Wieczorne obrączkowanie na Karsiborskiej Kępie

Po pierwszym obiedzie w Rybaczówce na wyspie Karsibór meldujemy się w agroturystyce Ptaszarnia. Po lekturze internetu i wcześniejszej rozmowie telefonicznej z gospodynią Panią Adrianną mamy spore oczekiwania co do miejsca naszego pobytu przez następne trzy dni. Co nieczęste, rzeczywistość zaskoczyła nas pozytywnie – z pewnością nie jest to przeciętna agroturystyka nastawiona na masowego turystę, lecz dobrze przemyślany sposób na życie. Życie pracowite, biorąc pod uwagę dbałość o gości, ale i nie pozbawione przyjemności: nie tylko o ptakach można było z gospodarzami porozmawiać, ale i o winie, dobrym jedzeniu, starociach i fotografii. 

Za pośrednictwem Pani Adrianny jeszcze pierwszego dnia późnym popołudniem jesteśmy umówieni z Panem Grzegorzem – lokalnym ornitologiem. Początkowo myśleliśmy o ptasim spacerze po Kępie Karsiborskiej lub pobliskich lasach, ale ze względu na porę roku trudno by było o rzadkie obserwacje. Ostatecznie wybraliśmy udział w obrączkowaniu ptaków, do czego Pan Grzegorz ma uprawnienia i czynnie je wykorzystuje.

Idziemy w trójkę na Kępę Karsiborską – część wyspy Karsibór będącą rezerwatem ptaków, którego właścicielem jest OTOP. To tylko około 20 minut spacerem od Ptaszarni. Pan Grzegorz ma cały sprzęt ze sobą – tyczki, siatki, wagę, miarkę, obrączki i notatnik.

Obrączkować będziemy ptaki żyjące w trzcinach – to tylko kilka gatunków, ale dość licznie tu występujących. Gdy już dochodzimy do szerokiego pasa szuwarów oddzielających nas od delty Świny, Pan Grzegorz wybiera miejsce odpowiednie do rozstawienia siatki. Ale najpierw trzeba utworzyć przecinkę – tzn. własnymi nogami musimy wydeptać długi na prawie dwadzieścia metrów i szeroki na metr pas trzcin.

W przygotowany pas stawiamy tyczki. “My”, bo mnie ręce swędzą i stać z boku nie mogę. Robię więc za pomocnika obrączkarza – niezłe zajęcie. A Dorota cyka zdjęcia do niniejszej fotorelacji.

Skręcanie tyczek

Ustawiamy tyczki w podmokłym dnie. Parę razy wodą górą do kaloszy mi się wlała.

Pierwszy segment gotowy. Jeszcze trzy takie – łącznie niemal 20 metrów. 

Siatka pomiędzy słupkami zwisa swobodnie, aby ptaki nie odbijały się od niej, a wpadały jak do worka. Wystaje ponad trzciny, ale i wchodzi głęboko w dół trzcin, aby łapać różne gatunki.

Na pierwszego ptaka przychodzi nam poczekać. Kręci się wokół kilkanaście osobników kilku różnych gatunków, ale do siatki nie wlatują. Pomaga w końcu wabienie głosem. Tuz obok mnie pierwsza w siatkę trafia rokitniczka. Ornitolog szybko i delikatnie podejmuje ją, chowa do woreczka przy pasie i wraca do stanowiska. Tam ją ogląda, określając płeć, wiek i ogólny stan. Mierzy długość lotek

obrączkuje

i wpisuje dane do kajetu

Teraz i ja mogę ją wziąć w ręce. Pan Grzegorz pokazuje mi, jak rozpoznać płeć rokitniczki, u której dymorfizm płciowy nie występuje. Szukamy plamy lęgowej i oglądamy stek, co podpowiada nam, że to samiczka, która w tym roku zniosła i wysiadywała jaja.

Najbardziej ekscytujące dla mnie okazuje się nie samo łapanie ptaków, ale ich wypuszczanie  

Choć to przecież tylko oddanie odebranej na chwilę wolności. 

Cała operacja trwa z dziesięć minut – w tym czasie do siatki trafia trzciniak.

Jeszcze w siatce widać, że mamy niespodziankę – ten osobnik już ma obrączkę. Czyżby Pan Grzegorz już się z tym trzciniakiem wcześniej widział? Chyba nie – obrączka jest innego typu.

Odczytywanie obrączki

Ten trzciniak przyleciał do nas z okolic Budapesztu! Dla obrączkarza to cenna zdobycz, bo nie założenie obrączki jest ważne, ale miejsce jej odczytania. Choć to dopiero drugi ptak, Pan Grzegorz już uznaje dzień za udany.

Spisanie danych z obrączki

Też oglądam trzciniaka i zwracam go naturze

W odstępach kilkuminutowych wpadają w sieci kolejne rokitniczki i parę trzcinniczków. Jeden z nich znowu mam obrączkę. Tym razem spod San Sebastian w Hiszpanii! Aż nie chce się wierzyć, że taka kilkunastogramowa kulka pierza może przelecieć dwa tysiące kilometrów! Chyba dobry wiatr miał albo zabrał się na gapę z czymś większym. 

Najgłośniejsze i najaktywniejsze wokół nas były potrzosy, ale długo żaden z nich nie wpadł w sieć. Był to jedyny gatunek na tyle sprytny czy uważny, że był w stanie w ostatniej chwili siatkę zobaczyć i albo nad nią przelecieć, albo zawrócić. Albo odbić się od niej i odfrunąć. Jego słabością okazało się silne poczucie terytorialności – nie mógł zdzierżyć, że w pobliżu odzywał się inny samiec. I tak krążyłem z telefonem nadającym ciągły śpiew potrzosa, aż jeden z wyzwanych na pojedynek samców wpadł. 

Sporo krzyku narobił też przy obrączkowaniu. Na szczęście nic ani temu potrzosowi ani innym obrączkowanym ptakom się nie stało. Wszystkie szybko wracały do swych codziennych zajęć w pobliżu.

Wisienką na torcie był samczyk wąsatki. Co najmniej dwie pary tych ptaków kręciły się wokół nas, ale żaden nawet nie zbliżył się do siatki. Do czasu…

Każdy ptak podlega również ważeniu. Zastanawiałem się, jak to się robi. Można na przyklad ważyć ptaka w woreczku a potem sam woreczek, wyznaczając tym samym wagę  netto ptaka. Ale o takiej metodzie nie pomyślałem. Okazuje się, że ten rozmiar ptaków doskonale się mieści w tubce po filmie fotograficznym – ani nie udusi się, bo operacja trwa parę sekund, ani nie jest w stanie uciec. 

A skoro o fotografowaniu mowa – Dorota w międzyczasie zdjęła ohara.

To nasz pierwszy tutejszy ohar, a drugi w tym roku. Pierwszego widzieliśmy zaledwie parę dni wcześniej nad Wartą, ale tamta obserwacja była bardzo krótka i bardzo odległa. I bez zdjęcia. Ten ohar dał się zdjąć i nad wodą i w locie. 

Ładna i bardzo rzadka to u nas kaczka. Jej lęgową populację w Polsce szacuje się na zaledwie 100-120 par. A ten nasz osobnik – jak się za dwa dni okaże – jest tu lęgowy!

W siatkę złapaliśmy tego wieczora kilkanaście ptaków wszystkich oczekiwanych gatunków: po jednym trzciniaku, potrzosie, wąsatce i brzęczce i po kilka trzcinniczków i rokitniczek.

Ciekawa przygoda! Do pokoju wracamy o zmierzchu nadjedzeni przez bąki i komary.