Miesiąc: czerwiec 2019

A źródło wciąż bije..

Mimo upałów i długotrwałej suszy Wolframowe Źródło vel Źródło Św. Wolfganga nie wyschło. Płynie intensywny strumień zimnej smacznej wody.

W zeszłym roku jesienią po kilkumiesięcznej suszy źródło ustało. Pewnie i w tym roku na długo wody już nie starcza, jeśli wkrótce nie dowiozą nowej… 

A propos źródła nazwy tego źródła.. Ile nazw ono miało i ma?

Dziś funkcjonuje pod dwoma nazwami: Wolframowe Źródło i Źródło Św. Wolfganga. Obie nazwy wywodzą się z czasów niemieckich: Wolframbrunnen i Wolfgangbrunnen odpowiednio. Ale są też i dwie inne nazwy: Źródło Św. Wolframa i Wolfsborn. Wiele nazw ale jeden wspólny element: Wolf czyli wilk. 

Nazwa der Wolfsborn (Wilcze Źródło) funkcjonuje w (do?) XIX wieku i być może to jest właśnie najstarsza wersja wywodząca się jeszcze z czasów pogańskich.  Bo poganie – jeśli to oni nadali temu miejscu pierwsze imię – ani  świętych katolickich nie czcili ani pojęcia o pierwiastku wolframie pojęcia mieć nie mogli. Inaczej niż o wilkach… Dopiero później nadano źródłu chrześcijańskie dziś funkcjonujące nazwy, ale zachowując pierwotnego wilka w pierwszym członie – i pogański wilk syty i chrześcijańska owca cała. 

Może gdy wilki wracają w te strony, wrócimy kiedyś do pierwotnej nazwy?

Ale która z pozostałych trzech nazw wydaje się być najwłaściwsza..? Wolframowe Źródło wydaje się mieć najmniejsze uzasadnienie – choć woda ze źródła wg legend miała mieć ozdrowieńczą moc, ani wolframu ani innych nadzwyczajnych minerałów w nim nie znaleziono. A sam wolfram został odkrty dopiero pod koniec XVIII w., kiedy to okoliczni mieszkańcy juz od dawna musieli jakąś nazwą się posługować. A może Wolframbrunnen rozumiane po polsku jako Wolframowe Źródło nie do wolframu się odnosiło, ale do Świętego Wolframa, co po niemiecku też pewnie brzmiałoby Wolframbrunnen?

Który święty zatem – Wolfgang czy Wolfram bardziej tu pasuje…? Obaj byli biskupami i obaj zostali wyświęceni za swe misje chrystianizacyjne – ten drugi próbował chrzcić Fryzów w VIII w., ten pierwszy Węgrów w wieku X. Ten drugi pochodził z Sens (dziś Francja), ten pierwszy z Ratyzbony (Regensburga) w Niemczech. Zarówno więc geograficznie jak i i historycznie Wolfgang wydaje się bliższy. Na jego lub nieco tylko późniejsze czasy przypada pewnie akcja chrystianizacyjna Serbów Łużyckich, którzy – jak głosiły lokalne legendy – uciekając z Budziszyna przed naporem germańskim, schronili się w okolicach Mirska i Świeradowa, a w pobliżu Wilczego Źródła mieli swoją kącinę, czyli miejsce kultu. 

Ale to tylko moje spekulacje na podstawie skąpych przecież – nomen omen – źródeł.

Oprócz typowych lektur (Wiki, Słownik Geografii Sudetów Staffa) wykorzystałem również informacje ze strony Czesława Białczyńskiego (bialczynski.pl) i bloga Marcina Wawrzyniaka (najstarszedrzewa.blogspot.com).

 

Kotły

Kilkugodzinna wycieczka moją ulubioną karkonoską trasą – od Szrenicy Mokrą Drogą przez Schronisko pod Łabskim Szczytem, Ścieżką nad Reglami i w górę na szczyt Śnieżnych Kotłów. I widoki wspaniałe i trasa mocno urozmaicona w odróżnieniu od dość monotonnego widokowo Głównego Szlaku Sudeckiego wiodącego szczytami Karkonoszy.

Wjazd na Szrenicę wyciągiem. O dziwo, mimo rozpoczętego już sezonu wakacyjnego, kolejka kursuje tylko co pół godziny.

Na samą Szrenicę nie wchodzimy. Trawersujemy szczyt i tuż po wejściu na Główny Szlak Sudecki (czerwony) schodzimy z niego na Mokrą Drogę (szlak zielony). Łagodnie schodzimy nią niemal 150 metrów w dół Kotła Szrenickiego. Skoro teraz schodzimy, to wkrótce trzeba się będzie wspinać… 

Szlak prowadzi kamienną drogą, jakich większość w Karkonoszach, lecz miejscami uzupełniany jest kładkami drewnianymi ze względu na torfowiska i liczne cieki. Nie bez przyczyny jest to Mokra Ścieżka.

Z Kotła Szrenickiego wchodzimy na Halę pod Łabskim Szczytem. Nie lubię nazwy hala z jej tatrzańskim rodowodem w odniesieniu do łąk czy polan w Karkonoszach, ale już chyba za późno by z tym walczyć…. No więc niechętnie wchodzimy na tę halę, choć wolelibyśmy na łąkę. Miał tu być krótki postój w schronisku, ale obsługa baru nie raczyła się pojawić, więc poszliśmy dalej. Od tego miejsca to już Droga nad Reglami, czyli pas pomiędzy górną granicą lasu i dolną kosodrzewiny. Niska roślinność odsłania widoki we wszystkich kierunkach. Widzimy nawet  tak odległą Ostrzycę Proboszczowicką. 

Obchodzimy Kocioł Łabski, który – podobnie jak Szrenicki – nie jest tak wyraźnie zaznaczony jak bliskie już Śnieżne Kotły.  

Trawersując wciąż główny grzbiet na wysokości ok. 1200m, docieramy do Małego Kotła. W głębi kotła resztki śniegu – kojący widok przy tych upałach!

Poprzez grzędę skalną przechodzimy do Wielkiego Kotła. Jest i woda w Stawkach, i śnieg, i widoki na wszystkie strony.

Jeszcze kawałek zielonym szlakiem i wkrótce zaczynamy wspinaczkę – przewyższenie wynosi ok. 300m na dość krótkim odcinku. Szlak meandruje, przez co odległość do szczytu zmniejsza się bardzo powoli.

O ile na trasie spotkaliśmy niewiele osób, to nad Kotłami jest już ich sporo. Nie zatrzymując się, schodzimy głównym szlakiem. Odbijamy kilkaset metrów na czeską stronę, by raz jeszcze zobaczyć symboliczne źródło Łaby – jest gdzie było, ale wody nie wypływa z niego wiele.

Mamy jeszcze dość czasu do ostatniego zjazdu wyciągiem, by wpaść do Voseckiej Boudy na puchar jedenastaka i kendliczki z gulaszem..

Ostatnim zjazdem po ok 6 godzinach lądujemy w Szklarskiej.

15 kilometrów, sumarycznie ponad 500m przewyższeń. 

Więcej zdjęć w Galerii.

 

Nowe życie Browaru Lwówek

Dzisiejszy wpis powinienem chyba zacząć od pyatnia: Czy masz ukończone 18 lat – TAK/NIE…

To już nasza druga wizyta w Browarze Lwówek i to niewiele ponad rok od tej pierwszej. Poprzednim razem byliśmy tam z czystej ciekawości – jest to najstarszy browar w Polsce, o którym pierwsza wzmianka pochodzi już z 1209r. Jest to również jeden z kilku browarów w Polsce z otwartymi kadziami, w których piwo dojrzewając, oddycha. Dla lokalnego patrioty, jakim jestem, jest to regionalna perełka niezależnie od sympatii do produktów tegoż zakładu. 

Gdy byliśmy tam poprzednio, piwa warzył tam jeszcze Pan Marek Jakubiak w ramach Browarów Regionalnych, ale odkąd polityka wzięła górę, zaczął on zastanawiać się nad sprzedaż części biznesu. Tenczynek sprzedał już w zeszłym roku, a lwówecki browar wydzierżawił spółce Dr Brew z Wrocławia – firmie znanej już z produkcji piw kraftowych, czy rzemieślniczych jak kto woli. Jeśli wszystko pójdzie dobrze spółka Dr Brew sfinalizuje pełny wykup browaru jeszcze w tym roku. A póki co, już od jesieni ubiegłego roku, warzy ona we Lwówku zarówno  tradycyjne piwa lwóweckie (Książęce, Ratuszowe, Malinowe, Jankes) jak i swoje kraftowe. Wyprzedzając pełny zakup browaru, “Doktorzy” już teraz inwestują w nowe elementy warzelni i planują zakup nowej linii rozlewniczej. 

Odwiedziliśmy browar z racji małej rodzinnej uroczystości, która odbyła się właśnie w browarze. Częścią imprezy było zwiedzanie zakładu – oprowadzał nas ten sam Pan Warzelny, co poprzednim razem. Miło widzieć zmiany wprowadzane pod nowym zarządem i popróbować nowych zupełnie innych piw.

Oby biznes “Doktorom” poszedł dobrze, a przy okazji by zachowali browar i tradycje browarnicze we Lwówku. 

Więcej zdjęć w Galerii.

 

W ogrodzie

ciepło i mokro w ogrodzie, wiele roślin w swej szczytowej formie.

w świecie zwierząt też spory ruch. Nietoperze nawet za dnia latają – wcześniej widziałem je tylko wieczorową porą.

Puste już gniazdo os

Ropuchy, żaby trawne, żaby zielone i traszki już dawno temu złożyły w stawie jaja, z których już zdążyły wykluć się kijanki. Ich chmary zasiedlają staw – dla mnie nie od odróżnienia, jakiego gatunku jest to potomstwo. Czekam, co się z nich wykluje.

Więcej zdjęć w Galerii.

W lesie

do codziennej porcji borowików ceglastoporych dołączają koźlarze czerwone. 

Z niejadalnych grzybów najładniej prezentuje się teraz wykwit piankowaty (Fuligo septica) mimo dość paskudnej nazwy. 

Formalnie nie jest to ani grzyb ani zwierzę, ale śluzowce potocznie do grzybów są zaliczane.

A nad lasem już drugi raz tej wiosny pokazał się bocian czarny. Przyłapany na ręcznym fokusie niestety, więc zdjęcie mało ostre.

Czapla siwa dała więcej czasu na złapanie ostrości.

Lęgi 2019

Sezon lęgowy w toku. Wiele gatunków ptaków już zakończyło pierwsze lęgi. Na i wokół  domu gniazdują liczne drobne gatunki ptaków: modraszki, bogatki, kopciuszki, pliszki siwe, śpiewaki, kosy, szpaki… że wspomnę tylko te, których gniazda lub przychówek widziałem. 

Pierwsze pisklaki opuściły już gniazda i kończy się okres ich podkarmiania poza gniazdem. Gdy młode się usamodzielniają, dorosłe przystępują do drugich lęgów. Pliszki siwe i kopciuszki ponownie znoszą materiał budowlany, by podreperować zużyte nieco gniazda. Jak dobrze pójdzie, czyli będzie dość pokarmu i wody, ptaki wyprowadzą nawet i trzy lęgi.

Z kolei większe zimujące u nas ptaki przystępują do lęgów tylko raz, np. kruk, bielik czy myszołów. Choć jaja zniosły wcześniej niż drobniejsze ptactwo, to młode – w większości jeszcze nieopierzone – ciągle jeszcze dorastają w gniazdach, a zobaczymy je na niebie pewnie dopiero w lipcu.

Są też lęgi nieudane… Na sztucznej wyspie na naszym stawie dwukrotnie w tym roku złożyły jaja krzyżówki. Za każdym razem po złożeniu kilku jaj – a cały lęg ma zwykle 8-12 jaj –  gniazdo zostało porzucane, a jajkami “zaopiekowały” się zaskrońce. W tym roku kaczątek w stawie nie będzie. 

I jeszcze dwa komentarze dotyczące piskląt…

Maluchy, opuszczając gniazdo, nie potrafią sprawnie fruwać. Po wyskoczeniu z gniazda lądują w przypadkowym miejscu i tam pozostają w oczekiwaniu na pokarm ciągle dostarczany przez rodziców. Takie pisklaki możemy zobaczyć na drodze czy na trawniku koło domu. Choć mogłoby się wydawać, że taki pisklak jest porzucony i potrzebuje pomocy, to faktycznie jest on pod baczną uwagą rodziców, którzy regularnie odwiedzają go, dostarczając pokarm. Najlepszy sposób, by takiemu pisklakowi pomóc to… zostawić go, gdzie jest. Chyba że w okolicy kręci się kot…

I tu komentarz drugi i nieco przydługi – o kotach i ich wpływie na “regulację” populacji ptaków. Ocenia się, że w Polsce żyje ok. 6 milionów udomowionych kotów plus nieokreślona liczba kotów zdziczałych. Każdy kot – to już wg badań brytyjskich – zjada co roku kilkadziesiąt ptaków: między 15 a 50; dla dalszych rozważać przyjmijmy 15. Daje to 90 milionów ptaków uśmiercanych corocznie przez domowe koty. I pewnie drugie tyle lub więcej przez koty niczyje. Daje to wg moich szacunków niemal 200 milionów ptasich ofiar rocznie, a wg badań SGGW (Dr Dagny Krauze-Gryz) 144mln.  A jaka jest całkowita populacja ptaków lęgowych w Polsce? Ocenia się, że mamy ich 94mln par, tzn. prawie 190mln osobników – i ciągle spada… Czyli koty co roku zabijają niemal tyle ptaków, ile wynosi ich cała polska populacja!!!

Dzięki współczesnym technologiom wiem, że okolice mojego domu są co noc penetrowane  przez 6 kotów. Nie każdej nocy każdy kot tu przyłazi, ale tyle ich naliczyłem łącznie tej wiosny. Nie wyglądają one na niczyje, a częstość ich pojawiania się sugeruje, że mieszkają w pobliżu… Zakładam również, że nie chodzą one po okolicy dla wyrobienia dziennej normy kroków – one aktywnie polują. Zwłaszcza gdy są głodne, choć silny koci instynkt myśliwski każe im polować nawet gdy są najedzone. W skali roku ich głównym pożywieniem są gryzonie, ale w okresie lęgowym jaja ptasie i pisklęta dominują w diecie. 

To pisklę drozda śpiewaka znalazła Szanowna Małżonka na drodze koło domu. Siedziało skulone i przestraszone, bo przy nim był już kot. Na szczęście, koty zanim uśmiercą ofiarę lubią się nią pobawić i w tej  fazie obiadu był właśnie dany kot, więc krzywdy drozdowi jeszcze nie zdążył zrobić. Samo przegonienie kota w tym przypadku oczywiście nie byłoby skuteczne – podniosłem więc pisklę i posadziłem na najbliższym drzewie na najwyższej gałęzi, do której mogłem sięgnąć. W pobliżu przez cały czas było słychać alarmowe nawoływania dorosłych drozdów. Drugie pisklę z tego miotu było tuż obok w trawie i też powędrowało na drzewo… Ciekaw jestem, czy doczekały kolejnego dnia.

Nie łudzę się, że ktokolwiek może tę sytuację zmienić, a już na pewno nie ja przez moją stronę… Kociarzy w Polsce jest ciągle znacznie więcej niż ptasiarzy. Ale jeśli ktoś chciałby wiedzieć, co może zrobić, to podpowiadam:

– sterylizujmy koty, by rodziły się tylko chciane kocięta

– dokarmiajmy koty w domu; nie trzymajmy kota na głodnego wg zasady “kot głodny = kot łowny”,  licząc, że się sam wyżywi myszami; bo nie myszami koty teraz żyją, szczurów w ogóle nie łowią (za trudny przeciwnik), a najłatwiejszą zdobyczą są właśnie jaja i pisklęta

– w okresie lęgowym (kwiecień-czerwiec przede wszystkim) ograniczmy czas wałęsania się kota po okolicy; niech przynajmniej noc spędzi w domu, nie umrze od tego…

– i pamiętajmy: z 230 gatunków ptaków występujących w Polsce tylko kilka nie podlega ochronie a za zabicie ptaka chronionego grożą konsekwencje prawne. A czym się różni zabicie ptaka przez człowieka od wypuszczenia kota przez tego samego człowieka na polowanie….?

 

Na upały – kąpiel

Zwłaszcza jeśli kąpielisko w postaci własnego stawu jest pod ręką.

I choć już kilka razy w tym roku byłem w stawie, to dopiero dziś nastąpiło otwarcie sezonu kąpieli zbiorowych.

Czapka pełna grzybów

Chłodny maj opóźnił start nowego sezonu grzybowego. Inaczej niż w większości poprzednich lat, borowików majowych w tym roku nie widzieliśmy. Z małym opóźnieniem sezon grzybowy AD2019 wystartował dzisiaj. 

A otworzyły go jak zwykle borowiki ceglastopore.

I jak to bywa na początku sezonu, znaleźliśmy grzyby nie szukając ich, ani nie będąc na ich zbieranie przygotowani. Trzeba było w czapkę ładować i to tylko okazy najlepszego sortu.  

Ale pierwsza śniadaniowa jajecznica na tegorocznych grzybach nie była tym razem na borowikach. Wczoraj w ogrodzie znalazłem smardza! Duży grzyb, już mocno dojrzały ale ciągle jadalny i smaczny.

Smardze w stanie dzikim są pod ochroną. Są bardzo nieliczne w Polsce. Ale już nie pierwszy raz mi się zdarza, że pojedyncze osobniki wyrastają w nowo założonym ogrodzie. Grzybnia smardzów trafia tam pewnie z ziemią lub drewnem i zwykle owocuje tylko raz w pierwszym lub drugim roku po założeniu ogrodu, w kolejnych latach już tego nie powtarzając.

A dziś rano był drugi.

I to właśnie smardz wygrał wyścig do pierwszej w tym roku jajecznicy na grzybach. Borowiki będą w grzybowym risotto na obiad.  

Lasami wokół górnej Przecznicy

Pierwsza prawdziwie letnia wycieczka piesza górami i lasami wokół górnej Przecznicy. Nieco ponad 10km, ok. 250m przewyższenia. 

Spory upał mimo dobrze przedpołudniowych godzin. Choć wycieczka niedługa, to dość wyczerpująca. W takich warunkach i ptaki nie szaleją, więc i ornitologicznie bez sensacji: kilkanaście gatunków, ale tylko typowe obserwacje: myszołowy, sójki, zięby, gil, grzywacze, dzięcioł czarny…

Aparat poszedł w ruch dopiero po dotarciu do Lasku. Widok na Kotlinę Mirską o każdej porze roku robi wrażenie.

Widoki Mirska przez łąki i Leśny Kurort (dawniej Förstelbaude)

Pojedyncze domki w Lasku – ile ich w tej chwili jest? Z pięć?

Kwitnie już rdest wężownik – roślina mokrych łąk.

Firletka poszarpana i wszewłoga górska

Strojnica baldaszkówka

To już pod domem – larwa trociniarki czerwicy. 

Olbrzymia gąsienica, największe osobniki osiągają nawet 10cm, ta miała pewnie 8. Bo i motyle z niej powstające są niemałe – rozpiętość ich skrzydeł sięga 98mm, co czyni je jednymi z największych motyli w Polsce. Trudne do obserwacji, bo to motyl nocny. Za angielską Wikipedią załączam ilustrację dorosłego samca.

Ukształtowanie terenu i bujna zieleń niemal całkowicie maskują wieś.