Mierzeja Wiślana rowerem

Po dwóch śniadaniach tego ranka i wyprawie na szlamniki i bursztyny wybieramy się na całodzienną wycieczkę rowerową po Mierzei Wiślanej. Ruszamy z naszej bazy w Kątach Rybackich – początkowo asfaltem, ale po kilkuset metrach wjeżdżamy na szlak rowerowy. To R10 – okrążająca Bałtyk trasa  o długości ponad osiem i pół tysiąca kilometrów, która zastąpiła starszy i krótszy szlak R64; stąd podwójne oznakowanie.

Szlak dochodzi aż do Piasków i granicy państwowej na Mierzei. W maksymalnym wariancie, jeśli będą nam się dobrze kółka kręciły, przejedziemy dobrze ponad 50 kilometrów 

Po pięciu kilometrach jazdy lasem dojeżdżamy do dopiero co z pompą otwartego przekopu. Jeszcze zabawki po wczorajszej hucznej imprezie nie posprzątane 

Jedziemy wzdłuż kanału, by go sobie dobrze obejrzeć.

Z technicznego punktu widzenia budowla robi dobre wrażenie. Ale śluza wydaje się jeszcze mniejsza, niż oglądana w mediach. Tylko niewielkie jednostki będą w stanie nią przepłynąć: kajaki, jachty, motorówki, kutry rybackie i pewnie jakieś mniejsze jednostki patrolowe. Ani gospodarczego, ani militarnego znaczenia mieć ona nie może. Co więcej, kanał żeglugowy przez Zalew Wiślany z przekopu do Elbląga jest jeszcze płytszy, więc tak szumnie zapowiadane ożywienie portu w tym mieście jeszcze długo się nie wydarzy.  

Przez las sosnowy blisko morza szlak prowadzi nas teraz długim prostym odcinkiem do Krynicy.

Jeszcze południa nie ma, ale mijając kawiarnie, nie mogliśmy nie zatrzymać się na kawę i co coś do kawy. W końcu nie wiadomo, czy na dalszej części trasy będzie jeszcze okazja. 

Za Krynicą teren się nieco wznosi – wjeżdżamy na wydmę formującą całą Mierzeję. Jej najwyższy punkt – Wielbłądzi Garb – ma tylko 49m n.p.m., ale i tak jest najwyższym punktem Mierzei i najwyższą naturalną wydmą w Europie.

Nasze mustangi musieliśmy zostawić przed szczytem, bo dalej już tylko piasek.

Na wierzchołu stoi niewielka wieża z widokiem i na Zalew i na Bałtyk, ale widoczność jest mocno ograniczona drzewami.

Po kolejnych paru kilometrach jest inna dużo ciekawsza wieża – to Punkt Badania Migracji Ptaków Stowarzyszenia Drapolicz na Górze Pirata. Co roku w okresie jesiennych migracji – od sierpnia do października/listopada – członkowie stowarzyszenia pełnią dzienne dyżury, licząc wszystkie przelatujące krukowate, gołębiowate i ptaki drapieżne. 

Widok z wieży na Frombork

Spędzamy tam tylko chwilę, ptaków w tym czasie nie przeleciało wiele. Ale apetyt na dłuższą tu wizytę tylko wzrósł. 

Za nami 25km jazdy. Dobrze nam się jedzie, więc lecimy dalej na Piaski. 

Szlak kończy się szlabanem – przed nami już tylko wąski pas graniczny, a za nim Rosja.

Wzdłuż płotu granicznego idziemy do plaży od strony Bałtyku.  Infrastruktura pozwala na bezpieczne zaparkowanie rowerów

W pasie granicznym przysiadło mnóstwo ptactwa, więc wykorzystuję przerwę wypoczynkową na zrobienie kilku zdjęć 

Kormorany, mewy siwe, srebrzyste i siodłate, rybitwy rzeczne i czubate

Wieżyczka strażnicza jeszcze po polskiej stronie. Parę metrów za nią przebiega granica.

To najdalszy punkt naszej wycieczki – przejechaliśmy już ponad 36km. Zawracamy i jedziemy do wsi Nowa Karczma potocznie zwanej Piaskami.

Na ostatnich metrach przed Piaskami czuję, że mi powietrze z tylnego koła schodzi. Pod pierwszym napotkanym barem we wsi spotykamy dwóch motocyklistów, od których pożyczam pompkę.

A skoro już tu jesteśmy…. Na obiad za wcześnie, ale kawę wypić można i coś do niej przegryźć. Po dwóch śniadaniach rano, mamy też i dwie kawy tego samego dnia. 

W pobliżu baru ryby suszą się w oczekiwaniu na wędzenie

A po ulicach swobodnie chodzą sobie dziczki – w tym w wersji centkowanej.

Wyruszamy do Kątów, ale sprawy się komplikują – powietrze schodzi mi coraz szybciej, a własnej pompki czy zapasowej dętki nie zabraliśmy ze sobą – tacy z nas cykliści. Z trudem dojeżdżam do Krynicy. Tu zamieniamy się rowerami – ja pedałuję dalej do Kątów p samochód, Dorotka zostaje w Krynicy z moim rowerem, który udaje się naprawić zanim jeszcze pojawiłem się z powrotem samochodem. W pokoju jesteśmy tuż przed zmrokiem.

Nieoczekiwanie zatem zrobiliśmy różną liczbę kilometrów – mi wyszło prawie 70, Dorotce ponad 52.