Kategoria: Ptaki

Sułów i Stary Staw

Stawy Milickie – część piąta i nie ostatnia jeszcze.

Popołudniem odbywamy jeszcze jedną, relaksacyjno-krajoznawczą wycieczkę po okolicy.  Pamiętamy, że przejeżdżając wczoraj przez Sułów, widzieliśmy tam dwa kościoły wybudowane w technice szachulcowej – oba o dość rozbudowanych formach. Przyciągnęły oko, więc szkoda  by było tam nie zajrzeć.

Najpierw podjeżdżamy pod kościół parafialny pod wezwaniem Świętych Piotra i Pawła prowadzony przez Salezjan. 

Obecna barokowa forma kościoła pochodzi z pierwszej połowy XVIII wieku. Z pewnością liczne remonty przechodził, bo wygląda bardzo porządnie, niemal jak nowy.

Wewnątrz odbywa się próba przedkomunijna, więc wejść nie możemy. Pozostaje oglądanie od zewnątrz i spacer po otaczającym go cmentarzu.

Zabytek przyrody jakich w okolicy już kilka widzieliśmy

Blisko znajduje się drugi, większy kościół pod wezwaniem Matki Bożej Częstochowskiej należący do tej samej parafii. Jest nieco tylko młodszy od poprzedniego, ale o obłej bryle i chyba znacznie pojemniejszy. O ile ten pierwszy od początku był świątynią katolicką, to ten, przy którym teraz stoimy, służył protestantom.  

Drzwi zamknięte – znak czasu, że kościoły są pozamykane poza godzinami mszy. Budynek  i otoczenie ładnie utrzymane, po licznych – pewnie całkiem niedawnych – remontach. 

Krótko tam zabawiliśmy. Jest czas, by jeszcze parę miejsc odwiedzić i przygotować grunt pod jutrzejszą poranną wycieczkę ptasią. Jedziemy na Stary Staw, gdzie znajduje się wieża obserwacyjna dla ptasiarzy.

Tym razem samochód trzeba zostawić nieco dalej i przespacerować się nieco ponad kilometr. Po drodze mijamy stare cmentarzysko – jego najstarsze ślady sięgają ponad dwa i pół tysiąca lat wstecz. Niczego oprócz tablicy pamiątkowej i nierównego leśnego terenu sugerującego wykopki po badaniach archeologicznych tu nie ma. 

Wchodzimy na wieżę kilka metrów powyżej lustra wody. Ładny widok na dużą część tego ogromnego ponad trzystuhektarowego stawu. Jest to największy i jeden z najstarszych stawów kompleksu milickiego. 

Na wodzie nie dzieje się zbyt wiele. Nad wodą górują śmieszki. Wpatrując się w każdą blisko przelatującą mewę, zwróciłem uwagę na jedną z nich: mniejszą i okrąglejszą od śmieszek – to mewa mała. Nowy gatunek!

Zdjęcia mewie małej nie byłem w stanie zrobić – zamiast tego jakaś inna mewa, zapewne śmieszka.

Widok z czatowni

Nad nami przeleciały dwie gęsi tworzące znaczek dwa ptaszki (“V”)

I bocian czarny – to chyba dopiero drugi w tym roku 

Nie jestem pewien, czy to dobre miejsce na poranne ptaszenie – duży zbiornik raczej nie wróży dobrze. No i słońca nie będzie, więc nawet dla samego światła nie ma co przyjeżdżać.

Jedziemy sprawdzić jeszcze Staw Niezgoda. To całkiem blisko ze Starego Stawu – można by i piechotą dojść. Jest tam przyjemna czatownia na poziomie gruntu – może tam właśnie następnego poranka się pojawimy?

Samochód zostawiamy pod takim drogowskazem 

Na groblach trwa wypas gęsi – naliczyłem około ośmiu par gęgaw łącznie z ponad 30 młodymi. Jedna para miała tylko jedno gęsię, ale była i para z ośmioma. 

Na wodzie trochę się dzieje. Akwen nie jest zbyt duży, więc dobrze widać i gołym okiem, i przez lornetkę, i teleobiektyw.

Na długiej serii zdjęć Dorota uchwyciła startującego do lotu łabędzie niemego. Ileż wysiłku wymaga od tego ptaka poderwanie się znad wody!

Czatownia spełnia oczekiwania – przestronna, skierowana na ciekawy fragment stawów, dobrze schowana. Wracamy tu skoro świt. 

Po rybnej kolacji podlanej dolnośląskim winem idziemy jeszcze na spacer po okolicy hotelu.

Taka ciekawostka na tyłach restauracji

Powstaje następujące pytanie – z czym trzeba się wybrać do takiej toalety, by być uznanym za wędkarza? Z podbierakiem? Jakąś zanętą? A może wystarczą wodery?

Zapada zmrok: kończy się światło i dzień zdjęciowy

Galerii jest jeszcze parę zdjęć Doroty – trzeba zobaczyć!

Ptasi raj na Jamniku

Czwarta część relacji z wycieczki na Stawy Milickie.

Jest późny ranek lub wczesne przedpołudnie. Od prawie sześciu godzin na nogach. Odbyliśmy już tego ranka długi spacer po ścieżce przyrodniczej koło Rudy Sułowskiej i przenieśliśmy kumaka z lasu do wody. Czas na porządne ptaszenie. Jedziemy do punktu obserwacyjnego na południowo-zachodnim końcu Stawu Jamnik Dolny. To między innymi w tym miejscu raportowanych jest każdej wiosny dużo ciekawych i rzadkich ptasich obserwacji.

Po drodze mijamy małą wieś z takim oto cudem natury

Dąb jakby dłutem oskrobany. To owady i drążące za nimi dziury dzięcioły tak rozprawiły się z drzewem. Ono już umiera, ale jeszcze przez długie lata będzie swą tkanką karmić miliony mniejszych istnień. Nawet gdy już się zmęczy i położy.

Samobieżny pojazd wodny 

Punkt obserwacyjny nad Stawem Jamnik to tylko dobrze wydeptany pasek ziemi między szosą a stawem. Nie ma wieży czy czatowni. A to źle wróży obserwatorom nie wspomaganych lunetą. 

Wysiadamy, ustawiamy się z dala od innego ptasiarza, który hipnotycznie wpatrzony jest w lunetę. Już pierwszy rzut oka wystarczy – na dużej tafli wody olbrzymia liczba ptaków, ale w odległości nie dającej większych szans na dobre zdjęcia. Może choć do identyfikacji gatunków ten mój teleobiektyw się przyda. Nieco tylko poprawia sprawę lornetka.

Uwagę zwraca duże stado jednakowych ptaków. Potrzebuję chwili, by rozpoznać gatunek – to płaskodzioby! Kilka, kilkanaście, kilka dziesiątek, setka? Nie wierzę oczom. Do tej pory płaskodzioby widziałem tylko kilka razy i tylko w parach lub małych grupach, co traktowałem jako swoją ważną zdobycz. Dla upewnienia się podchodzę do obserwatora z lunetą. Pierwszy wyciąga rękę i przedstawia się imieniem i nazwiskiem. Pytam się, o te płaskodzioby. “Tak – mówi – sto siedemdziesiąt naliczyłem”.      

Ptasiarz ten okazał się mistrzem w specyficznej konkurencji – interesują go tylko duże stada. Stoi godzinami z lunetą i liczy każdą sztukę! Jakiegoś innego gatunku – czernicy czy głowienki, zapomniałem z wrażenia – doliczył się dziś 570 sztuk!

Ja przyjechałem tu między innymi z nadzieją zobaczenia zausznika – perkoza, którego jeszcze nigdy nie widziałem. Pytam się więc, czy ta jego magiczna luneta zauważyła i zliczyła również zauszniki. “Tak, jest stado około 70 sztuk ale po drugiej stronie jeziora, trudno zobaczyć”.  No to jestem bez szans. Chyba że się pieszo wybiorę na tę drugą stronę jeziora…?

Jako się rzekło, kobyłka u płota. Droga południowym brzegiem nie wiedzie niestety bezpośrednio nad brzegiem, więc chwilo żegnamy się z wodą, ale za to wchodzimy w łąki, trzciny i niskie zarośla – też ciekawie, bo zupełnie innych gatunków można się tu spodziewać. Na przykład pokląskw, lerek lub potrzosów 

Mijamy ślady pozostawione przez obcujących z naturą inaczej

Dochodzimy do drugiego końca stawu. Mam stad widok również na sąsiednie jezioro, ale na żadnym zauszników nie widać.

Ładna scena zebrania perkozów. Ciekawe nad czym tak radzą?

Niepocieszony wracam do samochodu. Gdy ja kontynuuję rozmowę z posiadaczem lunety, Dorota testuje odkurzony teleobiektyw x600. Tani, mało precyzyjny, nie do użytku w przypadku fotografii w ruchu, ale gdy chcemy sprawdzić, czy do fotografowania odległych obiektów statycznych się nadaje. Rezultat jest lepszy niż się spodziewałem – te łabędzie zostały “zdjęte” z odległości około 1000-1200 metrów!

Ze względu na trudność ostrzenia i czasochłonność nie dla mnie jednak taka zabawa. 

Zmieniamy miejsce. Ponoć na Stawie Rudym jest ścianka dla ptasiarzy, zza której też się dobrze obserwuje ptactwo.

Staw Rudy jest spuszczony, królują tu mewy śmieszki – są ich tysiące!

Próbuję wśród śmieszek odnaleźć inne gatunki mew, ale jest to trudne z tej odległości. Po przeciwnej stronie stawu raz udało mi się zobaczyć tylko dwie młode mewy białogłowe.

W dużej odległości od nas na płyciźnie oprócz mew widać również małe stadka różnych ptaków brodzących. Dominują bataliony. Ale są też nowe dla mnie gatunki: kwokacz, brodziec śniady, krwawodziób. Na zdjęciu nie widać, ale w lornetce było je widać wyraźnie.

Sąsiedni ptasiarz z lunetą podpowiedział, że widział również kulika wielkiego. Nawet wskazał przybliżone miejsce, ale mi się jednak nie udało go zobaczyć. Szkoda. Nieoczekiwanie z pobliskich krzewów odezwał się słowik rdzawy! Jeszcze niewiele ich do Polski przyleciało, tym większa to niespodzianka. A z odległego o 200 metrów lasu doleciał głos dudka. Oba gatunki to nowe zdobyczne do mojej rocznej listy. 

Kończymy wizytę. Dzień jeszcze młody, pomyślimy po drodze, co robić dalej.

Na nieornitologiczne zdjęcia Doroty z tej części wycieczki zapraszam do Galerii

Świt na ścieżce przyrodniczej

Nasz pierwszy świt na Stawach Milickich. Prognoza niczego dobrego nie obiecywała i słowa dotrzymała: niebo zachmurzone, lekko mży. Nie ma jeszcze słońca, bo wstaliśmy przed wschodem, ale też i nie zanosi się, by miało się wkrótce pokazać. Są za to równie oczekiwane poranne mgły. 

Idziemy na spacer ścieżką przyrodniczą zaczynającą się niedaleko hotelu. Nie trzeba daleko jechać, pierwsze zdjęcia cykamy jeszcze przed 6 rano.

Ścieżka prowadzi groblami wokół kilku stawów. Robi się kilkukilometrowe koło – w sam raz by wrócić do hotelu na śniadanie, nie będąc ostatnimi gośćmi. 

Gdy dochodzimy do pierwszego stawu, trwa jeszcze niebieska godzina dodatkowo potęgowana mgłą.

Zwykle po niebieskiej godzinie, wraz ze wschodem słońca, następuje godzina złota. Ale nie dzisiaj – bez fajerwerków brzask przechodzi bezpośrednio w pochmurny dzień. 

Wiele stawów jest o tej porze roku bez wody, a więc i ptactwo na nich niewiele. Tym bardziej cieszy widok nawet tak pospolitych gęgaw wiodących już tegoroczny przychówek.

Gęgawa w locie

Większość ptaków jest jeszcze w fazie zalotów. Np. ta para perkozów dwuczubych i i pan i pani biorą równy udział w zalotach.

A u gągołów tylko pan gągoł musi się starać.

Ptaków na wodzie nie jest dużo. Tym łatwiej wśród nich wypatrzeć rzadsze gatunki. Rarytasem wręcz dla mnie jest podgorzałka – w tym roku raportowana na Dolnym Śląsku tylko kilkanaście razy. To moja pierwsza w tym roku – zdjęcie powiększone stąd rozmycie.

Nawet po takiej obserwacji widok pospolitej głowienki też cieszy.

Na spuszczonych stawach trwa nawapnianie

Po takim zabiegu stawy stają się żyźniejsze, ale ptactwo do obsypanego wapnem dna stawu się nie garną.

Jeden z nielicznych widzianych dziś przedstawicieli siewkowatych w środku kadru. Trudno oskarżyć go o parcie na szkło.

Zakreśliwszy pętlę, wracamy do Rudy Sułowskiej

Sezon kajakowy już wkrótce się rozpocznie.

Zajęte gniazdo bocianie we wsi

Patrząc na to zdjęcie, myślę sobie, że wolę bociany oglądać z nieco większej odległości.

Wycieczka trwała nieco krócej niż planowaliśmy – wykorzystuję chwilę, by zajrzeć jeszcze na stawy na zachód od wsi, gdzie na krótko zawitaliśmy wczorajszego wieczora.

Jest stadko głowienek

Samotny łabędź krzykliwy

Spacer kończę widokiem pleców bobra

Mimo niewielu obserwacji, było ciekawie. I choć na nogach jesteśmy już od czterech godzin, przed nami dopiero śniadanie a potem wycieczki na inne stawy.

Więcej zdjęć z porannego spaceru ścieżką przyrodniczą w Galerii – zapraszam.  

Na ptaki i ryby do Doliny Baryczy

Łącząc różne obowiązki, udaje nam się tym razem wpaść na Stawy Milickie aż na półtora dnia. “Aż”, bo parę tygodniu temu wygospodarowaliśmy tylko pół dnia. A prawdą jest, że odwiedzenie większości, nawet nie całości, kompleksu stawów wymagałoby tygodnia.

Już na trasie Przecznica-Wrocław dużo się dzieje – były bieliki (zdjęcie obok), błotniaki (zdjęcie poniżej) a nawet jeden rybołów. O ile dla zrobienia zdjęcia dwóm pierwszym udało mi się zatrzymać auto, to w przypadku rybołowa nie miałem koniecznego komfortu na drodze. A szkoda, bo rybołowa na zdjęciu jeszcze nie mam.

Poprzednim razem odwiedziliśmy stawy w okolicy Rudy Milickiej koło Milicza, tym razem zatrzymujemy się na dwa noclegi w Rudzie Sułowskiej koło Żmigrodu. Wyśmienita to baza wypadowa na kilka kompleksów stawów – część z nich jest dostępna pieszo, do paru innych trzeba podjechać samochodem zaledwie 15-20 minut. 

Zatrzymujemy się w hotelu Naturum – jak cały kompleks, należy on do spółki Stawy Milickie, której właścicielem jest Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego. Dzięki temu jest on dobrze wkomponowany w otoczenie – ładny, nie za duży, nastawiony na obsługę miłośników przyrody. Prywatny właściciel pewnie inaczej by to zorganizował niekoniecznie z korzyścią dla turystów.

Obok hotelu funkcjonuje restauracja z bogatą infrastrukturą wewnątrz budynku i na zewnątrz.  I turysta indywidualny i grupowy jest tu należycie obsłużony, nie przeszkadzając sobie nawzajem.  

Restauracja “8 ryb”.

I jej otoczenie

W menu potrawy z własnych ryb: karp, tołpyga, jesiotr i amur w wielu postaciach. Na obiad i na śniadanie. Można też zamówić mięsa i makarony, ale po co wtedy aż tu jechać?

Pierwszego dnia czasu mamy mało. Robimy tylko godzinny spacer główną drogą mijając kilka stawów. Mimo zmierzchu, słyszymy i widzimy sporo ptaków: w trzcinach hałasują potrzosy i rokitniczki, na wodzie najlepiej widoczne są łabędzie nieme, łyski i perkozy dwuczube, na łące pasą się jeszcze gęsi tundrowe i gęgawy, w powietrzu widzimy bielika, czaple siwe i jedną wronę siwą. Najciekawsze obserwacje zostały na koniec. Na najbliższym stawie pływał samotnie łabędź krzykliwy. Jeszcze miesiąc temu zrobiłby na mnie ogromne wrażenie, gdyby nie to, że to już kolejna obserwacja tego gatunku w tym roku – cieszy, ale już bez sensacji. Nowością była mewa czarnogłowa. W małym stadzie śmieszek pojedynczy osobnik już na pierwszy rzut oka wydawał się odmienny – zamiast brązowo-czekoladowego kaptura na głowie ta miał kaptur dłuższy i zdecydowanie czarny. To mewa czarnogłowa.

Okazji do fotografowania było niewiele – mżyło cały czas, szkoda moczyć sprzęt. Ta jedna tylko czapla miała szczęście załapać się na fotkę.   

Po pierwszym spacerze apetyt na kolejne dwa dni tylko wzrósł. Jutro pobudka o 5!

150!

Rybitwa rzeczna jest moim sto pięćdziesiątym gatunkiem ptaków rozpoznanym w tym roku!

Mój cel minimum był skromny – pobić poprzedni najlepszy wynik z ubiegłego roku. Nie był to cel wymagający, bo osiągnięty mimochodem, przy okazji, bez wysiłku. Celem maksimum było 150 gatunków. Dlaczego tyle? Bo tak.

Oto moja rybitwa bohaterka

Zdjęcie zrobiłem w Dolinie Baryczy. Trudne ono było. Był to przygodny spontaniczny przystanek, nastawiony byłem na zdjęcie na wodzie, więc do długiej lufy przykręcony był monopod – czyli statyw składający się tylko z jednego kija jako podpórki. Dla mnie rewelacja. Ale rybitwa na wodzie nie siedzi – jest to bardzo szybki i zwinny ptak krążący nad wodą i przypuszczający bardzo szybkie ataki na ofiarę w wodzie. Duża swoboda ruchów jest potrzebna, by takie stworzenie złapać w obiektyw i by ostre zdjęcie wyszło. By nie tracić czasu na odkręcanie statywu, cykałem zdjęcia wymachując całym półtorametrowym zestawem. Wyszło lepiej niż myślałem.

Czyli cel na ten rok osiągnięty!

Ale przecież przed nami ciągle jeszcze czas przylotów wielu innych gatunków. Pod domem, na naszych łąkach i w pobliskich lasach będą oknówki, jerzyki, gąsiorki, gajówki, derkacze, kukułki, krętogłowy, trzciniaki i trzcinniczki, wilgi, muchołówki, pleszki, strumieniówki, świerszczaki, świstunki leśne, zaganiacze i parę innych gatunków, które w poprzednich latach już u nas widywałem, więc pewnie i w tym roku dam radę – nowy cel na ten rok to 170!

Uwaga w nawiasie dla zachowania proporcji – pierwsi uczestnicy Wielkiego Roku mają na koncie już ponad 200 gatunków, a ja ze swoim wynikiem ledwo mieszczę się w pierwszej pięćdziesiątce. Z której i tak wkrótce wypadnę, bo w zeszłym roku dla zajęcia miejsca w pierwszej setce potrzebnych było 188 gatunków. No ale nie o miejsca tu chodzi przecież, a o przekraczanie własnych granic.

Ptak czy owad, nagroda, którą obiecałem sobie zafundować za sto pięćdziesiątego ptaka już mi się należy. Miała to być porządna luneta ornitologiczna, ale jeszcze się zastanowię… Skoro bez lunety mogłem zobaczyć 150 gatunków, to po co mi ona?

Już wkrótce napiszę duuuużo więcej o naszej wyprawie w Dolinę Baryczy.  Fajny to był czas.

Świt na Witce

Wydłużający się dzień sprawia, że świt wypada coraz wcześniej i coraz trudniej się wybrać tak, by zdążyć na złotą poranną godzinę. Tym bardziej, gdy trzeba tam jeszcze dojechać. Ale do jesieni lepiej już nie będzie – wstajemy więc przed piątą rano, by kilkanaście minut po szóstej zameldować się na Zalewem Witka (Niedów) koło Zawidowa. Złota godzina tego dnia zaczyna się o 6:08, więc trwa już parę minut, gdy docieramy na miejsce. Dzień zapowiada się słoneczny i ciepły, choć o poranku chłodno jeszcze.

Samochodem moglibyśmy podjechać do samego punktu widokowego na skarpie, ale wolimy pozostawić samochód i hałas z dala od brzegu i pokonać ostatnie metry pieszo.

Takim widokiem wita nas świt nad Witką  

Jest pięknie, widoki wprost malarskie i to nie jak z serii “zachód słońca nad jeleniem”. Nawet jeśli nie miałbym dziś dopisać żadnego nowego gatunku do mojej listy rocznej, to już wiemy, że warto było wcześnie wstać. 

Unosząca się nad mokradłami mgła wygląda jak pożar łąki.

Moje zdjęcie dnia powstaje już na samym początku – ale przekonuję się o tym dopiero w domu, przeglądając dzienny urobek. Te kolory to nie efekt filtrów czy paintshopów –  tam naprawdę tak było przez pierwsze pół godziny.

Ptasio nie jest zbyt bogato, gdy już się w poprzednich miesiącach niemal wszystko policzyło. Ale i tak spodziewam się jednego do trzech nowych gatunków do listy rocznej. I już nie wodnych ptaków, lecz wiosennych migrantów, które spodziewam się zobaczyć albo w powietrzu albo w trzcinach czy nadbrzeżnych krzakach. 

Pierwszy nowy gatunek tego dnia był całkowitym zaskoczeniem. Obco brzmiący dźwięk brałem początkowo za odgłos pochodzący z linii wysokiego napięcia przechodzącej w pobliżu. Dopiero któreś kolejne pojawienie się brzęczenia uświadomiło mi, że źródłem musi być – nomen omen – brzęczka. Ptak trudny do wypatrzenia wśród trzcin, ale też trudny do przegapienia, gdy tylko się odezwie.

Para perkozów dwuczubych

Para perkozów w tańcu godowym. Można patrzeć bez końca.

Na bobrowym żeremiu straż pełni wrona siwa

Dwa samce krzyżówki

Łabędzie już wysiadują jaja

Perkozy mącące lustro wody

Nadleciały łabędzie nieme

Robi się coraz jaśniej, ginie ciepłe pomarańczowe światło. Staje się dzień.

Gdy wracamy do samochodu przelatuje nam nad głowami kania ruda. 

A chwilę po niej pojawia się również kania czarna – ciemniejsza i z mniej wciętym ogonem. Wyraźnie choć nie agresywnie czarna przeganiała rudą.  

W innym miejscu chyba ta sama ciągle para kontynuowała sprzeczkę. A w jeszcze innym miejscu widziałem kanię rudą znoszącą w dziobie patyki na budowę gniazda. Wiem, gdzie będę wypatrywał kaniej młodzieży w następnych miesiącach.  

Opuszczamy południowo-wschodnią część akwenu i jedziemy do magicznej wsi – do Spytkowa. Jest tam pomost wchodzący nieco w wodę, z którego zwykle widać kaczą zupę. Ale nie tym razem – poza kilkoma śmieszkami i perkozami pusto i na wodzie i w powietrzu.

Idąc przez wieś, widzę taką parkę: kulczyk i szczygieł. Niby jedna rodzina łuszczaków, ale jaj z tego nie będzie. 

Stąd już blisko do zapory. Zimą zamknięta, od pierwszego kwietnia jest możliwość przejścia po niej na drugą stronę. I to czynimy, ciesząc się możliwością robienia zdjęć z tamy.

Para pliszek siwych wybrały balustradę na tamie na miejsce randki 

Po brzęczce i kani czarnej do listy rocznej dochodzi piegża

Wielowarstwowy widok z wysokiego północnego brzegu zalewu

Trójka dymówek. Ale to nie te jaskółki moją wiosnę uczyniły – pierwsze w tym roku jaskółki, też dymówki, widziałem już ponad tydzień temu na Stawach Rębiszowskich. 

Wracamy nad brzeg zalewu. Niemal spod nóg wyskakuje jakiś bekasowaty – może kszyk, z którym spotkam się jeszcze później.

Czapla siwa szuka śniadania

Łabędzie niczym koraliki nanizane na sznurek

Ujęcie dnia – inną, jeszcze lepszą wersję tego kadru wrzuciłem do Galerii

Ze środka tego obrazka spogląda na mnie ptaszyna. Widać ją?

Teraz lepiej? To podróżniczka, czyli samica podróżnika. Nie pierwsza w tym roku, bo gatunek ten pojawił się już również na Rębiszowie. Samczyk również kręcił się w pobliżu, udało mi się i zobaczyć i usłyszeć, ale obiektyw nie nadążył. A szkoda, bo to piękny ptaszek.

Kapturka

Jeden z pobliskich stawów hodowlanych jest spuszczony, tworząc idealne środowisko dla ptaków siewkowatych. Np. dla brodźca piskliwego, kszyka czy samotnika. Ten ostatni na mocno powiększonym zdjęciu, bo wszystkie siewki to płochliwe bractwo.

Kszyk w locie – tym razem zdążyłem wycelować, a obiektyw całkiem przyzwoicie wyostrzył.

Mokradła to również dobre środowisko dla dzików.

Tak się maskujemy 

Po ponad trzech godzinach kończymy tę jedną z najlepszych naszych wycieczek. Tuż po świętach mamy w planach kolejne dwa świty, ale już gdzie indziej. Z pewnością będzie z tej wyprawy obszerna relacja – już zapraszam.

Więcej zdjęć Doroty w Galerii.   

Wieczorny ruch na stawach

Jeśli wstać o świcie się nie da, to drugą najlepszą porą dnia dla ptasich obserwacji są ostatnie godziny przed zmierzchem. Ruch w powietrzu znowu się wtedy wzmaga w poszukiwaniu ostatniego kęsa lub miejsca na nocleg.

Tak było i dziś wieczorem na Stawach Rębiszowskich – liczba obserwacji na każde sto metrów spaceru chyba rekordowa w tym roku. W większości to nasi starzy znajomi, ale też  coraz liczniej pojawiają się migrujące gatunki.

Czapla biała na polowaniu. Zanim zrobiłem to zdjęcie patrzyłem na tę czaplę przez chwilę przez lornetkę. Czapla nieruchomo wypatrywała zdobyczy w wodzie aż w końcu coś dostrzegła i po szybkim atakiem dziobem wyciągnęła jakąś małą rybkę.  

Mimo że byliśmy zamaskowani i mimo sporej odległości czaple się spłoszyły. Zawsze mi w takiej sytuacji szkoda, że przeszkadzam ptakom. 

Pani potrzosowa obserwuje ganiających się panów potrzosów

Ciesząco bardzo obserwacja świergotka łąkowego. Jeszcze dwa lata temu w ogóle nie znałem świergotków. W zeszłym roku po raz pierwszy widziałem w naszych górach świergotka drzewnego, a w tym roku już trzeci raz widzę świergotka łąkowego i to w trzech odległych lokalizacjach. 

Świergotek łąkowy

Po drugiej stronie stawu, w innym świetle, ponownie widzę świergotka, ale ten wydaje mi się nieco inny. Robiąc mu zdjęcia, podejrzewam, że to świergotek drzewny. Ale przy oglądaniu zdjęć w domu znowu pewność mija – raczej łąkowy. Drzewne jeszcze do Polski nie doleciały. Ten mój byłby chyba dopiero drugim w Polsce w tym roku, co tym bardziej zmniejsza szanse, że był to świergotek drzewny. Trzeba się będzie na Wysoki Grzbiet wybrać, by go zobaczyć.

Cieszy para błotniaków stawowych – wiedzę ją już drugo raz tej wiosny, więc pewnie to para lęgowa. Ciekawe, czy to ta samo para, która w tym samym miejscu przystąpiła do lęgów w zeszłym roku. 

Kiepskie zdjęcie, ale widać na nim oboje partnerów i duże różnice w wielkości i ubarwieniu pomiędzy samcem na górze a samicą na dole.

A tu już sam pan błotniak

Fotografowanie w tereniw

Wszystkich gatunków w czasie nie co ponad godzinnego spaceru było blisko trzydzieści, w tym jeden nowy nabytek do listy rocznej: pierwsza tegoroczna jaskółka – dymówka.

Inne ciekawostki to pierwsza obserwacja raniuszka czarnobrewego. Jest to podgatunek raniuszka zwyczajnego, więc jako osobny gatunek się nie liczy, ale obserwacja i tak cieszy, bo to nie tylko pierwsza w tym roku ale i w całym moim życiu. Raniuszki czarnobrewe występują na zachodzie i południku Europy, ale zdają się coraz częściej wyprowadzać lęgi również na Dolny Śląsku. Taki klimat…

Były też bąk i wodnik – oba tylko słyszane, bo dostrzec ich niemal nie sposób. Ale że oba wydają bardzo charakterystyczne dźwięki, o pomyłce nie ma mowy. 

Udany połów, trzeba o pogodnym i bezwietrznym świcie ćwiczenie to powtórzyć. 

Ptasiarstwo nad Stawami Milickimi

Tu jesteśmy

Będąc we Wrocławiu, mamy pół dnia na wypad do Doliny Baryczy – raju dla ptaków i ptasiarzy. W przewodniku “Birding in Poland” aż cztery z tutejszych grup stawów ma maksymalną liczbę gwiazdek – czyli trzy – z ok. piętnastu w całej Polsce.  

Park Krajobrazowy Dolina Baryczy jest olbrzymi, rozciąga się pomiędzy Żmigrodem na zachodzie a Ostrowem Wielkopolskim na wschodzie. Niemal 50 km na 20. Składa się z niemal trzystu stawów!

Mając tylko kilka godzin na naszą pierwszą tu wizytę, wybieramy maleńki wycinek koło miejscowości Stawno, który ma dać nam wyobrażenie o potencjale całego kompleksu.   

Idziemy groblą przy Stawie Słonecznym Górnym. Miejsce to jest dobrze, wręcz komfortowo, przygotowane do obsługi wszelkiej maści amatorów przyrody. Jest dużo oznaczeń, szlaków, wież obserwacyjnych i czatowni, a groblą biegnie półtorakilometrowa twarda droga wyłączona z ruchu kołowego.   

Już po pierwszych paru krokach wiemy, że ptactwa tu mnóstwo. Przewodniki mówią o ponad 250 gatunkach, które w tej okolicy zanotowano. Ale lustra wody są duże, ptactwo wodne gromadzi się z dala od ścieżek, nawet na zoom x400 to często za dużo, więc widoków i zdjęć nowych gatunków nie spodziewam się zbyt wielu – oszczędnie szacuję, że te kilka godzin może przynieść 3 do 10 nowych gatunków do mojej wielkorocznej listy.

Tłum na wodzie i w powietrzu robi zaledwie kilka gatunków. M.in. mewy śmieszki, czaple siwe i kormorany

Czapla siwa znosząca materiał na gniazdo znajdujące się na jednej z wysp całkowicie skolonizowanych przez jeden gatunek.

Kolonia kormoranów całkowicie pokryła swymi odchodami drzewa

Perkoz dwuczuby

Na końcu grobli spacer miał się skończyć, by starczyło czasu na odwiedzenie jeszcze innych miejsc. Ale bliskość czatowni na Stawie Gadzinowym kusi.   

Idąc przez wieś Nowe Grodzisko, widzę mijające mnie w powietrzu olbrzymie stado gęsi kierujących się właśnie tam, gdzie zmierzam. Zdążyłem strzelić “z biodra” parę razy. To gęś tundrowa – nowy gatunek na mojej liście.

Tuż po przelocie gęsi, na niebie pojawił się inny duży samotny ptak. Początkowo potraktowałem go jako spóźnioną gęś goniącą stado. Ale gdy już mnie minął, zorientowałem się, że to nie gęś. Szybki rzut lornetką w ostatniej chwili – to bocian czarny! To już drugi rok, gdy moim pierwszym bocianem widzianym wiosną nie jest pospolity bocian biały, lecz rzadki czarny. Drugi nowy dziś gatunek.

Przy zabudowaniach wiejskich widzę w krzewach ptaka, którego nie kojarzę: niby trznadel, ale mniejszy i nieco inaczej ubarwiony. Zdjęcia nie zdążyłem zrobić, ale z pamięci nagrałem sobie jego dokładny opis na dyktafon. Po przejrzeniu atlasu okazał się on być kulczykiem. Trzeci już nowy gatunek do rocznej listy.

Docieram do czatowni. Spora drewniana konstrukcja usadowiona na brzegu stawu i nieco przesłonięta szuwarami. Może się w niej zmieścić pewnie i 20-30 osób, ale dostęp z lunetą czy aparatem do okna może mieć pewnie 6-8. Na szczęście jestem sam.

Gdy tylko przygotowałem sprzęt, niemal prosto w obiektyw wleciał mi błotniak stawowy – był tak blisko, że obiektyw nie był w stanie wyostrzyć. Błotniak nie zdawał sobie sprawy z mojej obecności i przedefilował koło mnie jeszcze parę razy już w zdecydowanie bardziej komfortowej dla obiektywu odległości.

Z błotniakiem stawowym już się dobrze znamy ze Stawów Rębiszowskich. Ale u nas trudno byłoby zobaczyć go z bliższego dystansu niż 100-200m. Tu go miałem na 5 metrów od siebie.

Już dużo dalej widzę olbrzymie stado gęsi, którego jedynie mały wycinek można było objąć obiektywem. Było ich przeszło 3 tysiące. Z powiększonych zdjęć udało mi się wyróżnić wśród nich gęsi białoczelne i tundrowe.  

Podczas gdy ja ptasiłem, Dorota pozostała na grobli i eksperymentowała. Polecam zajrzenie do Galerii

Nieco tylko w niedoczasie jesteśmy. Jest czas na kolejne ciekawe miejsce. Wracamy do samochodu. Na moment zatrzymujemy się przy starym ewangelickim cmentarzu.

Podjeżdżamy pod wieżę obserwacyjną w Grabownicy.

Spotykamy tu innego ptasiarza i wymieniamy się własnymi obserwacjami. Z nieznanych mi jeszcze gatunków najbardziej korci łabędź krzykliwy, który licznie występuje na stawach, z których ten ptasiarz właśnie przyjechał. Chwila wahania – korci, ale to w innym kierunku. Jednak pozostajemy przy swoich planach. Jak głośno by ten łabędź krzykliwy nie krzyczał, musi poczekać na naszą kolejną wizytę. 

Widok z wieży

Niemal pusto w każdym kierunku. Na dłuższą zasadzkę nie mamy czasu, więc schodzę z wieży rozczarowany.

Czas wracać do Wrocławia. Tę niewielką rezerwę czasową, jaką mamy, zostawiamy na spontaniczne obserwacje w drodze. Będziemy jednak wracać drogami, przy których większych stawów już nie będzie, więc wiele sobie nie obiecuję.

Nie patrzymy na mapę, więc jeszcze jeden staw wyskakuje nam z nienacka. Reakcja może być tylko jedna – cofam i wychodzę bez sprzętu na krótki rzut oka. Parę sekund wystarczy, by się zorientować, że dużo tu ptactwa różnorakich gatunków. A pierwszym, który mi się rzucił w oczy to łabędź krzykliwy! Wracam do samochodu, porządnie już parkuję, zabieramy cały nasz sprzęt i  ustawiamy na brzegu stawu. Jesteśmy – jak to później sprawdziłem na mapie – na Skoryczysku, już bliżej Trzebnicy niż Milicza.

Łabędź podejrzewany o bycie krzykliwym postanowił sprawdzić naszą cierpliwość: dziób – główny odróżniający go od niemego element – schował w pióra.  A wszystkie inne łabędzie wokół niego to łabędzie nieme. Może się jednak pomyliłem…

Czekając na jego ruch, wypatrujemy innych gatunków. Jest dużo czapli siwych i białych

Gęsi nieokreślonego gatunku

Dużo kaczek, siewkowatych i mew – na tym zdjęciu jest kilkanaście gatunków. 

Taka łacha na środku stawu to dobre miejsce dla ptaków z rzędu siewkowych. Na to miejsce nastawiamy ostrość i widzimy liczne bataliony, czajki, krwawodzioby, siewki rzeczne. Są też pewnie i dwa różne gatunki brodźców, ale na zdjęciach nie wyszły zbyt wyraźnie, więc ich nie raportuję. Ale krwowodzioby i siewki owszem. To kolejne dwa gatunki do listy.  

Kątem oka ciągle obserwujemy naszego podejrzanego łabędzia. I w końcu się ruszył -wyprostował szyję, ukazując żółty dziób.

Teraz już nie było wątpliwości: na całym stawie wśród kilkunastu łabędzi niemych był jeden łabędź krzykliwy. Wisienka na i tak już dość obfitym dzisiejszym torcie. Tu w zbliżeniu

Jest południe, do Wrocławia docieramy zgodnie z planem. Rekonesans udany – cieszą zarówno dzisiejszy połów, jak i fakt, że już wiemy, że do zobaczenia jest tu znacznie więcej. Już mamy ustalony termin i miejsce kolejnej wycieczki do Doliny Baryczy.

Więcej mniej ptasich zdjęć Doroty w Galerii 

Wyprawa do Mordoru

Zmotywowani bardzo ciekawą Izerską Nocą Sów, sami postanowiliśmy poszukać puszczykowatych w innych miejscach, a przy okazji wykorzystać fotograficznie kolorowe zachody słońca. Ponieważ łów sowi się udał, a jeden z upolowanych gatunków jest bardzo rzadki, dokładnego celu naszej wyprawy zdradzać nie będę.  Sudetów i Pogórza Sudeckiego w każdym razie nie musieliśmy opuszczać.

Wyjechaliśmy z domu tak, by na miejsce dotrzeć o jasnym jeszcze zmierzchu – w końcu po raz pierwszy w te okolice jedziemy, a żadne szlaki tamtędy nie prowadzą.  

Jesteśmy jak zawsze dobrze zamaskowani. Oprócz Sani marki beagle – jej biel może nieco razić ptasie oczy, ale nadrabia to umiejętnością pozostawania w bezruchu przez długi czas.  Ma swoje lata.

Jesteśmy nieco za wcześnie, jest jeszcze zbyt jasno, więc czeka nas czekanie.

Wykorzystujemy czas na łapanie ciepłego, miękkiego światła.

I gry słońca z nocą

Po półgodzinie zaczyna się robić jeszcze bardziej interesująco

Widok na zachód: warstwy, warstwy, warstwy… Jak u cebuli.. Albo u Ogrów.

Obserwacje czy nasłuchy sów nie zapowiadają się dobrze. Jesteśmy nad czynnym kamieniołomem, który mimo wieczornych godzin nie przestaje pracować i ciągle głośno hałasuje.

Ale za to jakiż to widok. Tolkienowską fabrykę Uruk-hai można by tu kręcić bez zbędnych wydatków na scenografię.

Odchodzimy od kamieniołomu, by choć trochę oddalić się od źródła hałasu. Wabimy sóweczkę, która bardzo szybko odpowiada. Ale też szybko rezygnuje z zabawy. Wabimy więc włochatkę – tak jak sóweczka, to również rzadka sowa w Polsce, ale akurat w górach Dolnego Śląska dość często spotykana. Włochatka udaje, ze jej akurat nie ma w domu. W jej imieniu odpowiada… PUCHACZ! I choć na niego właśnie tu przyjechaliśmy, to nie śmiałem marzyć, że już za pierwszym razem go usłyszymy. Miał to być tylko wypad rozpoznawczy tak, by następnym razem już po ciemku wiedzieć, gdzie iść. A tu taka niespodzianka. To nasza największa sowa. W tym roku zaobserwowana i zaraportowana w bazie ornito.pl tylko w 14 miejscach w Polsce (z tego 3 lokalizacje na Dolnym Śląsku).

Nasz puchacz odezwał się wielokrotnie. O ile jego pierwsze huknięcia wydawały składać się z jednej tylko sylaby (co poddawałoby w wątpliwość, czy to naprawdę puchacz), to już kolejnych kilkanaście ma wyraźne dwie sylaby: dłuższe wznoszące huuu i krótkie opadające uh. Z niczym tego dźwięku pomylić nie sposób. Po sóweczce, włochatce, uszatce i puszczyku to nasza piąta sowa. O kolejne będzie trudno, ale spróbujemy jeszcze zapolować na płomykówkę i pójdźkę – sowy krajobrazu wiejskiego, które choć nielicznie, są odnotowywane na naszym terenie.

Schodzimy już prawie po ciemku.

Puchacz to mój sto dziesiąty gatunek ptasi w tym roku. Nieco okrągła liczba, ale co ważniejsze, jest to wyrównanie całorocznego wyniku z zeszłego roku. A zatem cel minimum na ten rok został osiągnięty i dokonał tego ptak nie byle jaki – puchacz. Duma, duma, duma…

Na Stawach Rębiszowskich zaczyna się dziać

Zimą Stawy Rębiszowskie są ubogie w ptactwo. Żaliłem się już na to parę razy, bo to najbliższe mi tak złożone środowisko wodne, że i na piechotę zdarzało mi się tam chodzić. Gdyby tylko było po co. Niestety, tafla wody potrafi być zamarznięte przez długie tygodnie, co nie sprzyja wodnym ptakom. Parę dni temu jednak zaczął się w końcu ruch na stawach – pojawiło się zimujące u nas ptactwo wodne a także przylecieli już pierwszy długodystansowi migranci.  

Żurawie spędzają w okolicy całą zimę, więc ich spotkanie już żadną sensacją nie jest. Mimo to ich widok zawsze cieszy.

Pojedynczy osobnik na stołówce

Potem nadleciało kilka małych stad. Pewnie wracały już z dziennych żerowisk na nocleg  na polach między Gajówką a Młyńskiem.

Kilka razy przeszkodziliśmy czaplom białym, których dziś naliczyłem aż sześć. “Aż”, bo zwykle widywałem tu jedną lub dwie. Na Stawach Podgórzyńskich czy na Zalewie Witka widywałem ich po kilkadziesiąt. 

Ten osobnik dał się podejść dość blisko – wyszło z tego bardzo ładne zdjęcie, nie chwaląc się.

Tej czapli się wydawało, że jej w trzcinach nie widać.

Jeszcze dwa, trzy lata temu moje oko pewnie by z trudnością wychwyciło tak ukryte kaczki. 

Dziś i bez lornetki czy powiększonego na komputerze zdjęcia wiem, że to cyranki. Na wszelki wypadek zdjęcia w powiększeniu jednak oglądam zanim obserwacją taką wpiszę do bazy ornitho.pl

Para krakw

Na dole wiosna, wczesnym popołudniem było wręcz gorąco. W Karkonoszach byliśmy niewiele ponad tydzień temu i aż trudno uwierzyć, że tam ciągle sroga, choć słoneczna, zima.

Dwie pary perkozów dwuczubych pojawiło się na stawach i liczne, idące w dziesiątki, łyski.

Na jedynym spuszczonym stawie zawsze spodziewam się ujrzeć jakieś rzadsze przelotne gatunki: siewki czy bekasowate. I zawsze się rozczarowuję. Dziś po szlamie spacerowały tylko pliszki siwe i potrzosy, którym nawet zdjęcia nie zrobiłem. 

Krzyżówkom też już zdjęć nie robię, ale ten kontrastujący z otoczeniem samiec jakoś poruszył moją migawkę. 

Z ptaków pływających widziałem też perkozka, czernice, cyraneczkę, gągoły, gęgawy i łabędzie nieme – całkiem niezła menażeria.

A teraz deser. Nad Stawy Rębiszowskie przyleciały pierwsze błotniaki stawowe. Wiem o tym już od wczoraj, bo nie ja jeden wydeptuję tamtejsze ścieżki. Wczoraj w bazie ornitho.pl pojawiła się obserwacja pierwszego osobnika – dziś widziałem już pełną parę. Mam nadzieję, że jak w poprzednim roku, zbudują na stawach gniazdo i z sukcesem wyprowadzą lęg.

I wisienka na deserze – zdjęcie dnia!

Od początku roku polowałem na wąsatkę, bo w poprzednich latach parę razy udało mi się ją tu zobaczyć właśnie zimą, gdy żerowała na czubkach trzcin. W końcu dziś po raz pierwszy najpierw ją usłyszałem, a chwilę potem zobaczyłem. Pani wąsatka dała się długo fotografować. 

Wąsatka i błotniak to odpowiednio 108. i 109. gatunek w tym roku.