. Bardzo chciałem zobaczyć bielaczka – widziałem go tutaj rok temu i wiem, że był tu widziany zaledwie parę dni temu. Ale nic z tego – widocznie nie doszła do niego wiadomość, że przyjeżdżam.

Słońce w końcu już parę stopni nad horyzontem  

Dzień wstał słoneczny, bezwietrzny – mógłbym tam parę godzin jeszcze siedzieć, ale byłem umówiony na późne śniadanie. Będzie jeszcze dużo okazji, by posiedzieć nad Witką dłużej.

Kolejna wycieczka jeszcze tego samego dnia, ale już na osiem łap i cztery nogi – pojechaliśmy z psami przez Maciejowiec na Pilchowice.

Z budynku w pobliżu maciejowieckiego pałacu została tylko ściana szczytowa

Przejeżdżąjąc mostem na Bobrze w Pilchowicach, widzę kilka ptaków na wodzie. Zatrzymujemy się na moment. Niespodzianka! Tym bardziej zaskakująca, że niespodziewana. Oprócz spodziewanych krzyżówek widzę również kilka kokoszek i perkozka.

Kokoszka (w centrum kadru; z lewej to krzyżówka)

I perkozek

Z cyklu “Widoki nieoczywiste”. Co to?

A to?

Jesteśmy już pod zaporą od strony, gdzie Bóbr po oddaniu energii spadku wraca do swego koryta. 

Często w tym miejscu widywałem licznie zimujące ptactwo wodne, ale tym razem jest tylko pięć łabędzi niemych, jeden/jedna nurogęś i ….  

… zimorodek siedzący na szczycie kolektora wylotowego.

Na tafli zbiornika sporo krzyżówek, kilka nurogęsi, trzy łabędzie nieme, jeden kormoran. Tu nigdy dużo ptaków nie było.

Zabawa wodą, światłem i cieniem 

Kolejny dzień, niedziela, też ładnie się zapowiadał. Niebo nad naszym domem wstało różowe

Postanawiamy przejechać się po raz pierwszy do Parku Krajobrazowego Chełmy na Pogórzu Kaczawskim. A przy okazji, bo to tylko rzut maronim patykiem stamtąd, nad zbiornik Słup na Nysie Szalonej koło Jawora. 

Pocysterskie stawy koło Muchowa okazują się być w rękach prywatnych i niedostępne. Ale spacer, choć po szronie i błocie, był fajny. Widzimy stąd Czartowską Skałę – pozostałość jednego z licznych tu kiedyś wulkanów. Jesteśmy w końce w Krainie Wygasłych – na szczęście – Wulkanów.

Mieliśmy na nią wejść, ale zostawiliśmy sobie tę przyjemność na cieplejsze dni. Spodobało nam się tam – w Chełmy jeszcze wrócimy. 

Maroni na chłód chyba nie narzekał – żadnemu patykowi nie przepuścił!

Ładny z niego niżełek. Gdy dorośnie, czyli gdy tułów i głowa dogonią długie łapy, stanie się wyżełkiem.

Dojeżdżamy do tamy na Nysie Szalonej. Na pobliskim polu widzę duże stado czapli białych i siwych, bażanta, kruki i wrony siwe.

Bogactwo ptactwa na zbiorniku Słup jeszcze większe. I przerasta mnie. Nie sposób ogarnąć i zliczyć całą tę zbieraninę. Zwłaszcza że duża część ptaków znajduje się daleko od brzegu – nawet dla lunety to spore wyzwanie. Wśród pospolitych kormoranów, krzyżówek, łysek, mew białogłowych i perkozów dwuczubych próbuję wyszukać rzadkie gatunki: nury, szlachary, bielaczki. I znajduję dwa szlachary!  I stadko ogorzałek! To już całkiem cenne obserwacje. 

Jest południe, do domu wrócimy dopiero na obiad, więc pora na kawę. Tak się składa, że przypadkiem miałem ze sobą i kawę, i dwie filiżanki, i słodkie do kawy, i miskę dla Maroniego, i smakołyk dla Sunny. A więc piknik na plaży

Znad lasu wyleciał drapol. Początkowo zlekceważyłem go, bo wyglądał na najpospolitszego naszego ptasiego drapieżnika, czyli myszołowa. Ale moją uwagę zwróciło jego jaśniejsze, nietypowe nawet dla bardzo zmiennych osobniczo myszołowów, upierzenie. Migawka aż się zagrzała. I dopiero w domu na podstawie zdjęć ustaliłem, że był to myszołów włochaty. Znacznie mniej liczny niż nasz typowy “myszak”. Przylatuje do nas na zimę z północy i wschodu. Choć słabej jakości, jest to moje pierwsze zdjęcie myszołowa włochatego, na podstawie którego można zidentyfikować gatunek.  Co cieszy bardzo!

I tak zaczął się Wielki Rok 2023. Po 9 dniach tego roku mam już na koncie 65 gatunków. To sporo, bo w zeszłym roku po całym styczniu miałem ich pięćdziesiąt parę. No ale pogoda dopisuje bardziej niż rok temu. 

Celu na ten rok sobie nie stawiam. Nie jeśli chodzi o liczbę gatunków, bo zeszłorocznego rekordu 222 gatunków nie przeskoczę. Ale chciałbym przynajmniej być bardziej systematyczny i notować co najmniej 25 obserwacji dziennie. Bo im bardziej się oko trenuje nawet na pospolitych gatunkach, tym większa szansa, że wśród nich dostrzeże się te rzadsze.   

Cztery łapy więcej

Jest nas o cztery łapy więcej! Pod koniec listopada dołączył do nas wyżełek węgierski Maroni

Po mamie Rosie z Tałchejów i tacie Gyurkóvári Frákk.

Miał wtedy zaledwie dwa i pół miesiąca i ważył 7kg. Dziś jest go prawie dwa razy więcej.

Już pierwszego dnia po przybyciu do domu wyżle szczenię ustaliło hierarchę w stadzie, nie wiedząc nawet, że to robi. Koty na kilka tygodni wyprowadziły się na piętro, bigielka Sunny poddała się bez walki. Oprócz nas ludzi, to on jest w naszym stadzie najważniejszy. Najgłośniejszy, najbardziej rozrabiający, najwięcej jedzący (i najwięcej oddający to, co wypił i zjadł), najwięcej uwagi i pieszczot potrzebujący.  

Dzisiejszy spacer

 Maroni bezskutecznie próbuje wciągnać Sunny do zabawy

Ale bigielka ma już lat 13 i pół. Na ludzkie jest stareńka, dobiega setki, ale daje radę. A przy najmniej dawała dopóki Maroniego nie przywiało. Nawet nie próbuje matkować lub babkować wyżełkowi.  Goń się! – to jej najczęstszy i najbardziej delikatny komunikat. 

Na spacerach znacznie lepiej idzie Maroniemu z patykami. Wszystkie patyki w lesie są jego. I lubi je przynosić.

I zna już znaczenie wielu komend i wie jak je wykonać. Tylko nie zawsze mu się chce. I czasem w trakcie ich wykonywania – tak mniej więcej po dwóch sekundach – zapomina, co miał zrobić. No bo tyle się wokół dzieje i szkoda by było cokolwiek przegapić – na przykład przechodzącego obok kota. 

Z naszych dwóch kotów tylko Matt, pod spodem na powyższym zdjęciu, pozwala Maroniemu na bliski kontakt. Choć czasem wygląda to na gwałt, wydaje się, że i kot ma przyjemność z tej zabawy. I wie co zrobić, gdy Maroni posunie się za daleko. Za to Szach trzyma szczeniaka na dystans, a niechciany zbyt bliski kontakt kończy się kocim sykiem i straszeniem pazurami. 

Pierwsza noworoczna próba wody

Będzie z Maroniego duży, mądry i kochany pies – rośnij zdrowy i dzielny!

Wielki Ptasi Rok 2022 – podsumowanie

Po kilku latach intensywnego, ale ciągle bardzo amatorskiego, przypatrywania się ptakom w styczniu tego roku postanowiłem sprawdzić swe umiejętności, organizując sam dla siebie Wielki Rok.  O jego koncepcji już kiedyś pisałem – Wielki Rok to osobiste wyzwanie, nieformalne współzawodnictwo, ale przede wszystkim zabawa polegająca na zaobserwowaniu jak największej liczby gatunków ptaków w ramach jednego roku kalendarzowego (1 stycznia – 31 grudnia) na terenie jakiegoś terytorium czy najczęściej kraju. W 2021 roku zrobiłem przymiarkę i przez kilka wiosenno-letnich miesięcy udało mi się spotkać 110 gatunków. Najlepsi w całym roku zaobserwowali ich ponad 300, co pokazywało mi moje miejsce w szeregu, ale też i ogrom możliwości przede mną.

Celem na 2022 było co najmniej pobić swój własny wynik z roku poprzedniego. Skromnie, ale gwarantował, że nie będę rozczarowany rezultatem, nawet jeśli obserwacje będę prowadził tylko w mojej okolicy. Ale właściwy cel był dużo wyższy – 150 gatunków. A to już oznaczało konieczność wyrywania się na ptaki w nieco dalsze rejony.

I jak poszło…?

Po styczniu miałem już 59 gatunków. Siłą rzeczy, były to głównie ptaki pospolite z najbliższej okolicy. Z ciekawszych i nieco tylko rzadszych gatunków widziałem dzięcioła zielonego, orzechówkę (u nas pospolita, w skali kraju rzadka) czy pluszcza, po którego wybraliśmy się na specjalną wyprawę z biegiem Mrożynki. W lutym przybyły 24 gatunki, w marcu kolejne 32. Tak więc na koniec pierwszego kwartału cel minimum już został dobrze przekroczony – na liczniku miałem już 115 gatunków w tym kilka bardzo ciekawych: bielaczek, bocian czarny, krwawodziób, łabędź krzykliwy, perkoz rdzawoszyi, szlachar, uhla, sóweczka, włochatka i puchacz. Spotkanie ich wymagało już nieco dalszych – choć nadal jednodniowych – wycieczek po Dolnym Śląsku lub, jak to było w przypadku puchacza, wybrania się w konkretne miejsce o konkretnej porze. Można więc powiedzieć, że etap przypadkowych obserwacji skończył się na samym początku roku. 

Końcówka marca i kwiecień to szczyt powrotów migrantów na lęgowiska w Polsce. Nowych gatunków przybywa wtedy bardzo szybko – nawet po kilkanaście w jednym tygodniu. W krótkim czasie mój ambitny wydawałby się cel pękł – na koniec kwietnia miałem już 155 gatunków, po maju było ich 175, po czerwcu 188. Aby tyle tego ptactwa zobaczyć, po raz pierwszy wybraliśmy się na kilkudniowe wyjazdy w Dolinę Baryczy i poza Dolny Śląsk: nad Narew i na Karsibór. Sporo ciekawych obserwacji tam miałem: kulik wielki, orlik krzykliwy, ohar, sieweczka obrożna, nieznane mi wcześniej gatunki mew i rybitw.

Apetyt rósł w miarę jedzenia. Już nie ścigałem kolejnego rekordu, bo i nie wiedziałem, na jakim poziomie miałbym go ustawić. Wiedziałem, że kolejne gatunki do listy dojdą, jeśli tylko znajdę czas na kolejne nieco dalsze wyprawy.

Lipiec i sierpień są trudnym okresem do obserwacji ptaków – sezon lęgowy niemal zakończony, ptaki chowają się z młodymi w bujnej roślinności, migrantów mało. Dlatego też w czasie tych dwóch miesięcy przybyło tylko 5 nowych gatunków. Ale za to we wrześniu pojechaliśmy na Wybrzeże (Wyspa Sobieszewska, Ujście Wisły, Mierzeja Wiślana) – w parę dni licznik podskoczył aż o 23 gatunki! Na koniec kwartału trzeciego miałem już 217 gatunków. A do końca roku jeszcze sporo czasu.

W październiku jeszcze raz wyjechaliśmy na parodniową wycieczkę w Dolinę Baryczy. Choć wypoczynkowo i krajoznawczo wyjazd się bardzo udał, to przybyły tylko dwa – ale jakże cenne! – nowe gatunki: bernikla kanadyjska i łabędź czarnodzioby. I na tym wyjeździe mój Wielki Rok 2022 się skończył. Dodałem jeszcze co prawda trzy kolejne gatunki w listopadzie i grudniu, ale były to obserwacje przypadkowe. A wbrew pozorom sporo się w ptasim świecie w tym czasie dzieje – na dolnośląskie zimowiska przylatują bernikle, gęsi, lodówki, markaczki, nury, śnieguły, jemiołuszki a nad Bałtykiem pojawiają się alki, edredony, nurzyki, płatkonogi, wydrzyki, głuptaki. 

Zakończyłem więc Wielki Rok 2022 na okrągłej liczbie 222 gatunków. Jeśli w ostatnich minutach roku nic w klasyfikacji już się nie zmieni, da mi to 63. miejsce z tegorocznych zawodach w Polsce. Zaczynając rok, nie marzyłem nawet o takim wyniku. Czyli chyba dobrze…

A to mapa moich zdobyczy i naszych wspólnych wojaży – w kółeczku pokazana jest liczba obserwacji. 

mapa wg wielkirok.pl

Z ponad dziewięciu tysięcy zapisanych obserwacji aż 6810 przypadło na okolicę domu, kolejny tysiąc na resztę Dolnego Śląska i tysiąc na resztę kraju. 

Może w kolejnym wpisie podsumuję Wielki Rok pod względem fotograficznym…?

Bewiki

Poranek 28 października, piątek. Dziś wracamy do domu. A szkoda – mógłbym w Dolinie Baryczy miesiąc spędzić i nie miałbym dosyć. Prawda, że tak dobra pogoda nie co dzień się zdarza, ale i w chłodniejsze, bardziej wietrzne i pochmurne dni jest tu co robić.

Planujemy wyjechać po późnym śniadaniu, bo dopiero na 9 rano umówieni jesteśmy na odbiór świeżych ryb. W drodze nie będzie nam się spieszyć, więc zatrzymamy jeszcze w drodze tu i tam. A i od świtu do śniadania sporo czasu… – jest o czym pisać.

Wstaję jeszcze po ciemku i wychodzę na hotelowy taras widokowy. Patrzę na wschód. Jest chłodny, nieco pochmurny świt. Słońce jeszcze nie wzeszło. Jest pięknie.  

I choćby przyszło tysiąc estetów i każdy zjadłby tysiąc rozumów, to nie przekonają mnie, że wschody i zachody słońca są nudne i tandetne.

Słońce wzeszło, żurawie jako pierwsze wyruszają na żerowiska

Zdjęcie dnia?

Gdy już wszyscy są na nogach, idziemy na godzinny spacer. Takie mamy widoki

Ta sroka na dachu wyglądała jak detal architektoniczny

Sierpówka  

Jeszcze sto lat temu nieobecna na terenie dzisiejszej Polski. W połowie ubiegłego wieku rozpoczęła kolonizację Europy Środkowej. Dziś to już osiadły gatunek lęgowy, którego polską populację ocenia się na 1-1,5 miliona. I szybko rośnie.

Owoce dzikiej róży w zalewie z porannej rosy

A to nie przyprószona śniegiem choinka. To rosa osiadła na nitkach pajęczyny spowijającej   iglaka.

Spacer krótki, więc dochodzimy tylko do stawu Gadzinowego Dużego. A na nim dziś królują nurogęsi. Jedno z najbardziej licznych stad, jakie kiedykolwiek widziałem – niemal sto sztuk naliczyłem.

Po śniadaniu odbieramy zamówione dzień wcześniej ryby

Część z nich zjemy wkrótce, ale pozostałe doczekają wigilii.  

Jeszcze dwa ptasie przystanki w Dolinie Baryczy przed nami. Pierwszy nad Starym Stawem. To ostatnie szansa na zobaczenie łabędzi czarnodziobych – choć były już raportowane w październiku na tutejszych stawach, to przez ostatnie dni nie widziałem ich. Z drugiej strony wiem, że Stary Staw jest bardzo duży, a ptaki często siedzą na wodzie poza zasięgiem lunety. 

Dochodzimy do czatowni

Pierwsze widoki gołym okiem i lornetką są obiecujące. Rozstawiam więc sprzęt. Jedną sprawną ręką wolno to idzie

Lunetę kieruję na odległe stado łabędzi. W lornetce nie sposób określić gatunku, choć z powodu żółtawego dzioba już wiem, że to nie nasze najpowszechniejsze łabędzie nieme. Krzykliwe to czy czarnodziobe?

W lunecie wyraźniej widać dziób z dominującym kolorem czarnym. A więc brewiki, czyli najmniejsze z naszych łabędzi. Wyruszając na tę wycieczkę kilka dni temu, liczyłem właśnie na pierwsze w życiu spotkanie z łabędziami czarnodziobymi. I udało się! 

To dwieście dziewiętnasty patsi gatunek zaobserwowany przeze mnie w tym roku. Nieźle.

W drodze na Żmigród robimy jeszcze jeden krótki przystanek na Stawie Jelenim, który już raz widzieliśmy w drodze nad Barycz. Poprzednio królowały na nim mewy, dziś uwagę zwracają przede wszystkim bardzo liczne – pasące się jak owce na łące – bieliki.

Trzy dni szybko minęły. Wracamy do domu.

Kulikowe pole

Całą resztę dnia rozpoczętego tak pięknie świtem nad Grabownicą spędzamy w terenie – trochę autem, więcej pieszo. 

Południowy spacer

Przy bezchmurnej i bezwietrznej aurze i woda i niebo zapewniają podobnie gładkie, jednolite tło

Bieliki wszędzie nam towarzyszyły przez te kilka dni

Gęgawy pasące się na grobli – na pierwszym planie to tegoroczna młodzież, z tyłu dorosła gęś; może to rodzina? 

Gdzieżeś ty bywał, czarny baranie?

Karpie proszące się na święta 

Samochodem podjeżdżamy pod wieżę na Grabownicy. NA spuszczonym stawie ponownie widzimy dużo bielików.

Przez dłuższą chwilę obserwuję przez teleskop nierówną walkę młodego bielika z dwoma wronami siwymi. Każda z osobna nie byłaby w stanie bielikowi zrobić krzywdy, ale we dwie mogą mu życie mocno uprzykrzyć. W końcu bielik się poddał.  

Czysto białe czaple i ich odbicia

Schodząc z wieży po wąskich i niskich schodach, widzę “laurkę” pozostawioną przez kogoś, kto doświadczył tego samego bolesnego uczucia, co ja. Czyli gwizdnął głową o zbyt nisko zawieszoną belkę. Faktycznie – inżynier tego nie robił.

Przypadkowe spotkanie – jadąc samochodem, na polu widzę stado średniej wielkości z niczym się nie kojarzących ptaków. Zatrzymujemy się, cofamy… To kuliki wielkie 

Kilkanaście kulików zatrzymało się w przelocie na polu z poplonem. Nieco zbyt daleko na dobre zdjęcia, ale wystarczająco blisko, by nawet gołym okiem dostrzec ich długie zagięte dzioby. Nigdy wcześniej nie widziałem kulików z tak bliska, więc radość spora. I stąd tytuł odcinka, bo z pewnością była to obserwacja dnia. 

Teatr cieni

I tak idąc i idąc, dochodzimy do zachodu

Zachodźże, słoneczko,
Skoro masz zachodzić
Bo mnie nogi bolą
Po tym polu chodzić
Nogi bolą chodzić,
Ręce bolą robić
Zachodźże, słoneczko,
Skoro masz zachodzić

To z dziecięcej piosenki, nie moje…

Stoimy i patrzymy.. A potem na odwrót

Zachód słońca to czas, gdy ptactwo wraca z żerowisk na noclegowisko. Stada gęsi i kaczek przelatują jedne za drugim.   Na tym jednym zdjęciu widać grubo ponad 500 ptaków

Już po zachodzie, gdy robi się ciemno, nadlatujące ptaki ciągle nad nami słychać. Pora wracać.

Dużo ładnych zdjęć Dorotki w Galerii – zapraszam!

Nad Grabownicą o świcie

Słoneczna aura panowała przez cały czas naszego pobytu w Dolinie Baryczy, więc nie można było pominąć okazji do oglądania wschodów słońca na stawami. Tym bardziej, że następują one dopiero około siódme. Dziś rano, nieco po szóstej, wybieramy się na pierwszy wschód nad Grabownicę. To jeden z największych stawów kompleksu milickiego atrakcyjny dla ptasiarzy ze względu na wieżę obserwacyjną i na częste występowanie łabędzia czarnodziobego. Dziś go jednak nie będzie i wiem o tym z góry, bo staw spuszczony. Polować więc będziemy głównie na piękne chwile i może jakieś przypadkowe ptactwo.

Na punkcie jesteśmy przed siódmą, zajmujemy miejsca w pierwszym rzędzie, rozstawiamy sprzęt i zaraz się wokół nas zaludnia – miejsce to okazuje się dość popularne wśród przyrodników i fotoamatorów.   

Pierwsze zdjęcia robione jeszcze dobrze przed wschodem

Ten świecący punkt to nie Wieża Saurona lecz odległy masz telekomunikacyjny.

Ptactwo na stawie jest, nawet w dużej liczbie, ale przy tym świetle i z tej odległości można c najwyżej określić rodziny ptasie – czaple, mewy, blaszkodziobe.

Pierwsze ptaki w powietrzu

Na wysepce swój dom ma rodzina jeleni – wyszedł byk, łania i chyba dwa cielaki 

Już nieco lepiej widać ptaki

Grupa bielików

i czapli białych

Słońce wystawia na świat kawałek twarzy, sprawdzając czy warto dziś wstawać

Wyszło chyba, że warto, więc wstaje bardziej…

Stoimy tam zauroczeni prawie godzinę. A że do śniadania jeszcze sporo czasu, szukamy innych scenerii do fotografii. Sprzyjają nam poranne mgły

Pięknie jest, czyż nie?

Nie spodziewałem się, że tak subtelne detale wyjdą mi na długim obiektywie i – z konieczności – dużej odległości.

Na zarośniętych starodrzewem groblach

Dopiero dochodzi dziewiąta rano, a już tak pięknie było. Przed nami kolejne atrakcje – ale o tym w kolejnym odcinku i po obowiązkowym obejrzeniu zdjęć Dorotki w Galerii

Dolina Baryczy jesienią

Nad Baryczą w celach ptasio-rekreacyjnych byliśmy już dwa razy wiosną tego roku. Całkiem udane to były wycieczki, ale apetyt na jesienną wizytę w okresie ptasich migracji w międzyczasie tylko urósł. No i lunety wtedy jeszcze nie miałem, a sporo ptactwa siedziało na wodzie poza zasięgiem lornetki i telezoomu. Jedziemy tam aż na trzy dni, starając się tak podzielić czas, by i na ptaki i na zwiedzanie było dosyć czasu.

I od zwiedzania zaczynamy – południowa kawa wypada nam w Żmigrodzie, więc robimy spacer po zespole pałacowo-parkowym. Z pałacu niewiele zostało, a i tak robi wrażenie

Żmigród stanowi zachodnią granicę Parku Krajobrazowego Doliny Baryczy. Wyjeżdżając poza granicę miasteczka, natychmiast jesteśmy w innym świecie – do pierwszego ptasiego postoju mamy tylko parę minut.

Staw Jamnik Dolny. To na nim widziałem wiosną największe stada ptactwa wodnego, ale z odległości 1,5-2 kilometrów, więc bez szans na identyfikację. I z zazdrością patrzyłem na stojącego obok ptasiarza, który z pomocą lunety swobodnie zliczał osobniki poszczególnych gatunków. 

Jeszcze z samochodu widzimy jednak, że staw spuszczono.

Dobrze to, czy źle…? Bardzo dobrze! Ptactwo wodne, jeśli nie tu, to będzie na innych stawach, a spuszczony zbiornik stanowi doskonałe siedlisko i miejsce żerowania dla ptaków brodzących, wśród których łatwiej o ciekawe gatunki. Zamiast siewek, brodźców i biegusów zaskakuje nas widok tysięcy mew!  

To przede wszystkim śmieszki – oceniłem liczebność tylko tego jednego gatunku na dwa i pół tysiąca. Były wszędzie i robiły bardzo dużo hałasu. Były też i inne mewy – np. blisko środka kadru stoi prawdopodobnie młoda mewa romańska.

Czapli białych naliczyłem prawie 50, siwych ponad 150, czajek ponad 250. 

Były też biegusy zmienne, krwawodzioby, biegusy malutkie, kwokacze… I aż 11 bielików – to chyba te ostatnie wygrały konkurs na najciekawszą obserwację, bo w takiej liczbie w jednym miejscu nigdy wcześniej bielików nie widziałem. A to nie było ich ostatnie słowo!

Jeszcze jeden krótki postój przy czatowni nad stawem Niezgoda. Tu jednak cisza – w obiektyw złapał się jedynie zimorodek. 

U celu

Choć dnia już niewiele zostało, idziemy na pierwszy spacer obserwacyjno-fotograficzny długą wygodną znaną nam już w wiosennej wycieczki groblą.

Słowo spacer jest tu nieco nieadekwatne – po prostu przestawialiśmy statywy o kilkadziesiąt metrów co parę minut.

Ciepłe światło,

nieco dramatyczne niebo,

woda, ptaki

i chylące się ku horyzontowi słońce stwarzały doskonałe warunki i do cieszenia się naturą i do fotografowania. 

W tej kolonii naliczyłem ponad 500 kormoranów!

Gniazda remizów. Niestety gospodarzy w domu nie było – pewnie grzeją już skrzydła gdzieś nad Morzem Śródziemnym.

Dorotka bawi się w złudzenia optyczne – na obiektywie naciągnięta jest pończocha. Niech więc nie dziwią niektóre nieostre zrudziałe zdjęcia w Galerii, do której już zapraszam. 

Słońce zachodzi – światła coraz mniej, ale daje coraz ciekawsze efekty.

Moje zdjęcie dnia: na świecie już mrok, ale na przelatujące krzyżówki – i tylko na nie – padło jeszcze ostatnie światło. 

Pod Hubertówką ponownie wita nas gospodarz terenu

Jest dobrze, a przed nami jeszcze dwa pełne dni.