Kategoria: Ptaki

Krzywy krzyżodziób

Krzywy krzyżodziób to dosłowne tłumaczenie nazwy naukowej krzyżodzioba świerkowego – Loxia curvirostra. Ptak z rodziny ziarnojadów (formalnie mówiąc – łuszczaków), bardzo nieliczny w Polsce, występuje w północno-wschodniej Polsce oraz w górach. Żywi się głównie nasionami szyszek świerkowych – stąd nazwa i stąd charakterystyczny dziób, dzięki któremu ptak jest w stanie wyłuskiwać nasiona. I najczęściej spotkamy go na  świerkach lub w ich w okolicach.

Do tej pory krzyżodzioby świerkowe widywałem z rzadka powyżej wsi i częściej w górach – prawie za każdym, gdy byłem na Stogu Izerskim, w którego okolicach pewnie wyprowadza lęgi.  A wysiaduje jaja jeszcze zimą, bo wtedy pokarmu jest pod dostatkiem – łatwo go wtedy wypatrzeć, bo żaden inny gatunek tak się wtedy nie uwija. Ostatni rok był bogaty, szyszek było bardzo dużo, co jeszcze i dzisiaj widać na wierzchołkach świerków. W tak obfite lata tym bardziej krzyżodzioby nie mają powodu, by zlatywać niżej.

A ten o poranku siedział na jaworze koło domu. Mimo że nie było go widać, usłyszałem nieznany śpiew, który mnie zaintrygował:

(nagranie z portalu xeno-canto.org)

Wypatrzenie go najpierw gołym okiem, potem lornetką i w końcu obiektywem już nie było trudne – kolorystycznie ptaszek dobrze się wyróżniał, a i płochliwy specjalnie nie jest.

Mimo to zdjęcia bardzo ostre nie wyszły: wiatr gałęziami miotał i na manualu ostrzyłem.

Widać jednak kolory i mocny  dziób skrzyżowany na końcu.

Co ciekawe, młode krzyżodzioby rodzą się z prostym dziobem, który ulega zakrzywieniu dopiero, gdy młode ptaki same zaczynają wydobywać nasiona z szyszek. I taki dziób może skręcić się w lewo lub w prawo – nie ma reguły.

Cytując za Księgą Gór Izerskich („Kniha o Jizerských horách” Miloslav Nevrlý, 1981): w czasach, gdy w Karkonoszach i Górach Izerskich odławiano jeszcze drobne ptaki, krzyżodzioby często trafiały do klatek w domach.  Były ponoć niewymagające, przytulne i długo żyły. Górale izerscy wierzyli, że woda, w której krzyżodziób kąpał się w klatce, ma własności lecznicze: krzyżodzioby z dziobem skrzyżowanym w lewo leczyły słabą płeć, te z dziobem w prawo były dobrodziejstwem dla mężczyzn. A piorun nie uderzył w dom, w którym trzymano krzyżodzioby.

W widoku en face wygląda nawet groźnie.

Mimo 31 gatunków ptaków zaobserwowanych tego dnia podczas spaceru Doliną Bobru, to wydarzeniem niedzieli było poranne spotkanie z krzyżodziobem świerkowym.

Doliną Bobru

Spacer fotograficzno-ornitologiczny na dwanaście łap. Czyli my i psy. Ja z lornetką i przewodnikiem Collinsa “Ptaki” za paskiem, małżonka z aparatem i dodatkowym teleobiektywem – wszystko to się przydało. 

Samochód zostawiliśmy w Siedlęcinie, pieszo poszliśmy w dół rzeki do hydroelektrowni we Wrzeszczynie, a wróciliśmy drugą stroną rzeki. Przeszliśmy pewnie niecałe osiem kilometrów, ale ze względu na przystanki na podglądanie przyrody spacer zajął nam niemal trzy godziny. Nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł – minęliśmy sporo biegaczy, cyklistów, spacerowiczów i wędkarzy, ale tłumów nie było.

Krótka fotorelacja poniżej. Więcej zdjęć w Galerii

Zacznijmy od najważniejszego: licząc łącznie z kilkoma gatunkami ptaków zaobserwowanymi jeszcze pod domem, potem po drodze z samochodu i nad Bobrem, zaobserwowałem dziś 31 gatunków – pełna lista na końcu.

Jeszcze w samym Siedlęcinie spotykamy pana nurogęsia (Mergus merganser). Potem widzieliśmy jeszcze kilka nurogęsi, w tym dwie dobrane już pary.

Uwaga językowa: TA nurogęś (jak gęś), a nie TEN nurogęś (jak nur). Wśród ptasiarzy słyszy się obie wersje.

I nie jest to ani nur, ani gęś – nurogęś należy to traczy.

Ptactwo wodne i żyjące blisko wody rozczarowało. Najliczniejsze – co akurat nie dziwi – były krzyżówki: naliczyłem ich ponad czterdzieści, w większości samców. Było też siedem nurogęsi i jedna przelatująca czapla siwa. Żadnych innych kaczkowatych, chruścielowatych, czaplowatych czy zimorodków.

Widoki z Doliny Bobru

Niewiele roślin już kwitnie: podbiał, zawilce (po prawej), żółć złota (po lewej), lepieżnik.

Latolistek cytrynek na lepieżniku białym

Mimo sprzyjających warunków niektóre z ptaków były trudne do oznaczenia (czyli zidentyfikowania nazwy gatunkowej), nawet patrząc na nie przez lornetkę z dziesięciu metrów i natychmiast przewracając kartki przewodnika. Na przykład w przypadku poniższego ptaka nie widziałem dobrze jego – jak się później okazało – ziarnolubnego dziobu, a rdzawo-pomarańczowe boki z niczym mi się nie kojarzyły. Dopiero w domu, oglądając go na powiększonym zdjęciu, mogłem rozpoznać wszystkie szczegóły i oznaczyć na 100% jako samiczkę makolągwy (Linaria cannabina). Małżonka świadkiem, że taka była moja pierwsza intuicja, z której się po chwili jednak wycofałem.

Przez chwilę obserwowaliśmy śpiewaka (Turdus philomelos) siedzącego z wiązką materiału budowlanego w dziobie. Gdzieś w pobliżu musiało być jego gniazdo. On nas też obserwował i widział, że i my go widzimy. I tak patrzyliśmy na siebie, czekając, kto wykona ruch pierwszy. Bo trzeba wiedzieć, że ptaki są inteligentne i łatwo położenia gniazda nie zdradzają. Śpiewak czekał więc aż odejdziemy i dopiero wtedy podfrunął do gniazda. 

Piszę “on”, bo to TEN drozd śpiewak, ale ich płci nie odróżniam – może to była pani śpiewaczka?

Widok na hydroelektrownię we Wrzeszczynie

Z wysokości zapory zauważyłem właśnie dwie pliszki górskie (Motacilla cinerea).

Fotograf i teleobiektyw robili co mogli, ale ostro nie wyszło. Ale jako zdjęcie dokumentujące obserwację – bez zarzutu.  Widać, że to samiczka pliszki górskiej.

Z oznaczeniem tego ptaka się nie popisałem. Sylwetka i ubarwienie jak u sroki, ale z daleka wydawał mi się znacznie mniejszy. Tak w połowie między sroką a srokoszem. I do żadnego ptaka mi to nie pasowało. Po chwili ptaszek się ruszył, podfrunął i usiadł bliżej, nie pozostawiając wątpliwości, że to była sroka (Pica pica).

Wszystkie dzisiejsze gatunki wraz z liczebnością – widziane nad Bobrem, koło domu i podczas jazdy samochodem z i na wycieczkę: bogatka 5, czapka siwa 1, czarnogłówka 1,  śpiewak 1,  dzięcioł duży 3, grzywacz 3, jer 1, kos 5, kruk 1, krzyżówka >40,  krzyżodziób 1,  makolągwa 1, mazurek 3,  modraszka 5, myszołów 2, nurogęś 7, pliszka żółta 2, pliszka siwa 2, pustułka 2, raniuszek 2, rudzik 2, sierpówka 1, sosnówka 1, sójka 4, sroka 2, szpak 3, trznadel 2, turkawka 1, wrona siwa 4, wróbel 9, zięba 14. Razem 31 gatunków, 129 osobników.

Dwa gatunki z powyższej listy zasługują na większą uwagę: krzyżodziób świerkowy zaobserwowany na klonie pod domem i turkawka. O tym pierwszym będzie osobny wpis. Ten drugi o tyle zaskakujący, że czas na przyloty turkawek dopiero nadchodzi z końcem kwietnia. Zdjęcia nie mam, więc obserwację tę można podważyć, choć będę się upierał… Z turkawką czy bez – niezły dzień.

Więcej zdjęć w Galerii.

Spacer ornitologiczny

Prawie dwugodzinny, kilkukilometrowy spacer po łąkach i lasach pomiędzy wsią a Tłoczyną. Przedwiośnie – ruch w ptasim świecie przy braku liści – sprzyja obserwacjom: 27 rozpoznanych gatunków, kilka nierozpoznanych. To jeden z bogatszych połowów. 

Szczególnie rzadkich gatunków nie widziałem, a najciekawsze obserwacje to niekoniecznie ptaki migrujące, które właśnie do nas przyleciały – zdecydowana większość to gatunki osiadłe, które po prostu teraz lepiej widać. Pełna lista już wpisana do bazy ornitho.pl. Warte odnotowania: po jednej pustułce, pluszczu, piecuszku i mysikróliku, 2 pełzacze leśne, 6 jerów i jedna samiczka krzyżodzioba świerkowego.

Pustułka na naszym terenie jest już chyba ptakiem osiadłym, choc formalnie to ptak migrujący. Ok. 3000 par lęgowych w Polsce. 

Pluszcz też jest osiadły, ale gdy w największe mrozy strumienie zamarzają, migrują one na niżej położone tereny. W czasie zaczynającego się już sezonu lęgowego stają się bardzo terytorialne zazdrośnie pilnując swojego odcinka rzeki – na jednym kilometrze biegu rzeki mogą przebywać co najwyżej 2 pary, a często jest to mniej, jeśli woda mało zasobna.

Piecuszek to jedyny na tej krótkiej liście migrant i to długodystansowy p zimuje w Afryce subsaharyjskiej. 

A to robota dzięcioła czarnego, którego dobrze było słychać, ale ani razu nie było widać.

Kopciuszek

Pierwsza para kopciuszków wróciła na swoje miejsce lęgowe koło domu. Ciekawe, czy to ta sama para, czy zeszłoroczne potomstwo? Z lewej samczyk, z prawej samiczka.

To szósty gatunek tej wiosny, który wrócił z zimowych wczasów w nasze okolice. Im wolno i to bez paszportu kowidowego.

Z pewnością powracających gatunków jest już więcej, zwłaszcza ucho rejestruje w lesie nowe głosy, ale rozpoznawanie nieoczywistych gatunków po śpiewie to nie moja liga jeszcze.

Wiosenna migracja

Parę dni temu koło Starej Kamienicy widziałem pierwszą w tym roku jaskółkę (chyba dymówkę). A dziś w Przecznicy pojawiła się parka pliszek siwych. Dokładam zatem te dwa gatunki do trzech już wcześniej zaobserwowanych gatunków: skowronków, grzywaczy i sierpówek. A to oznacza, że wiosenne przyloty i przeloty już trwają na całego i dotarły nawet do Przecznicy.

Zdjęć własnych z tego sezonu nie mam – poniżej zdjęcia z zasobów ciotki Wiki. Pliszka siwa z lewej i sierpówka z prawej.

Jery

Poranny spacer ornitologiczny zaczął się gdy była jeszcze wiosna, czyste niebo i piękne słońce, a kończył zimą – przy opadach śniegu i zimnym porywistym wietrze. Ale warto było.

Lista gatunków skromna – 14 tylko. Oprócz oczekiwanych i licznych mazurków, szpaków, bogatek, modraszek, kosów, dzwońców, krzyżówek, dzięciołów dużych i zięb, były też 3 skowronki,  małe stadko (ok. 10szt) kwiczołów, jeden drozd, para grzywaczy i dwa duże stada ptaków, z rozpoznaniem których miałem duży problem.

Pierwsze stado spotkaliśmy w okolicach Lasku – spośród drzew dochodził świergot dziesiątek niewidocznych ptaków. Co jakiś czas podrywały się, przelatywały kilkadziesiąt, kilkaset metrów i znów znikały w gałęziach drzew, głównie świerkach. Nie sposób było przyjrzeć się żadnemu z nick nawet przez lornetkę. Podążaliśmy ich trasą aż w końcu stado usiadło na gołych jeszcze modrzewiach i brzozach i udało mi się z dużym, ale nie stuprocentowym prawdopodobieństwem, rozpoznać czyże.  Lekko żółtozielone samce i szare samiczki, mniejsze od wróbla, szczebiot o wysokim tonie – tylko do czyży mi to pasuje. Było ich dobrze ponad 50.

Schodząc do wsi, już na skraju lasu, trafiliśmy na drugie duże stado. Już na pierwszy rzut oka widać było, że to inny gatunek. Ptak większy, nieco bardziej ubarwiony, mniej hałaśliwy. Ale również skrywający się w gałęziach i nie dający się podejść – zwłaszcza gdy jest się z luzem biegającymi psami. Najpierw udało mi się rozpoznać wśród nich ziębę, ale wiedziałem że to zły trop, bo w tak licznych stadach zięb jeszcze u nas nie widziałem. Po chwili i reszta stada dała się obejrzeć z bliska – były to jery. Tym razem bez cienia wątpliwości. 

Piękny to ptaszek, bliski kuzyn zięby stąd może i obecność paru zięb w ich stadzie. Kiedyś występowały w Polsce raczej tylko w przelocie wiosennym i jesiennym, teraz coraz częściej zimują w Polsce a latem lęgi odbywają na północy, np. w Skandynawii. Z braku własnego zdjęcia załączam znalezione w angielskiej Wikipedii.

Piękne widoki spod lasu w kierunku Gór Kaczawskich, gdy jeszcze chmury były wysoko.

Daleko na linii horyzontu ostrzy się Ostrzyca Proboszczowicka

Wiosenny spacer ornitologiczny

Mijający właśnie luty w ptasim świecie to już wiosna. Nie dlatego, że akurat w tym roku miesiąc ten był bardzo ciepły, ale dlatego, że zaczynają się wtedy dziać rzeczy, których w grudniu i styczniu nie było. Pierwsze ptaki, np. kruki, składają już jaja, przylatują pierwsi wcześni migranci (np. skowronki), wiele innych gatunków zaczyna się już łączyć w pary (krzyżówki na moim stawie), niektóre już penetrują budki (szpaki, bogatki), a w po lasach i krzakach niesie się hałaśliwy wielogatunkowy świergot, którego wcześniej nie było.

Dziś do południa przy pięknej pogodzie – choć jeszcze przy przygruntowym mrozie gdzieniegdzie – zrobiliśmy ośmiokilometrowy spacer spod domu przez Lasek do górnego Gierczyna i z powrotem do Przecznicy górniczym szlakiem. Trochę łąkami, trochę lasem i skrajem lasów – przez zróżnicowane habitaty, by różnym gatunkom awifauny dać szansę na spotkanie z nami.  

Liczba gatunków niezbyt imponująca –  14. O dwie długości dzioba licznością zwyciężyły szpaki (14sztuk) i bogatki (13). Za nimi trznadle (7), zięby (4), skowronki (5), myszołowy (4) i dzięcioły duże (4). Po dwa, trzy osobniki kosów, mazurków, krzyżówek, sójek i kruków. A jeszcze z punktu widokowego w Gierczynie słychać było dochodzący z Kotliny Mirskiej żurawi klangor  – i to nie z kierunku stawów, ale raczej z zieleniejących się łąk bliżej Mirska, gdzie pewnie już od rana żerowały. Nie widziałem ich, ale “obserwacja” uszami też się liczy – nie wiem tylko ile ich było.

Najbardziej cieszy tak liczne już pojawienie się skowronków – pierwsze z nich zaczynają już podśpiewywać. 

Nadchodzące ochłodzenie w marcu ptasiej wiosny już nie zawróci.




Lecą żurawie. I łabędzie.

Powierzchnia Stawów Rębiszowskich jeszcze parę dni temu była – oprócz małego oczka utworzonego przez wędkarzy – w całości pokryta lodem. Raj dla ptaków to nie jest. Trzy łabędzie (chyba para z młodym), które postanowiły tu przezimować, muszą szukać wody gdzie indziej. Podczas naszej wizyty akurat nadleciały, zrobiły parę rund wokół stawów i wylądowały na stałym lodzie. Łopot skrzydeł jakby mały helikopter leciał.   

Licznie już występują wokół stawów żurawie. To raczej nie dalecy migranci, a osobniki, które zdecydowały spędzić zimę w okolicy. Najpierw o ich obecności dowiadujemy się z klangoru trzech sztuk na brzegu jednego ze stawów. 

Potem nadleciało po kilka innych osobników w dwóch grupach. 

Wylądowały w kilku miejscach na łąkach i wyschniętych stawów i też zaczęły swój koncert, w którego środku przez moment byliśmy.

Żurawie są dość płochliwe, dystans ucieczki w nieco otwartym terenie to pewnie przynajmniej 150-200m. Nam za linią rzadkich drzew i krzewów udało się podejść na jakieś 100m bez wzbudzania ich niepokoju.

Łącznie było tych żurawi ponad 15 sztuk. 

Poza stałą ptasią drobnicą nic więcej nie dało się zobaczyć. Trzeba poczekać aż większa powierzchnia stawów rozmarznie.

Parę innych widoków znad stawów:

I nasz stareńki towarzysz

Przy karmniku – średnie i większe ptaki

I ostatnia już grupa ptaków regularnie odwiedzających karmnik. Cztery gatunki, a każdy reprezentujący inną rodzinę.  

Mimo że dzięciołów mamy w okolicach kilka gatunków, do karmnika pod domem podlatuje tylko jeden: dzięcioł duży. Bo i najpowszechniejszy to z polskich dzięciołów.

Zwykle opukuje pobliskie klony, a do karmnika podleci tylko, gdy wywieszę słoninę. Czyli w większe mrozy. Choć to najmniej płochliwy z dzięciołów, to trzyma się na dystans, stąd dość duża odległość, z której musiałem go zdjąć większym zoomem.

Rodzinę drozdów reprezentują kosy. Widuję je raczej pojedynczo lub w parze, gdy podjadają ostatnie już czerwone kulki berberysów czy irg. Do ziarna nie specjalnie się pchają, od czasu do czasu podrzucę im jabłko na ziemię obok karmnika i wtedy zlatuje się mała banda.

Jedyny krukowaty przy karmniku to sójka. Żyjące blisko nas orzechówki czy kruki aż tak spragnione ludzkiego towarzystwa nie są nawet zimą, a sroki na wysokość 500m n.p.m. rzadko dolatują.

Parę sójek potrafi zająć cały karmnik, nie dopuszczając przez dłuższą chwilę innych ptaków. Najbardziej lubią orzechy włoskie, ziarno skubią przy okazji. A tak się składa, że nasz orzech rodzi trudne do wyłuskania owoce, dzięki czemu na każdą zimę mam ich spory dla ptaków. One wyśmienicie sobie radzą z wydłubywaniem najmniejszych nawet okruszków, a większe kawałki zabierają ze sobą.

Nie w samym karmniku, ale na drzewie ponad nim, przysiadł pewnego dnia myszołów – jedyny reprezentant “drapoli”, czyli ptaków szponiastych. Choć myszołowów żyje w okolicy sporo, aż tak blisko domu nie siadają. Ten siedział blisko i długo i pozwolił się obfotografować. Jaśniejszy obiektyw na takie pochmurne dni by się jednak przydał.

Przy karmniku potrafi się też posilać krogulec. Ale nie na ziarno on tu oczywiście przylatuje. Za każdym razem jest to tak nagły atak, że nie ma mowy, by zrobić jakiekolwiek zdjęcie.

A na koniec serii o ptakach przy karmniku miła scenka pokojowego współżycia trzech gatunków: mazurek, bogatka i modraszka zajadają kulę tłuszczową z ziarnem.

Przy karmniku – inne drobne ptactwo

Poza sikorami i ziarnojadami przy karmniku regularnie stołuje się kilka innych gatunków ptaków drobnych, zbliżonych wielkością do wróbli.

Naliczniejsze, najodważniejsze i przez to najbardziej rzucające się w oczy są trznadle. Stanowią one osobną rodzinę trznadlowatych (Emberizidae), do której w Polsce należy zaledwie parę innych gatunków, np. bliźniaczy trznadlowi potrzeszcz, potrzos, ortolan i rzadka śnieguła. W Przecznicy spotykałem tylko trznadle i potrzosy. A zimą przy karmniku tylko trznadle.

Z ok. 4 milionami par lęgowych jest to jeden z najliczniejszych ptaków Polski, zwłaszcza na terenach otwartych, jak u nas. Przy karmniku zawsze w większym stadzie – anwet do 20 osobników.

Samce w szacie godowej są bardzo ładne, na głowie, piersi i brzuchu intensywnie żółte. Stąd drugi człon łacińskiej nazwy Emberiza citrinella.

Jak to zwykle u ptaków bywa, to samica wybiera partnera, więc sama nie musi wyglądać.. 

Mazurki też spędzają zimą stadnie, przy karmniku jest ich zwykle 10-15 sztuk jednocześnie. Wraz z podobnym wróblem domowym stanowią rodzinę wróbli (Passeridae). Dla wielu osób te dwa gatunki są nierozróżnialne. Może dlatego, że nie widziały one ich obydwu naraz. Kiedyś faktycznie było to trudniejsze, bo mazurek (inaczej zwany wróblem polnym, a z łaciny Passer montanus, czyli wróblem górskim) był ptakiem terenów otwartych, podczas gdy wróbel domowy trzymał się zawsze blisko człowieka. Od wielu już jednak lat mazurek wkracza na tereny wróbli, stopniowo wypierając je z miast. A i na wsi, wraz z wymieraniem tradycyjnych gospodarstw, nie ma już tyle pokarmu, co kiedyś, więc taki wróbelek nie bardzo gdzie ma się przenieść. W konsekwencji od kilku lat odnotowuje się spadek jego – ciągle dość dużej – populacji w Polsce. 

Z profilu dobrze widać plamkę na policzku – najbardziej charakterystyczny element upierzenia mazurka, po którym nie sposób pomylić go z wróblem.

Na piersi i brzuchu brak charakterystycznego dla wróbla krawata.

Brak dymorfizmu płciowego – samice i samce są gołym okiem nierozróżnialne .

Takie cudaczne zdjęcie udało mi się mazurkowi przypadkiem zrobić

Na koniec tego odcinka rudzik. Upierzeniem nieco zbliżony do pleszek, kiedyś zaliczany do rodziny drozdów (do dziś na niektórych portalach jest tak kwalifikowany), a obecnie członek rodziny muchołówkowatych (Muscicapidae). Charakterystycznie ubarwiony, raczej trudny do pomylenia z innymi gatunkami. 

Przy karmniku widziałem zawsze tylko jednego rudzika. A w zasadzie aż jednego, bo wędrowny jest to ptak i w ogóle go tu zimą nie powinno być. Na polskich nizinach od paru lat coraz częściej zdarza się rudzikom decydować o pozostaniu na zimę, ale w Przecznicy widzę go o tej porze roku po raz pierwszy.

I przy okazji rudzika zadaję sobie pytanie o dokarmianie ptaków zimą. W przypadku gatunków osiadłych nie ma ono żadnego znaczenia – przeżyją i bez naszej pomocy, choć być może w przypadku srogiej i długiej zimy nieco mniej ich przetrwa, co na lokalną populację nie będzie miało większego wpływu. Dla ptaków migrujących jednak dostępność pokarmu podawanego przez człowieka może być czynnikiem decydującym  o wyborze pomiędzy migracją a pozostaniem w obszarze lęgowym na zimę. Dokarmiać więc czy nie dokarmiać? 

Dokarmiać, jeśli sprawia nam to przyjemność. Ale przestrzegać trzeba kilku zasad:

Nie rozpoczynamy dokarmiania zimowego zbyt wcześnie. Poczekajmy na pierwszą pokrywę śnieżną, która ogranicza dostęp do naturalnego pokarmu, lub na mróz, który znacznie zwiększa zapotrzebowanie energetyczne.

Gdy już rozpoczęliśmy dokarmianie, róbmy to regularnie – o tej samej porze dnia, podobne porcje. 

Dawajmy tylko dobrej jakości pokarm – najlepiej kupić słonecznik (łuskany lub nie) czy mieszanki ziaren. Kule tłuszczowe lub słoninę podajemy tylko przy mrozach, by nie zjełczały w cieple.

Dobrze jest stosować karmniki, w których ptaki nie będą miały możliwości zabrudzenia karmy kałem, bo sprzyja to roznoszeniu chorób. A jeśli używamy tradycyjnych karmników, to uprzątnijmy je czasem – uprzątnijmy resztki pokarmowe, przepłuczmy wrzątkiem.