Kategoria: Ptaki

Ptasi Raj

Wpis ten rozpoczyna dłuższy cykl relacji z ponadtygodniowej wycieczki na Wyspę Sobieszewską i Mierzeję Wiślaną.

Cel wycieczki był wielorako-różnorodny: ptasi, rowerowy, krajoznawczy, itd. Najmniej albo wcale – odpoczynkowy. Pobyt na morzem podzieliliśmy na dwa nierówne odcinki: po kilka noclegów na Wyspie Sobieszewskiej i w Kątach Rybackich u samej nasady Mierzei Wiślanej.

Wyspa Sobieszewska, choć administracyjnie to część Gdańska, jest odcięta od stałego lądu wodami Wisły i Bałtyku i stanowi osobny świat. Od wschodu oddziela ją od Mikoszewa nurt Przekopu Wisły, od południa niemal stająca woda Martwej Wisły, a od zachodu – czyli od Gdańska – Wisła Śmiała.  Z lądem wyspa łączy się tylko jednym mostem w Sobieszewie oraz dzienną przeprawą promową w Świbnie. Zabudowania tych dwóch małych miejscowości zajmują tylko małą część wyspy – reszta to plaże, wydmy, las, pola i… dwa rezerwaty: Ptasi Raj oraz Mewia Łacha. Nie muszę więc tłumaczyć, dlaczego akurat tam się wybraliśmy.

Pierwsze parę noclegów mamy w Starej Wędzarni na terenie Górek Wschodnich. Polecamy to miejsce: uprzejma i pomocna obsługa, wyborne śniadania, widok z pokojów na Martwą Wisłę. I akceptacja psów – chyba wszyscy goście oprócz nas byli z psami. I na całej wyspie jakoś znacznie więcej psów widzieliśmy niż gdziekolwiek indziej. 

Budynek Starej Wędzarni – to faktycznie kiedyś była wędzarnia  

Inny podobny budynek w pobliżu – sporo musieli to kiedyś wędzić. Pewnie ryby. Ale niewiele z tradycji rybackiej w tym rejonie wybrzeża pozostało, więc i wędzić nie ma już co.

Ulica po sąsiedzku

Przy tej ulicy znajduje się Stacja Biologiczna Uniwersytetu Gdańskiego. A jeszcze bliżej nas, niecałe 100m od Starej Wędzarni, stoi nowy budynek Stacji Ornitologicznej PAN, czyli krajowej centrali obrączkowania ptaków. Czyli dobrze trafiliśmy…

Pierwszego dnia przyjeżdżamy na miejsce po południu – jest czas na obiad i pierwszą wycieczkę po najbliższej okolicy. Na obiad ryba – i tak będzie tu codziennie, choć z mieszanymi wrażeniami smakowymi. A ta najbliższa okolica to Ptasi Raj – rezerwat przyrody oddalony od naszego hotelu o niecały kilometr. Dawniej, gdy prowadzony był na terenie rezerwatu wypas bydła, był on domem licznych gatunków ptaków siewkowatych. Dziś wypasu już nie ma, łąki zostały zastąpione jeziorami, trzcinowiskami i lasem, więc i gatunki dziś inne – głównie takie, które już znam, więc akurat po tym miejscu nowości do mojej rocznej listy nie oczekuję.

Mimo to, jest to nadal wartościowe przyrodniczo miejsce i zobaczyć je trzeba.

Idąc przez las, dostrzegam taki oto znajomy widok

To budki ptasie typu “słonik” – eksperyment budowalno-ornitologiczny dobrze znanego mi tutejszego zawodowego ornitologa Kuby Typiaka prowadzącego na YT kanał “Ptasia Strefa”. Eksperyment ten polega na zrobieniu znacznie dłuższego kanału wlotowego do budki, by lepiej chronić ptaki i lęgi przed drapieżnikami. Oglądałem materiały na ten temat, więc widok tych budek w terenie tym bardziej cieszy.

Do wież obserwacyjnych na terenie rezerwatu dziś nie dochodzimy – nie spieszy nam się, będzie czas na to jutro. Ale za to bardzo nam się spieszy, by zobaczyć Bałtyk. I oto jest pierwszy widok na morze

 

I drugi

Kiedy ostatni raz nad naszym morzem razem byliśmy? Pewnie w czasach, gdy z małymi jeszcze dziećmi na wakacje jeździliśmy. 

Robi się ciemno – ostanie rzuty okiem komórki na “zasznięte” już słońce

Część drogi powrotnej pokonujemy wzdłuż Martwej Wisły. Widok z okolic hotelu na wschód, gdzie stoi całkiem nowy zwodzony Most Stulecia Odzyskania Niepodległości Polski – jedyna stała przeprawa na wyspę. 

Zaletą coraz dłuższych wieczorów jest możliwość/konieczność wcześniejszego pójścia spać, a tym samym wcześniejszego wstania. Jeszcze przed śniadaniem wskakujemy na rowery, by objechać Ptasi Raj. Tym razem, by dotrzeć do obydwu wież obserwacyjnych i ponownie złapać kontakt z Bałtykiem.

Pierwszy raz na rower tarabanię się z plecakiem, w którym jest lustrzanka z telezoomem i  luneta ze statywem. A na szyi lornetka. Dobrze, że głównie po płaskim mamy jechać.

Pół do siódmej meldujemy się pod pierwszą wieżą przy jeziorze Karaś. Wieżę postawiono na skraju lasu w widokiem na taflę jeziora. Tak było, gdy ją stawiono i widoki musiały być dobre. Niestety obrosła ona drzewami sięgającymi już dachu, a trzcina zarosła sporą część jeziora. Z punktu widzenia obserwacji ptactwa wieża jest bezużyteczna. 

To tłumaczy niewielką liczbę obserwacji ptasich robionych z tego miejsca w portalu ornitho.pl. Ptaki można dziś podziwiać już tylko z umieszczonych tam plansz. Ewentualnie zimą, gdy drzewa przez parę miesięcy bezlistne pozostają.

Do drugiej wieży stojącej na brzegu jeziora Ptasi Raj mniej niż kilometr, ale droga staje się dla rowerów coraz trudniejsza. Zwęża się, zarasta, a niedaleko wieży wręcz ginie i na ostatnie sto metrów spiesza nas. 

Wieża wydaje się lepiej ulokowana: brak wyższych drzew zapewnia rozległy widok na taflę jeziora. Tyle że na jeziorze w zasięgu strzału lornetką pustki. Rozkładam statyw i lunetę bez nadziei na cokolwiek, ale przecież właśnie na takie okazję lunetę kupowałem i po to ją tu dziś przytargałem. Łabędzie nieme, łyski, krzyżówki, gągoły, perkozy dwuczube,… – w dużej liczbie, ale różnorodność gatunkowa niewielka.

Jedziemy dalej oficjalnym szlakiem przez las, ale jeszcze mniej uczęszczanym. Coraz częściej rowery trzeba prowadzić. Gdy pod kołem roweru głośno pęka gałąź, z pobliskich krzewów wyskakuje duże zwierzę. Odbiega kawałek, zatrzymuje się i patrzy na mnie. 

Łoś

Dojeżdża Dorotka, wyciąga aparat, zmienia obiektyw… Trwa to chwilę, ale i łosiowi się nie spieszy. W międzyczasie widzę, że bykowi towarzysze klępa i dwa młode. Czyli wtargnęliśmy w sam środek rodzinnego śniadania

Z bezpiecznego dystansu łosie dają się fotografować: podchodzą, obchodzą, podpatrują. Aż w końcu i my i one mamy dosyć. Fajne spotkanie – tym bardziej, że nie umówione. Pierwszy i do dzisiaj jedyny raz łosie luzem nad Biebrzą już lata temu oglądaliśmy. Nie mam tylko jak tych łosi do ornitho.pl wpisać…

Docieramy do pasa wydm. Ciężko w piachu się rowery prowadzi

Port Wisła w Gdańsku już po drugiej stronie Wisły Śmiałej

Wracamy do Starej Wędzarni na śniadanie. Przejechaliśmy zaledwie 11km – na rozruch starczy. Będą jeszcze dużej bardziej wymagające wycieczki.

Nasza dzisiejsza trasa 

Kilka więcej widoków z plaży w wykonaniu Doroty w Galerii

Dramatyczne krajobrazy

Korzystając z krótkiej przerwy w opadach, jedziemy zobaczyć, jak się ma ptactwo na Stawach Sobieszowskich i jak tam wygląda zachód słońca.

Jeszcze dzień. Dźwigamy sporo sprzętu tym razem, choć obciążenie nie wydaje się równo rozłożone

Na ptaki nie liczę, choć co się da, to policzę. Część sobieszowska stawów jest mniej dla ptaków atrakcyjna, a i pora roku nie ta. Pierwszy rzut oka – na wodzie kilkanaście łabędzi, kilkadziesiąt krzyżówek, pojedyncze łyski i czernice, w powietrzu dymówki i szpaki. Czyli nudy. Ale nie szkodzi – wystarczy, by poćwiczyć z nową zabawką

Wkrótce, na kilkadziesiąt minut przed zachodem, zaczyna się spektakl natury i te same ptaki nie wyglądają już tak samo

Woda, góry, mgły i zachód słońca jednocześnie. I dobra fotografka dla ich uwiecznienia

Dramatyczny krajobraz niczym z dziewiętnastowiecznego malarstwa karkonoskiego. I czapla siwa.

Takiego zdjęcia ta pani błotniakowa z pewnością wcześniej nie miała

Z daleka widziałem duże stado szpaków lądujące nad dalszym stawem. Gdy tam po paru minutach dochodzimy, najpierw słychać z trzcin głośny szczebiot, a po chwili wystraszone naszą obecnością szpaki zrywają się do lotu. Szum setek par skrzydeł!

Zawracamy, gdy światło słabnie. Żegna nas stado żurawi i ich klangor

W drodze do domu… Światła już prawie nie ma, ale góry i mgły pozostały  

Jeszcze więcej jeszcze bardziej dramatycznych zdjęć z wycieczki w Galerii.

W słoneczniki zaplątani

Na Stawach Rębiszowskich ptasio mało się teraz dzieje – cicho i spokojnie. Usamodzielniają się ostatnie podloty – jeszcze karmione czy wodzone przez rodziców, ale lada moment staną się ptasią młodzieżą. Zaczęły się już od loty – z ptaków, które codziennie latem obserwowałem w Przecznicy i okolicy, zniknęły jerzyki. Sejmikują już bociany, a wieści ornitologiczne mówią, że część już z kraju wyleciała. Ptaki innych gatunków też już zbijają się w duże stada – kilkukrotnie widzieliśmy w pobliżu większych zbiorników wodnych kilkutysięczne stada szpaków; na co dzień przy naszym najwyższym jaworze i na dach zbierają się idące w małe setki dymówki i oknówki. Dominują w nich osobniki tegoroczne – ćwiczą skrzydła przed długim lotem.

Nieliczne ptasie zdjęcia znad stawów – to chyba młody potrzos

Młody trzcinniczek?

Wilga

Ten jeden staw wybrały sobie jaskółki – było ich tam kilka setek muskających taflę. Chyba piły wodę, a może owady znad wody zbierały.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na bardzo fotogenicznym polu słoneczników zmieszanych z ostem. Chyba te pierwsze tylko wysiane celowe…? 

Fotografka w szkodę weszła…

Więcej ładnych zdjęć Doroty w Galerii – zapraszamy!

Rejs wsteczną deltą Świny

Plan na kolejny poranek na Karsiborze był nieco inny: mieliśmy wsiąść na łódkę prowadzoną przez miejscowego kapitana, ale w ostatniej chwili odwołał on swój udział w imprezie. Aby nie rezygnować z możliwości obserwowania przyrody z wody, decydujemy się wynająć samą łódkę. Jako początkującym, polecono nam łódź z kilkukonnym silnikiem, dzięki któremu i mieliśmy daleko dopłynąć i nikomu krzywdy nie zrobić. Szybki instruktaż i jesteśmy na wodzie. 

Nauka pierwsza: jednoczesne sterowanie obrotami silnika i kursem jedną ręką nie jest umiejętnością, z którą się ludzie rodzą. Parę minut zajęło zapanowanie nad tym wehikułem.

Jeszcze z przystani widzimy perkoza, który zdecydował się zbudować gniazdo tuż przy brzegu.

Nauka numer dwa: dystans ucieczki ptaków podchodzonych z wody nie jest krótszy, niż przy podchodzeniu na lądzie. A szkoda – wydawało mi się, że ptaki mniej niepokojone od strony wody, pozwolą na nieco bliższy kontakt.

Nieliczne czaple siwe pozwoliły nam przepłynąć obok siebie.

Większość odlatywała, gdy tylko nas zobaczyła

Najodważniejsze są łabędzie i one jedyne dają nam się zbliżyć do siebie na kilka metrów.  Choć wcale tego nie próbujemy robić celowo – czasem pas wody był na tyle wąski, że nie dało się minąć inaczej.

Po przećwiczeniu manewrów łódką na większym akwenie między karsiborską mariną a mostem na Wolin wpływamy w węższe odnogi wstecznej delty Świny. 

Wspominałem już tę wsteczność Świny? Ciekawe zjawisko. Delty rzek tworzą się u ich ujść do mórz – zamiast jednym korytem, rzeka oddaje swoje wody licznymi odnogami. Świna robi to inaczej – uchodzi do Bałtyku jednym korytem utworzonym z kilku ramion, którymi rzeka opuszcza Zalew Szczeciński. A dzieje się tak dlatego, że bardzo często to Bałtyk wlewa swe wody do Zalewu – niosąc ze sobą duże ilości piasku, utworzył wyspy i kanały w kształcie delty właśnie wpadającej do Zalewu Szczecińskiego.

Północny brzeg to już część wyspy Wolin – ładne miejsce na dom lub wypoczynek.

Przyglądająca nam się jednoroczna śmieszka – już nie pisklę, ale jeszcze nie dorosły osobnik, o czym świadczą nieliczne brązowe pióra na skrzydłach.

Wypływając niepostrzeżenie z małego kanału, z bliższej niż wcześniej odległości widzimy dużą grupę ptaków różnych gatunków: śmieszka i mewa srebrzysta, łabędzie nieme, czaple siwe, kormorany, szpaki, krzyżówki.

Z dużej odległości widzimy rodzinne stadko – dwa dorosłe osobniki z licznym potomstwem. 

Nieco podpływamy, gasimy silnik. Choć ciągle daleko, charakterystyczne ubarwienie nie pozostawia miejsca na pomyłkę – to ohary! I to ohary lęgowe! 

Takich oharowych par wydających lęgi w Polsce jest zaledwie około stu. A my widzimy właśnie jedną z nich i to z licznym (7 piskląt chyba) przychówkiem. 

Łąki na trudno dostępnych wyspach wykorzystywane są do wypasu bydła. 

Jedyna tego poranka mijana przez nas na wodzie osoba 

Wypływamy z wąskich kanałów na szerokie wody jeziora Wicko Wielkie. W jednej z zatok widzimy olbrzymie stado ptactwa wodnego. Na policzenie i identyfikację za daleko nawet dla lornetki. A szkoda – jeśli gdzieś tu miały być inne niż pospolite gatunki, to gdzie indziej miały by się ukrywać? Staramy się powoli podpłynąć choćby na odległość strzału migawki. Ale nic z tego – ptactwo nie ma dziś ochoty na pozowanie. 

Po przeszło trzech godzinach już na pełnych obrotach wracamy do mariny. 

Przy południowej kawie towarzyszy nam mewa srebrzysta również zajęta posiłkiem.

Na więcej zdjęć zapraszam do Galerii.

Plażing z sieweczką

Po dopołudniowej wycieczce rowerowej na Uznam jedziemy na plażę w Warszowie. W to samo miejsce, co dzień wcześniej, czyli na lekko dziką plażę na wschód od gazoportu. 

Jak na dziką plażę, dziwnie dobra infrastruktura znajduje się w jej pobliżu – mam na myśli głównie parking, z którego jest tylko nieco ponad sto metrów do plaży. Jej dzikość bierze się pewnie z tego, że mało ludzi tu zajeżdża. Od zachodu granicę plaży wyznacza gazoport i ujście Świny z możliwością jego przekroczenia tylko promem; na wschodzie od bardzo popularnych Międzyzdrojów to już 15 minut jazdy samochodem; a na południe od Warszowa nie ma nic: niemal niezamieszkana południowa część wyspy Wolin i bardzo luźno zaludniona wyspa Karsibór.

O ile plaża w pobliżu drogi z parkingu jest jeszcze nieco zajęta przez może dwadzieścia, trzydzieści osób, to już oddalając się dwieście metrów na wschód, pozostajemy na plaży sami.

Najpierw kąpiel. Jak to zwykle bywa, po pierwszym mrożącym wrażeniu, przychodzi uczucie miłego chłodu wody. W morzu jest znacznie przyjemniej, niż na nagrzanej plaży.   

Niektórzy z nas wybierają klasyczny plażing, niektórzy – nie mogąc usiedzieć w miejscu – idą na spacer. Ten idący na spacer, idzie najpierw lasem wzdłuż wybrzeża, gdzie napotyka – ku swemu rozczarowaniu, ale zgodnie z logiką – niewiele ptaków. Są za to pozostałości umocnień wojskowych z czasów przed i powojennych. Ze dwa kilometry tak pewnie szedł, aż w końcu wyszedł na plażę, gdzie nie było już absolutnie nikogo. Co natychmiast dało się zauważyć po zwiększonej obecności ptaków – oprócz nudnych śmieszek, wron siwych, pliszek siwych i przelatujących w oddali nad wodą kormoranów (to pewnie te z kolonii widzianej dzień wcześniej), zdarzyły się i perełki: świergający na czubkach wydmowych krzewów świergotek leśny i ….

 

sieweczka obrożna! A dopiero co czytałem, że na tutejszych plażach zdarzają się lęgi tych ptaków. Sieweczka pozwoliła podejść do siebie dość blisko i nacykać dziesiątki zdjęć.

To bliźniaczo niemal podobny gatunek do dobrze mi znanej z Rębiszowskich Stawów  sieweczki rzecznej. A przede wszystkim – kolejny nowy gatunek na mojej rocznej liście. Popołudniowe plażowanie udane! Wracamy na naszą wyspę.

Po kolejnej pysznej rybie z wczorajszego połowu, idziemy na późnopopołudniowy spacer na Karsiborską Kępę poptasić.

Pierwszy na liście dziś żuraw  

Poderwał się zaskoczony naszą obecnością, a potem lotem muskającym trzciny odleciał kilkaset metrów. 

Na łasze piachu siedzi czajka

A blisko niej i pojedynczy batalion

Tuż obok na lustrze widzimy małe stadko batalionów

Z tej odległości obiektyw nie pozwala dostrzec faktu, że każdy batalion jest inaczej ubarwiony. Co utrudnia oznaczanie – zwłaszcza gdy widzimy nie stado a pojedyncze ptaki.  Jeden z nich w powiększeniu

Prześwietlone zdjęcie grupki batalionów w locie. Aczkolwiek nadal ciekawe, bo ukazujące ich kolorystyczną zmienność osobniczą.

Tu wczoraj stała siatka. Ponoć ślad naszego udeptywania trzcin będzie widoczny jeszcze i w następnym roku, nieco ułatwiając obrączkowanie następcom.

Dzień się powoli kończy. Wieczorny połów na Świnie 

Kolejny bogaty we wrażenia dzień kończymy podziwiając zachód słońca z ogrodu przy Ptaszarni. Jest piątkowy wieczór. Co człowiek robi w piątkowy wieczór? 

Słucha listy i z wolna popija białe chłodne…

Słońce przez tanie białe wino zdjęte komórką

Przyroda idzie spać. Pora i na nas…

Wieczorne obrączkowanie na Karsiborskiej Kępie

Po pierwszym obiedzie w Rybaczówce na wyspie Karsibór meldujemy się w agroturystyce Ptaszarnia. Po lekturze internetu i wcześniejszej rozmowie telefonicznej z gospodynią Panią Adrianną mamy spore oczekiwania co do miejsca naszego pobytu przez następne trzy dni. Co nieczęste, rzeczywistość zaskoczyła nas pozytywnie – z pewnością nie jest to przeciętna agroturystyka nastawiona na masowego turystę, lecz dobrze przemyślany sposób na życie. Życie pracowite, biorąc pod uwagę dbałość o gości, ale i nie pozbawione przyjemności: nie tylko o ptakach można było z gospodarzami porozmawiać, ale i o winie, dobrym jedzeniu, starociach i fotografii. 

Za pośrednictwem Pani Adrianny jeszcze pierwszego dnia późnym popołudniem jesteśmy umówieni z Panem Grzegorzem – lokalnym ornitologiem. Początkowo myśleliśmy o ptasim spacerze po Kępie Karsiborskiej lub pobliskich lasach, ale ze względu na porę roku trudno by było o rzadkie obserwacje. Ostatecznie wybraliśmy udział w obrączkowaniu ptaków, do czego Pan Grzegorz ma uprawnienia i czynnie je wykorzystuje.

Idziemy w trójkę na Kępę Karsiborską – część wyspy Karsibór będącą rezerwatem ptaków, którego właścicielem jest OTOP. To tylko około 20 minut spacerem od Ptaszarni. Pan Grzegorz ma cały sprzęt ze sobą – tyczki, siatki, wagę, miarkę, obrączki i notatnik.

Obrączkować będziemy ptaki żyjące w trzcinach – to tylko kilka gatunków, ale dość licznie tu występujących. Gdy już dochodzimy do szerokiego pasa szuwarów oddzielających nas od delty Świny, Pan Grzegorz wybiera miejsce odpowiednie do rozstawienia siatki. Ale najpierw trzeba utworzyć przecinkę – tzn. własnymi nogami musimy wydeptać długi na prawie dwadzieścia metrów i szeroki na metr pas trzcin.

W przygotowany pas stawiamy tyczki. “My”, bo mnie ręce swędzą i stać z boku nie mogę. Robię więc za pomocnika obrączkarza – niezłe zajęcie. A Dorota cyka zdjęcia do niniejszej fotorelacji.

Skręcanie tyczek

Ustawiamy tyczki w podmokłym dnie. Parę razy wodą górą do kaloszy mi się wlała.

Pierwszy segment gotowy. Jeszcze trzy takie – łącznie niemal 20 metrów. 

Siatka pomiędzy słupkami zwisa swobodnie, aby ptaki nie odbijały się od niej, a wpadały jak do worka. Wystaje ponad trzciny, ale i wchodzi głęboko w dół trzcin, aby łapać różne gatunki.

Na pierwszego ptaka przychodzi nam poczekać. Kręci się wokół kilkanaście osobników kilku różnych gatunków, ale do siatki nie wlatują. Pomaga w końcu wabienie głosem. Tuz obok mnie pierwsza w siatkę trafia rokitniczka. Ornitolog szybko i delikatnie podejmuje ją, chowa do woreczka przy pasie i wraca do stanowiska. Tam ją ogląda, określając płeć, wiek i ogólny stan. Mierzy długość lotek

obrączkuje

i wpisuje dane do kajetu

Teraz i ja mogę ją wziąć w ręce. Pan Grzegorz pokazuje mi, jak rozpoznać płeć rokitniczki, u której dymorfizm płciowy nie występuje. Szukamy plamy lęgowej i oglądamy stek, co podpowiada nam, że to samiczka, która w tym roku zniosła i wysiadywała jaja.

Najbardziej ekscytujące dla mnie okazuje się nie samo łapanie ptaków, ale ich wypuszczanie  

Choć to przecież tylko oddanie odebranej na chwilę wolności. 

Cała operacja trwa z dziesięć minut – w tym czasie do siatki trafia trzciniak.

Jeszcze w siatce widać, że mamy niespodziankę – ten osobnik już ma obrączkę. Czyżby Pan Grzegorz już się z tym trzciniakiem wcześniej widział? Chyba nie – obrączka jest innego typu.

Odczytywanie obrączki

Ten trzciniak przyleciał do nas z okolic Budapesztu! Dla obrączkarza to cenna zdobycz, bo nie założenie obrączki jest ważne, ale miejsce jej odczytania. Choć to dopiero drugi ptak, Pan Grzegorz już uznaje dzień za udany.

Spisanie danych z obrączki

Też oglądam trzciniaka i zwracam go naturze

W odstępach kilkuminutowych wpadają w sieci kolejne rokitniczki i parę trzcinniczków. Jeden z nich znowu mam obrączkę. Tym razem spod San Sebastian w Hiszpanii! Aż nie chce się wierzyć, że taka kilkunastogramowa kulka pierza może przelecieć dwa tysiące kilometrów! Chyba dobry wiatr miał albo zabrał się na gapę z czymś większym. 

Najgłośniejsze i najaktywniejsze wokół nas były potrzosy, ale długo żaden z nich nie wpadł w sieć. Był to jedyny gatunek na tyle sprytny czy uważny, że był w stanie w ostatniej chwili siatkę zobaczyć i albo nad nią przelecieć, albo zawrócić. Albo odbić się od niej i odfrunąć. Jego słabością okazało się silne poczucie terytorialności – nie mógł zdzierżyć, że w pobliżu odzywał się inny samiec. I tak krążyłem z telefonem nadającym ciągły śpiew potrzosa, aż jeden z wyzwanych na pojedynek samców wpadł. 

Sporo krzyku narobił też przy obrączkowaniu. Na szczęście nic ani temu potrzosowi ani innym obrączkowanym ptakom się nie stało. Wszystkie szybko wracały do swych codziennych zajęć w pobliżu.

Wisienką na torcie był samczyk wąsatki. Co najmniej dwie pary tych ptaków kręciły się wokół nas, ale żaden nawet nie zbliżył się do siatki. Do czasu…

Każdy ptak podlega również ważeniu. Zastanawiałem się, jak to się robi. Można na przyklad ważyć ptaka w woreczku a potem sam woreczek, wyznaczając tym samym wagę  netto ptaka. Ale o takiej metodzie nie pomyślałem. Okazuje się, że ten rozmiar ptaków doskonale się mieści w tubce po filmie fotograficznym – ani nie udusi się, bo operacja trwa parę sekund, ani nie jest w stanie uciec. 

A skoro o fotografowaniu mowa – Dorota w międzyczasie zdjęła ohara.

To nasz pierwszy tutejszy ohar, a drugi w tym roku. Pierwszego widzieliśmy zaledwie parę dni wcześniej nad Wartą, ale tamta obserwacja była bardzo krótka i bardzo odległa. I bez zdjęcia. Ten ohar dał się zdjąć i nad wodą i w locie. 

Ładna i bardzo rzadka to u nas kaczka. Jej lęgową populację w Polsce szacuje się na zaledwie 100-120 par. A ten nasz osobnik – jak się za dwa dni okaże – jest tu lęgowy!

W siatkę złapaliśmy tego wieczora kilkanaście ptaków wszystkich oczekiwanych gatunków: po jednym trzciniaku, potrzosie, wąsatce i brzęczce i po kilka trzcinniczków i rokitniczek.

Ciekawa przygoda! Do pokoju wracamy o zmierzchu nadjedzeni przez bąki i komary.

W Rzeczpospolitej Ptasiej wieczór ostatni

Długi pogodny wieczór przed nami. Już bez pośpiechu ponownie idziemy Ptasim Szlakiem – tym razem już sami. Mamy zamiar dojść do końca ścieżki, czyli do Czwartego Mostu.

Można i na rowerze, bo Betonka całkiem równa, ale wiemy już, że ptaki z rowerem i aparatem ciężko pogodzić.

Bocian wypasający krzyżówki.

W centrum kadru bóbr – nie ostatni tego wieczora.

Z Ptasiego Szlaku widzimy odległą o około cztery kilometry w linii prostej wieżę obserwacyjną na Czarnowskiej Górce. To ta wieża, z której mimo dwóch prób, nie zobaczyliśmy żadnych ptaków. 

Gdy dochodzimy do znanej nam już nowej platformy, zaczyna się odpowiednie światło. 

Nieco dalej widać już Czwarty Most – najdalszy punkt na dzisiejszej trasie.

Przy Czwartym Moście znajduje się stara czatownia. Dziś używana już tylko przez jaskółki 

Widok z mostu

Tu kończy się dostępna dla ogółu ścieżka – dalsza część Parku Narodowego jest pod ścisłą ochroną.

Gdy stoję na moście, pode mną przepływa niezdający sobie sprawy z mojej obecności bóbr. Co za bliskie spotkanie!

Ptaków w czasie całego spaceru widzimy dużo, ale ciągle tych samych gatunków. Pora chyba zmienić miejscówką. Jutro w południe będziemy już moczyć nogi w Bałtyku.

Więcej zdjęć ze spaceru w Galerii.

W Słońsku dzień trzeci

Porankiem ostatniego pełnego dnia w Rzeczpospolitej Ptasiej jedziemy na wycieczkę rowerową na prawy brzeg Warty. To również część Parku Narodowego Ujścia Warty, gdzie wytyczono szlak zwany “Na dwóch kółkach przez Polder Północny”. Oprócz samej ścieżki przygotowano tu około dwudziestu przystanków z tablicami informacyjnymi dotyczącymi okolicznej przyrody, ścieżki przyrodnicze i wieże widokowe. Całość ma około 30 kilometrów, ale trasę można swobodnie modyfikować i zrobić 10 albo 50km. Całość niesamowicie płaska – suma przewyższeń na tej trasie to zaledwie 14 metrów.

Do miejsca startu znajdującego się na prawym brzegu Warty nie jest daleko, pewnie niecałe 10 kilometrów, ale że mamy dalej idące plany na popołudnie (Kostrzyn), podwozimy się samochodem.  Najbliższe przeprawy drogowe na rugą stronę rzeki znajdują się o ponad 20km na wschód i na zachód – niedaleko, można by się przejechać, ale wolimy skorzystać z lokalnej atrakcji – promu w Kłopotowie. 

Nie prowadzi do niego żadna droga asfaltowa, obsługuje jedynie ruch bardzo lokalny – zapewniając rolnikom i służbom Parku dojazd na łąki. Nie ma rozkładu jazdy – w godzinach 8-16 kursuje na żądanie, zabierając za jednym razem co najwyżej dwa samochody osobowe. Ruch niewielki – w najmniej ruchliwe dni przepływa rzekę zaledwie kilka razy dziennie.

Widok z promu na drugi brzeg Warty

I na górny bieg rzeki

Jak widać, niebo i lustro wody czyste, spokojne i bezwietrzne – dobra pogoda na rowery. 

Polder Północny to przede wszystkim łąki poprzecinane kanałami i rowami melioracyjnymi. Trochę trzcin, sporo krzaków, niewiele drzew – dobre siedlisko dla wielu gatunków ptaków. 

Na jednym z pierwszych przystanków tablica obiecuje bogactwo drapoli  

I faktycznie – widzimy jastrzębia, myszołowy, błotniaki stawowe, kanie rude i bieliki. Ale największą dla mnie atrakcją jest orlik krzykliwy – pierwszy w życiu. Szybował nad łąkami, ale zanim zsiadłem z roweru i wyciągnąłem sprzęt, oddalił się poza zasięg zooma – zdjęcia wiec nie ma. Ale na lornetkę starczyło. 

Na zdjęcie załapała się jedynie kania ruda

Jedziemy równolegle do Warty, czasem blisko jej nurtu. Docieramy do kolejnego przystanku i przyglądamy się drugiemu brzegowi. Wygląda znajomo – przecież pierwszego wieczora dotarliśmy tam na piechotę!

Podlot dymówki oczekuje na pokarm na daszku wiaty

Dojeżdżamy do ścieżki przyrodniczej, gdzie rozstajemy się z nurtem Warty i pod kątem prostym skręcamy na północ. 

Prowadząc rowery, po lewej stronie mamy wysokie trzciny, po prawej stojącą wodę niewielkiego zbiornika. Miejsce to na lęgi wybrały sobie rybitwy czarne.

Po paru kilometrach dojeżdżamy do wieży widokowej. Jest niemal południe, niewiele ptactwa z niej widać. Ale za to słychać dobrze dwa derkacze. A że do tej pory nie pojawiły się w Przecznicy, dopisuję gatunek do listy rocznej. 

Po ponad trzech godzinach i pokonaniu niemal 30 kilometrów domykamy pętlę. Tempo było niespieszne, bo i przyroda wokół warta była licznych przystanków i rosnący upał nie sprzyjał wyścigom.

Szybko przesiadamy się na cztery kółka i na krótki odpoczynek jedziemy do pobliskiej Witnicy. Lokalny browar częstuje nas widokiem licznych piw. Wierzymy, że pysznych.

Tym razem bez osobnej galerii. Kilka ładnych zdjęć Doroty wplotłem w powyższą opowieść.

Rzeczpospolita Ptasia – dzień drugi

Oprócz samego kajakowania wiele innych ciekawych rzeczy tego dnia się wydarzyło.

Dzień zaczynam dobrze przed śniadaniem, choć nie o świcie niestety. W czasie niedalekiego porannego spaceru szukam przede wszystkim rybitw, ale pierwsze spotykam bociany białe – kilkanaście osobników w jednym miejscu. Nie sejmik to jeszcze – zlatują się tu okoliczne bociany na suto zastawiony szwedzki stół. 

I jeden bocian czarny też przeleciał…

Rybitwy nie rozczarowały. Oprócz znanej mi już z okolic Lwówka rybitwy rzecznej oraz spotkanych tu dzień wcześniej rybitw czarnych, widzę też jedną rybitwę białoskrzydłą – nowy gatunek na liście rocznej! Ale do zdjęć pozowały tylko czarne. 

Wykadrowane zdjęcie rybitwy lecącej nad polem tataraku. Prześwietlone i zrobione ze zbyt dużej odległości, by było bardzo ładne. Podpowiem, czego szukać w tym kadrze – należy zwrócić uwagę na kształt skrzydeł ładnie komponujący się z rozchylającymi się liśćmi tataraku.   

Nieco inne ujęcie tej samej rybitwy. W tym momencie jej głowa wisi ona niemal nieruchomo a ruszają się tylko skrzydła. Wypatruje w ten sposób ryb i owadów w wodzie. Taktyka jak u pustułki na przykład. Zdjęcie już bez kadrowania, więc i ptak mniejszy.

Dwa dużo lepsze technicznie zdjęcia również rybitwy czarnej zawisającej nad wodą.

Wracając do agroturystyki Dudek, widzę pod samym budynkiem dudka właśnie. To mój pierwszy naocznie stwierdzony dudek w tym roku – ale nie pierwszy w ogóle. Jednego z pierwszych dudków w Polsce tej wiosny słyszeliśmy w kwietniu nad Baryczą.

Po śniadaniu Pani Engel – gospodyni naszej agroturystyki i animatorka stowarzyszenia Rzeczpospolita Ptasia – zabiera nas na spacer ornitologiczny ścieżką przyrodniczą zwaną oficjalnie “Ptasim Szlakiem”, a nieoficjalnie Betonką. Jedna i druga nazwa jest trafna.

My zabieramy nasz sprzęt – lornetki i lustrzanki, Pani Engel swój – lornetkę i niezłą lunetę.

Jeszcze przed wejściem na Betonkę znak przypomina nam, że wkraczamy do ptasiego królestwa.

“Ptasim Szlakiem” to tylko 2 kilometry drogi po betonowych płytach. Zaczyna się wiatą, przy której zostawiamy samochód. Pani Engel wyjaśnia nam historię tego miejsca: jak zmieniał się bieg Warty, jak ją przed stuleciami zaczęto regulować a rozlewiska osuszać i jak w końcu doceniono walory tego obszaru, tworząc w 2021 roku nasz najmłodszy Park Narodowy – “Ujście Warty”.  

Pora roku nie ptasia, więc oglądanie ptaków przeplatamy rozmowami o nich.

Przed nami podrywa się stado gęgaw, których tu setki naliczyłem. Uwagę zwrócił nieco innego innego kształtu i koloru osobnik na czele stada. Szybki rzut lornetką i okazuje się, że widzimy… ohara! To mój pierwszy ohar w Polsce nie tylko w tym roku, ale od początku moich ptasich obserwacji. Szkoda tylko, że tak daleko, bo przyjemność nie ta sama.

Na przełomie zimy i wiosny całe te łąki są po wodą. Czasem jest tu na metr głęboko. Ten rok był jednak suchszy i woda zeszła bardzo szybko. Na tym zdjęciu to tylko namiastka. 

Podążamy meandrującym biegiem Postomii.

Ptactwa – zgodnie z oczekiwaniami – niewiele. Głównie gęgawy, czaple siwe, krzyżówki, łabędzie, pliszki żółte, rybitwy, skowronki, kukułki, potrzeszcze,…. – może 30 gatunków był zalewie naliczył. A w okresie wiosennym i jesiennym jest ich tu ponad 200. 

Dziś dochodzimy tylko do pierwszej, nowej wieży obserwacyjnej, bo zaplanowany czas wycieczki się kończy. Wrócimy tu jeszcze i pójdziemy sami do końca trasy.

Wracamy do miejsca, gdzie wycieczka się rozpoczęła. Zaglądamy do wiaty – zajmują ją dymówki, które zbudowały w niej kilkanaście gniazd. Niektóre podloty już poza gniazdem.,

Ponad 3 godziny zeszły nam prędziutko. Jak to w miłym towarzystwie bywa.

Słońce coraz niżej, pogodne niebo, więc i światło powinno dopisywać. Po kajakach i obiedzie zwiedzamy wieczorem atrakcje Słońska i okolic. Dokąd by nie pójść, idziemy jakimś ptasim szlakiem, których kilka wytyczono na tym terenie. Sowa na murze starego młyna na Szlaku Kani.

Niektórzy z nas są zakręceni na punkcie starych cmentarzy, zwłaszcza ewangelickich i żydowskich. Wybieramy się więc na nieźle zachowany fragment poniemieckiego cmentarza w centrum Słońsku. 

Pomnik ku czci ofiar Wielkiej Wojny. Chyba każda miejscowość niemiecka stawiała takie pomniki w latach dwudziestych XX wieku – dużo ich i na naszych terenach z Przecznicą włącznie, choć niekoniecznie tak dużych i tak dobrze zachowanych.

Ładny, już współczesny detal

Jeszcze raz jedziemy sprawdzić, co widać z wieży widokowej za Słońskiem. Sama wieża całkiem nieźle się prezentuje. 

Ale ptaków z niej nie widać, bo ich tam nie ma. 

W konstrukcji wieży gniazdo uwiły dymówki – czeka aż sobie pójdziemy, by nakarmić młode. 

Do “Dudka” wracamy bocznymi drogami, ciesząc się światłem zachodzącego słońca i wieczorną ciszą. 

Pożar w oknach Stacji Pomp

Koniec ciekawego intensywnego dnia. Na jutro też już mamy dobry plan! 

Na zdjęcia Doroty zapraszam do Galerii 

Rzeczpospolita Ptasia – dzień pierwszy

Z zamiarem połączenia aktywnego wypoczynku z ptaszeniem wybraliśmy się na niemal na tydzień do dwóch miejsc, które i z ptasiego bogactwa słyną i rozmaitość form spędzania czasu oferują. A że początek lata to najsłabszy w roku czas do obserwowania ptaków, nie mam wielkich oczekiwań co do liczby nowych gatunków i plan zajęć zbudowaliśmy sobie wszechstronny.

Naszą pierwszą destynacją jest stolica Rzeczpospolitej Ptasiej, czyli gospodarstwo agroturystyczne Dudek koło Słońska w sercu Parku Krajobrazowego Ujście Warty.

Rozlewiska w ujściu Warty do Odry to jedna z kilku najlepszych miejscówek dla ptasiarzy w Polsce.  Głównie jednak w czasie wiosennych i jesiennych przelotów oraz zimą, gdy na niezamarzniętych wodach gromadzi się na zimowiskach ptactwo wodne. 

Trzy dni mieszkamy w przedwojennej wodomistrzówce obok ciągle działającej ponadstuletniej stacji pomp. 

Z pokoju mamy widok na potoki, rzeczki i łąki, które wczesną wiosną są w całości pod wodą, a późną wiosną i latem są spasane przez niemal dziko żyjące było i konie.  

Takie widoki nas witają – przy samym domu lęgi mają tu i bociany i dymówki

Do Dudka przyjeżdżamy po południu i mamy jeszcze sporo czasu na pierwsze wycieczki. Za radą gospodyni – też ptasiarki – wybieramy się w rynsztunku bojowym na kilkukilometrowy spacer groblami w kierunku Warty. 

Jeszcze koło Dudka nad stagnującą wodą widzę obce mi ptaki – zachowują się jak znane mi rybitwy rzeczne, ale po ubarwieniu widzę, że to nie one. 

Poruszają się szybko. Dopiero przy którymś kolejnym przelocie rozpoznaję rybitwę czarną. Później się dowiaduję, że w pobliżu znajduje się ich mała kolonia lęgowa. 

Idziemy długą groblą, mając po obu stronach łąki przecinane kanałami. My przyglądamy się przyrodzie, a ona nam

Z końmi i krowami pasą się też gęgawy – jakoś sobie nie przeszkadzają.

Rzadka sytuacja, gdy drapieżnik daje się podejść na tak bliską odległość.

Sprawa się wyjaśnia, gdy ta kania ruda wzbija się w powietrze – brakuje jej paru lotek w prawym skrzydle!

Jak inne ptaki, drapole przechodzą teraz okres pierzenia. Na całkowitą nielotność nie mogą sobie pozwolić, więc wymieniają pióro po piórze. Tracąc przy tym nieco na sterowności a pewnie i na ochocie do latania. 

Z oddali patrzymy na wieże kościoła w Słońsku – zbudowana ponoć była na wzór wieży Pałacu Westminster w Londynie 

Z Parku Krajobrazowego wchodzimy w Park Narodowy Ujście Warty. 

Ostatni odcinek do rzeki prowadzi aleją wierzbową

Główny nurt Warty – dziś chybna jedyny, którym uchodzi ona o Odry. Prze osiemnastym wiekiem Warta tworzyła rozległa deltę i oddawała swe wody Odrze licznymi odnogami.

No wodzie ptactwa nie ma, na łąkach o tej porze roku i dnia widocznych jest ledwie kilkanaście gatunków. Wśród nich podloty potrzeszcza i dzięcioła dużego.

Po popołudniowym spacerze i zaskakująco dobrym obiedzie w Restauracji Słowiańskiej w Słońsku jedziemy jeszcze na wieczorne podglądanie przyrody z wieży obserwacyjnej  “Czarnowska Górka”. Stoi tuż przy drodze ze Słońska do Kostrzyna, więc dostęp do niej jest szybki i łatwy. Niestety szum przejeżdżających samochodów utrudnia znacznie nasłuchiwanie głosów, a i pora roku powoduje, że tego ptactwa na łąkach niewiele. Inaczej pewnie to wygląda, gdy wczesną wiosną na łąkach stoi woda.

Krajobraz płaski jak naleśnik.

Czekamy tam na zmierzch. Przy gasnącym już świetle widzimy dwa żurawie wracające z żerowiska na nocleg.

Widok na nieodległy Kostrzyn. Komin może i nie dodaje uroku miastu, ale fotograficznie sprawia, że horyzont nie jest taki nudny.

Gdy ja wypatruję ptaków, Dorota rozciąga czas 

Dalszy ciąg eksperymentów ze światłem i  czasem oraz wiele innych zdjęć Doroty znajdziecie w Galerii.