Lucni Bouda

Niedługa i niespieszna wycieczka z Kopy przez Lucni Boudę, Strzechę i Samotnię. I pierwsza od wielu, wielu lat w tę część Karkonoszy.

Wjazd pierwszymi porannymi krzesełkami z Karpacza na Kopę, gdy wczasowicze jeszcze śpią. 

Powoli znad pasma kosodrzewiny wyłania się Śnieżka

Tu już góra w pełnej krasie. Pięknie w porannym świetle odbijają się ścieżki

Bardzo słoneczny dzień się szykuje, czego w górach akurat nie szukamy. Nasz plan to jednak przewidział: zanim słońce stanie w zenicie, my już będziemy schodzić z głównego grzbietu  i wchodzić w strefę lasu. Choć jesteśmy tak blisko, na Śnieżkę nie wchodzimy – dziś niech zrobią to za nas inni, my wejdziemy innym razem. Wpadamy tylko na moment do Domu Śląskiego, by odświeżyć wspomnienia. Wspomnienia okazały się lepsze. 

Torfowiskami wybieramy się do Lucni Boudy, a stamtąd z powrotem przez grań na stronę polską do Strzechy, Samotni i przez Polanę do Białego Jaru. 

Lubię Równię pod Śnieżką ze względu na jej tundrowy charakter – krajobrazy jak nie z tej strony świata.  I wdzięczny obiekt do fotografii. 

Nadźwigałem się tego mojego zooma, nakombinowałem przy ujęciach, a w domu się okazało, że na karcie pamięci nic się nie zachowało. Niech to! To tylko zdjęcia, ale paru z nich mi szkoda, np. ładnie pozujących krzyżodziobów. Na szczęście to nie był jedyny aparat na wycieczce, więc dokumentacja wycieczki jest – za wyjątkiem kilku moich zdjęć komórką, cała reszta to dzieło Doroty.

Na pomoście wiodącym przez karkonoskie mokradła kilka razy napotkałem dużą ważkę. Nawet udało mi się ją sfotografować, ale z powodów już wcześniej podanych zdjęciem pochwalić się nie mogę. W pobliżu ścieżki jakiś fachowo ubrany i wyposażony Czech łapał siatką owady

 Udusiłbym się, gdybym go nie zapytał, co tu robi. Miły młody człowiek odpowiedział, że łapie właśnie tę rzadką karkonoską ważkę – żagnicę północną. Każdego złapanego osobnika oznacza farbką i wypuszcza – w ten sposób szacuje ich tutejszą populację.

Żagnica północna w Polsce występuje tylko na tutejszych torfowiskach. Gdy   jest zimno jest szara, gdy robi się ciepła zmienia kolor na niebieski. Te nasze były niebieskie – stąd wniosek, że było ciepło.

Dochodzimy do Lucni Boudy

Obiekt jest olbrzymi, ale położony w obniżeniu – w krajobraz wkomponowuje się całkiem dobrze. Wchodzimy do środka i jesteśmy zaskoczeni – prosta i surowa forma zewnętrzna przechodzi w nowoczesne i funkcjonalne wnętrze: automatyczne drzwi, pokoje hotelowe ze spa, w samoobsługowym bufecie piwo z kija nalewa się samemu i płaci kartą bez udziału obsługi. A piwo idzie prosto z browaru pracującego w piwnicy schroniska. Jakaż to odmiana po wizytach w paru schroniskach po naszej stronie. 

Częstujemy się borówkowym kołaczem  

Po kawie i kołaczu idziemy kawałek dalej na czeską stronę, gdzie w oddali widać kapliczkę 

W tym miejscu upamiętniono liczne zasypane i zamarznięte ofiary gór

Jeszcze kilkaset metrów dalej i przed nami otwiera się widok na czeski kraj 

Zawracamy i ponownie przechodzimy koło Lucni Boudy. Widoki z jej okolic

Wracamy przez główny grzbiet na polską stronę. Schodzimy do Kotła Małego Stawu

Bardzo miły i dawno niewidziany widok Strzechy Akademickiej

Wśród niebiesko kwitnących roślin szukamy gencjany. ale ciągle znajdujemy tylko tojad. Na gencjanę widać jeszcze za wcześnie 

Stąd już blisko do jednego z najładniejszych widoków Karkonoszy. Ze szlaku wiodącego w dół od Strzechy otwiera się widok na Mały Staw i Samotnię

Sporo miłych acz bardzo w czasie odległych wspomnień Samotnia przywołuje. 

Do tego miejsca ruch na trasie był znośny. Wydaje się, że turystów – mimo szczytu sezonu – jest znacznie mniej niż w poprzednich latach, gdy i do wyciągu w Karpaczu i w drodze na Śnieżkę ustawiały się długie kolejki. Dopiero przy Samotni robi się tłoczno – spotykają się tu turyści, którzy wjechali na Kopę wyciągiem i teraz schodzą, z turystami, którzy wyszli z Karpacza w góry piechotą, traktując Kocioł Małego Stawu jako punkt docelowy. 

Krótki postój nad brzegiem stawu

 Idziemy dalej. Czyli niżej. Przed nami już tylko Polana. Kiedyś stało tu kultowe niemal Schronisko Bronka Czecha (niem. Schlingelbaude), dziś to tylko łąka i miejsce przystankowe dla turystów najbliższe Karpacza i Świątyni Wang.

Koniec wycieczki. Przeszliśmy około piętnastu kilometrów – głównie po płaskim i w dół. Miło, ale czas na większe wyzwania. O tym w kolejny odcinku.

Na więcej zdjęć Doroty zaprasza do Galerii.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.