Miesiąc: wrzesień 2023

Szlamniki i inne takie

Choć drapoliczenie poprzedniego dnia zaczęło się bardzo wcześnie, skończyło się środkowym popołudniem – miałem więc czas i coś zjeść, i zaliczyć kolejny zachód słońca na plaży, i zregenerować siły przed dniem kolejnym. A dzień kolejny też zaczął się bardzo wcześnie – na wschód słońca chciałem być już na wschodniej części Mewiej Łachy. Czyli wstać znowu trzeba było tuż po 4 rano – oprócz czasu na śniadanie i dojazd samochodem do Mikoszewa czekał mnie jeszcze pieszy ponad półgodzinny marsz Przekopem Wisły.   

Tenże Przekop Wisły o brzasku

Na słodkowodnym Jeziorze Mikoszewskim – które było słoną zatoką Bałtyku jeszcze w połowie ub. wieku – nocuje dużo ptactwa wodnego, głównie gęsi. Jednym z powodów, dla których tak wcześnie chciałem tu być dziś rano, był poranny rozlot gęgaw. W ciągu paru minut stada liczone w setkach najpierw robią dużo hałasu dziobami, nawołując się do startu, potem włączają nogi i skrzydła, robiąc nimi jeszcze więcej hałasu aż w końcu wzbijają się w powietrze. Po zatoczeniu rundy nad jeziorem i nabraniu wysokości odlatują na dziennie żerowiska. Temu zjawisku właśnie się przez parę minut przyglądałem dokładnie w momencie, gdy wschodziło słońce. Parę minut po 6 rano było. 

Po kolejnych paru minutach byłem już nad brzegiem morza. Słońce zdążyło podnieść się parę stopni ponad horyzont. Bezwietrznie, powierzchnia morza niczym lustro. 

Pierwsze rozłożenie sprzętu. Było na co patrzeć. I na wodzie bezpośrednio przed obiektywem i na odległej mierzei w tle. 

Biegus rdzawy złapany jeszcze w ciepłych kolorach poranka

Biegus zmienny we własnym kółku

Biegus krzywodzioby już w niemal pełnym białym świetle dnia

i sieweczka obrożna

Zbiorowym bohaterem dnia zostały szlamniki. Było ich ze trzydzieści tego dnia – chyba tylko biegusów zmiennych było więcej. Ale szlamniki – jako większe i równie niepłochliwe – wdzięczniejsze do obserwowania i fotografowania były. 

Dużo ciekawych lub ładnych zdjęć szlamników mi się zrobiło. A że wpis nie może być zbyt długi, nadmiarowe fotki umieściłem w Galerii – już tam są, zapraszam.

Mały biegus i duży szlamnik bardzo zajęte tym samym

Szlamniki

Zabawnie wyglądało stadko biegusów stojących nieruchomo na jednej nodze, ogrzewających się w pierwszych promieniach ciepłego słońca.

Ale były czujne – przez cały czas któryś zerkał na mnie jednym okiem

Wracamy do szlamników

Tak wcześnie rano mało osób było na plaży – oprócz paru ptasiarzy tylko jeden zbieracz bursztynów. Nikt nam więc ptaków nie płoszył, mieliśmy je tylko dla siebie.

Początkowo planowałem zostać tu nawet do obiadu, ale późnym porankiem zmęczenie zaczęło brać górę. Ostatnie zdjęcie szlamnika i odwrót.

Gdy szedłem wzdłuż Wisły, towarzyszył mi przez krótki czas taki stwór

Po drodze jeszcze kawa i wczesnym popołudniem jestem z powrotem w hotelu. Sporo dnia jeszcze przede mną – choć prognoza pokazuje ryzyko opadów, już mam plan kolejnej wycieczki na dzisiaj. Ale o tym w następnym odcinku.

Drapoliczyłem

O akcji Drapolicz już kiedyś wspomniałem (np. tu), gdy dwa razy na krótko wpadłem na najwyższy poziom wieży obserwacyjnej na Górze Pirata za Krynicą Morską. Na tyle mi się to spodobało, że chciałem tam kiedyś wrócić na cały dzień, albo i na kilka dni.

Drapolicz to coroczna akcja zliczania ptaków migrujących jesienią ze wschodu i północy na na zachód i południe. Specyficzne ukształtowanie lądów i wód powoduje, że wzdłuż Mierzei Wiślanej biegnie – a może frunie? – ważny ptasi szlak migracyjny. Migrują tędy przede wszystkim wróblaki, czyli wszelkie ptaki drobne, których zliczyć nie sposób, a nawet ich szacowanie jest trudne – w jeden dzień potrafi ich przelecieć ponad milion w stadach liczących tysiące sztuk w każdym. Lecą też gołębie, ptaki krukowate i drozdowate, których rozmiar daje szansę policzenia, choć i u nich zdarzają się liczne stada, których wielkość się raczej szacuje a nie liczy. No i lecą ptaki drapieżne – niemal nigdy w większych stadach, zwykle pojedynczo lub w małych rozciągniętych grupkach. Je da się łatwo policzyć co do sztuki, jeśli tylko zliczający potrafi szybko identyfikować gatunki w locie na dystans. Po wielkości, sylwetce, sposobie lotu itd. a w trudniejszych przypadkach, gdy np. ptak widziany jest z odległości paru kilometrów, ze zdjęcia. Jeśli odpowiednio dobry sprzęt znajduje się pod ręką.   

Drapolicz trwa już ponad 15 już lat, od połowy sierpnia do połowy listopada ptaki liczy się codziennie od 7 rano do 3 po południu, czyli przez pełną dniówkę. O wyżywienie każdy uczestnik musi zadbać we własnym zakresie.

Dałem znać organizatorom wcześniej, że pojawię się na wieży. Nie chciałem zliczacza zaskakiwać swoją całodzienną obecnością, ale też nie chciałem trafić na dzień, gdy przez wieżę mają przewinąć się tłumy, bo i takie przypadki się zdarzają. Aby na wieży być na 7 rano, musiałem budzik nastawić na 4:45. Wyjeżdżałem z Sobieszewa jeszcze nocą i dopiero w połowie drogi wzeszło słońce.

 

Na leśnym parkingu byłem kwadrans przed 7, na wieżę dotarłem chwilę po starcie liczenia. Jeszcze przed wieżą przeleciał nade mną pierwszy ptak – wydawało mi się, że to orzechówka, ale na zdjęciu okazał się nim dzięcioł duży.

Wyprzedzając wypadki – dzięciołów dużych przeleciało tego dnia ze dwie setki, co wydało mi się dziwne, gdyż wg mojej wiedzy są to ptaki osiadłe. Doczytałem po powrocie do domu: osiadły jest podgatunek Dendrocopos major pinetorum powszechnie występujący w Polsce i na zachodzie, natomiast podgatunek Dendrocopos major major gniazdujący w płn.-wsch. Polsce i za naszymi wschodnimi granicami migruje. Nie jest to wiedza powszechna wśród ptasiarzy amatorów, tym bardziej doświadczenie to mnie cieszy.

Wracając do chronologii… Na wieży obecny był już mający dyżur tego dnia obserwator, Gerard – jeden z najczęściej dyżurujących obserwatorów. W zeszłym roku z ok. 90 dni drapoliczenia on był na wieży ponad 50 dni! Nie mogłem trafić w lepsze ręce.

Dzień trwa od nieco ponad pół godziny, ptaki jeszcze się nie rozpędziły. W pierwszych minutach pokazały się dzięcioły duże, małe stadka wróblaków – głównie sikor i ziarnojadów – a także pojedyncze sójki, śpiewaki, kwiczoły, dymówki i rudziki.

Pierwszym drapieżnikiem był krogulec. Mimo że w ciągu dnia przeleciało ich najwięcej, na dobre zdjęcie żaden się nie załapał. 

Pierwszy kobuz

Potem kolejne – nielicznie acz równomiernie kobuzy nadlatywały w ciągu dnia.  

Przez pierwszą godzinę przeleciało dużo ptactwa, ale chyba tylko trzy gatunki drapoli: kobuz, krogulec i bielik. Ten ostatni to z pewnością nie migrant, a gniazdujący gdzieś w okolicy osobnik. Łącznie między 7 a 8 rano zapisałem 23 obserwacje.

Przez następną godzinę ptaki chyba jadły śniadanie. Przeleciało ich niewiele w tym tylko dwa kobuzy. Łącznie zaledwie 13 obserwacji.

Worek rozwiązał się tuż po 9. Do krogulców (4 sztuki) i kobuzów (5) dołączył jeden drzemlik (brak foto niestety) i dwa myszołowy.

W odróżnieniu od spieszących się gdzieś małych sokołów, myszołowy przelatywały powoli, czasem nawet kołując nad więżą. Stąd i okazja do lepszych zdjęć.

Pomiędzy 10 a 11 przeleciało aż 12 krogulców, 4 kobuzy, jeden myszołów i pustułka. 

W ostatniej godzinie przed południem padł rekord – przeleciało ponad 20 krogulców! A tylko jeden kobuz i dwa myszołowy. Pojawił się też pierwszy tego dnia trzmielojad, wprowadzając nieco konfuzji do obserwacji,

Konfuzja bierze się stąd, że odróżnianie trzmielojada od myszołowa z dużej odległości nie jest proste. Gatunki są podobne, u obydwu występuje duża osobnicza zmienność kolorystyczna. Wiele z nich na szczęście przelatywała dość blisko – podszkoliłem się nieco w ich oznaczaniu. Ten poniżej to trzmielojad w wersji brązowej

A to trzmielojad w wersji jasnej. Jest różnica?

A to znowu myszołów

Do południa nie można więc było narzekać – ptaki wszelakich gatunków dopisywały w tym i  drapole. Jedno życzenie na drugą część dnia mieliśmy z Gerardem i głośno to obaj powiedzieliśmy: mogłoby być więcej rzadszych gatunków ptaków drapieżnych, bo dotychczas przelatywały raczej pewniaki.

Od czasu do czasu na któryś z przelatujących ptaków siadał na drzewie blisko wieży. Np. ta białorzytka 

Słońce mocno grzało tego dnia. Dzięki lekkiemu wiatrowi dało się na wieży nawet bez odrobiny cienia wytrzymać. Być może to właśnie nagrzewająca się ziemia i powstające kominy powietrzne wprowadziły parę zmian w przelotach.

Najpierw kierunek przelotów zmieniły myszołowy. Do południa ciągnęły na zachód, od teraz już do końca obserwacji leciały na wschód. Czy to te same? Zorientowały się, że przy tak ciepłej aurze nie pora jeszcze na podróż na zimowiska?

 

Druga zmiana to pojawienie się kominów powietrznych. Duże drapieżniki potrafiące dobrze wykorzystać siłę nośną swych skrzydeł dołączały jeden po drugim. Wlatywały w komin u jego podstawy i krążąc, dawały się unosić wstępującym prądom ciepłego powietrza.  

Słabe zdjęcie, ale za to jedyne

I najważniejsza zmiana: pojawiły się inne gatunki.

Zaczęło się od błotniaka stawowego. Najpospolitszy z błotniaków, częsty również i u nas, ale pierwsza obserwacja nawet znanego ptaka w migracji to też przeżycie. 

Kania ruda

Tuż po pierwszej po południu w oddali pojawił się samiec błotniaka zbożowego – nie leciał wzdłuż Mierzei, ale przeciął Zalew Wiślany w poprzek. 

Przed drugą nadleciał większy drapieżnik – miałbym problem z jego oznaczeniem, gdyby nie Gerard. To orlik krzykliwy! 

Oglądając go z bliska lub na zdjęciu, widać wszystkie jego 7 palców – cecha przydatna w oznaczaniu gatunku.

Orlik krzykliwy to mój jedyny prawdziwy orzeł. Pierwsza obserwacja gatunku w tym roku i druga w życia. I pierwszy raz uwieczniony na zdjęciu. Cieszy!

Przez niemal całe popołudnie bardzo licznie leciały myszołowy (głównie na wschód) i krogulce. Przed 15 przeloty zwolniły – to dobrze, bo szkoda by było kończyć.

Na ostanie zdjęcia wpadł myszołów.  

A ostatnim zanotowanym ptakiem był krogulec.

Łącznie zaraportowałem 256 ptaków 44 gatunków. Liczba ta nie obejmuje drobnych wróblaków, których były tysiące w ciągu dnia. Najliczniejsze były myszołowy – zliczyłem ich 92, choć pewnie część z nich podwójnie. Drugie miejsce zajęły krogulce – było ich 58. One w jednym kierunku leciały więc błędu w ich zliczaniu nie było. Podium zamknęły kobuzy –  18 sztuk.

Niewątpliwym królem dnia był orlik krzykliwy.

Zbliżone, choć nie dokładnie takie same, liczby trafiły do raportu dziennego Drapolicza z dnia 12 września.  

Już kombinuję, kiedy kolejny raz na wieżę jeszcze w tym sezonie pojechać…

Słoneczniki

Od dawna chodziło mi po głowie posadzenie wiosną słoneczników w ogrodzie kwietnym. W tym roku w końcu udało mi się wybrać właściwy moment i miejsce. Zasób nasion z jakiegoś powodu w domu już był – odmian i ozdobnych i jadalnych.

Posadziłem ich wiosną ponad dwieście sztuk, po trzy ziarna w każdym dołku. Wykorzystałem głównie grządki z krzewami owocowymi – porzeczkami i agrestem. Sprytny plan miałem taki, że gdy owoce będą dojrzewały, słoneczniki będą jeszcze małe, a gdy owoce zostaną zebrane, słoneczniki wystrzelą w górę, przejmując całe światło. Sądziłem, że nie wszystkie wzejdą, więc będzie ich może kilkadziesiąt. Nie doceniłem ich – wzeszły chyba wszystkie i z ciężkim sercem musiałem je wczesnym latem przerwać, redukując pogłowie do niepełnej setki. Wiatry, susza, opady nie przeszkodziły – w dwóch miejscach ogrodu wyrósł słonecznikowy las.

Nie tylko ze względu na liczność, ale i na ich wysokość jest to słonecznikowy las – na żyznej i zwykle nieco wilgotnej glebie wyrosły nadspodziewanie wysoko: wszystkie ponad 150cm, większość po dwa, dwa i pół metra. 

Kwiaty słoneczników cieszyły najpierw owady zbierające pyłek a teraz ziarnem cieszą sikory: modraszki, bogatki i parkę czarnogłówek. Od czasu do czasu usiądzie też na nich i pierwiosnek, ale on chyba w innych niż ziarno sprawach.

A ludzkie oko najbardziej cieszą kolory – zwłaszcza odmian ozdobnych, zwłaszcza przedwieczorną porą.

Ładny widok słonecznikowych tarcz na tle czystego, jaskrawego nieba

Niektóre jadalne słoneczniki zostały już częściowo skonsumowane. 

Ja cierpliwości do skubania ziaren słonecznika nie mam – pewnie w większości posłużą więc ptakom. Kilka głów zostawię na pniach, resztę zbiorę, podsuszę i będę nimi dokarmiał sikorki zimą.

W przyszłym roku ponownie wysieję słoneczniki. Jeszcze więcej! 

Zachód nad Ptasim Rajem

Krótki, bo ograniczony znikającym światłem, ale ptasio ciekawy spacer plażą na wysokości rezerwatu Ptasi Raj. Ciekawy, bo siewki dopisały, choć się ich za bardzo nie spodziewałem.

O tej porze roku i o tej porze dnia plaża jest już niemal pusta. Na ponad kilometrowym odcinku spotkałem zaledwie kilkanaście osób, co sprzyjało i obecności ptaków i ich niespiesznemu fotografowaniu. Nie wspominając – choć to właśnie robię – o ciepłym miękkim świetle kończącego się dnia.

Jako pierwsze spotykam oczywiście biegusy zmienne. Miałem już o nich nie pisać i nie fotografować, ale trudno mi było nie zamieścić tego zdjęcia.   

I tego, ale z innego powodu – to pierwszy ptak z flagą na nodze. Dało się odczytać symbole, zgłoszenie do Stacji Ornitologicznej zrobione. Będzie o obrączkach pewnie osobny odcinek, bo alpinka ta okazała się jednym z wielu ptaków, których obrączki udało mi się odczytać. Co też bardzo cieszy.

Pierwsza niespodzianka – kamusznik

To jeden z tych gatunków, dla których przyjeżdżam nad morze, ale spotkanie go nie jest gwarantowane. I rzadko widzi się w jednym miejscu dwa lub więcej ptaki – zwykle tylko pojedyncze osobniki.

Drugie miłe spotkanie – z piaskowcem tym razem

Piaskowce są bardzo ruchliwe, rzadko spokojnie żerują w jednym miejscu, jak ich bliscy kuzyni. Śmigają po przyboju w lewo i w prawo, spalając natychmiast to, co uda im się w przerwie upolować.

Piaskowiec przyłapany w chwili uspokojenia

Piaskowce też zwykle widuje się pojedynczo. Tym bardziej cieszy widok dwóch ptaków

Sieweczka obrożna

To akurat bardzo spodziewany tutaj widok. Parę metrów dalej zaczyna się bowiem chroniony obszar plaży należący do rezerwatu Ptasi Raj, na którym prowadzi się aktywną ochronę tego gatunku: w sezonie lęgowym szuka się w piasku ich gniazd i przykrywa ażurowymi kloszami dla ochrony jaj przed drapieżnikami. Gdzie jak nie w tym miejscu właśnie oglądać sieweczki obrożne?

Spotkanie dwóch biegusów rdzawych

Na ostatnią już tego dnia sesję, poczekawszy na najlepsze światło, zjawiła się siewnica.

Zdjęcie dnia: ostrzenie na oko, zróżnicowane dynamiczne tło, ciepłe światło padające już niemal poziomo.

Musiałem też zaspokoić głód na landszafty zachodzącego słońca. Morze jak rozlana rtęć, w tle żurawie portu w Gdańsku.

Nie tylko ja łapałem tę chwilę

Słońce właśnie schowało się za horyzontem. Więc i ja się chowam. 

To był długi dzień, a jutro trzeba wstać w środku nocy.

Alpinki na początek

Kilka dni w pierwszej połowie września w okolicach Ujścia Wisły znowu ptaszyłem. To ulubiony mój ptasi obszar – obfituje w ptaki siewkowe (w tym rzadkie szlamniki, szablodzioby, płatkonogi), zdarza się zobaczyć ptaki morskie (alki, nurzyki, wydrzyki), a pobliska Mierzeja Wiślana jest chyba najlepszym miejscem do obserwacji wielu gatunków migrujących ptaków, w tym przede wszystkim drapoli (np. błotniaki stepowe, orliki, kobczyki). I wszystko to w promieniu 25km, jeśli za bazę przyjmie się Stegnę. Ja akurat wolę Sobieszewo – i tam też już po raz trzeci na kilka noclegów zajechałem.

Po nocnej podróży pociągiem własne domowe śniadanie z nie własną kawą na nowo otwartym po remoncie Dworcu Głównym w Gdańsku. 

Dzięki uprzejmości wypożyczalni samochodów nie musiałem całego ranka czekać na podstawienie auta. Przed 8 byłem już w drodze na Wyspę Sobieszewską. W hotelu już takiego szczęścia nie miałem – pokój udostępniono mi dopiero przed 16. Z biegu zatem minąłem Sobieszewo,  zajechałem do Świbna, przebrałem się przy samochodzie, objuczyłem sprzętem i ruszyłem pieszo Przekopem Wisły na Zachodnią Mewią Łachę.

Idąc wzdłuż ostatnich kilku kilometrów biegu Wisły, nie spodziewałem się zbyt wielu gatunków. Choć rok temu to tu właśnie zobaczyłem pierwszego w życiu biegusa rdzawego. Był to jednak wyjątek. Regułą jest natomiast spotkanie tam biegusów zmiennych – jakby na mnie czekały.

Co dziwne, w tym miejscu biegusy są bardzo płochliwe – nie dały się podejść bliżej niż na 5 metrów. Dlatego częściej widziałem je w locie. Zdjęcia co prawda technicznie nie wyszły, ale to rozmycie i prześwietlenie też mają swój urok.

Nie mogłem nie zajrzeć na mały staw z niewielką platformą widokową. Na wodzie był tylko jeden łabędź niemy, ale sporo działo się w szuwarach. Rozpoznałem głos kliku remizów, a trzcinniczek – pewnie ostatni w tym roku – dał się nawet sfotografować.

Choć na mewy i rybitwy nie polowałem tym razem, spodziewałem się po kilka ich gatunków zobaczyć nad rzeką. A były tylko pojedyncze mewy srebrzyste, siwe, śmieszki oraz rybitwa rzeczna i jedna czarna.

Tuż za miejscem, gdzie Wisła oddaje swe wody Bałtykowi, tworzą się piaszczyste łachy. Czasem duże, czasem małe, czasem w ogóle ich nie ma. Gdy są, ich  cała powierzchnia zajmowana jest przez ptaki albo foki. Bardziej widowiskowe są foki – to do nich pływają kutry z turystami ze Świbna. Tym razem łacha była nieduża i zajęta przez kormorany i kilka mew. 

Dochodzę do rezerwatu Mewia Łacha, na granicy którego stoi wieża obserwacyjna. 

Dużo sobie obiecuję wchodząc na nią, ale – jak zawsze do tej pory – szczęścia nie mam: widoki piękne, ptaków w zasięgu oka i lornetki niewiele. Oglądanie ptaków zastępuje rozmawianie o nich – na wieżę wchodzą głównie wczasowicze, ale czasem i ptasiarze, z którymi nie sposób nie zamienić paru słów choćby o wspólnym hobby: co, kto i gdzie dzisiaj widział, jaki masz sprzęt, a jakie gatunki macie w tych Górach Izerskich… Na to ostatnie pytanie mam zawsze dobrą odpowiedź: orzechówki. To rzadki w skali Polski ptak krukowaty, który akurat w lesie powyżej naszej wsi gniazduje i widuję go – zwłaszcza późnym latem i jesienią, gdy żołędzie i orzechy dojrzeją – po kilka razy dziennie.  

Jedyne zdjęcie zrobione z wieży, które zasłużyło sobie na zachowanie

Idąc teraz plażą, ponownie spotykam biegusy zmienne.

W kilku mniejszych i większych stadach na krótkim odcinku plaży zliczam ich ponad 40. A co ciekawe, były całkiem niepłochliwe. Niemal ignorowały mnie. Jeśli tylko podchodziłem powoli i rozkładałem sprzęt bez gwałtownych ruchów, po paru minutach podchodziły mi pod same nogi.  

Potocznie zwane alpinkami – od łacińskiej nazwy Calidris alpina – są jednymi z najpowszechniejszych naszych ptaków siewkowych. Będę ich w najbliższych dniach widział dużo, po kilkadziesiąt naraz, więc siłą rzeczy spowszednieją. Niech więc dziś mają w tym wpisie swoje pięć minut – oto kolejne dwa zdjęcia biegusów zmiennych. 

Wracam do samochodu, przed 16 podjeżdżam do hotelu, zajmuję pokój i idę do najbliższego baru na rybę i piwo. Przede mną jeszcze tylko dwie godziny jasnego dnia – będzie więc spacer pobliską plażą na kolejne ptaszory i zachód słońca. Czy ptaki będą, czy nie, czy słońce zajdzie, czy nie, opowiem w następnym odcinku.