Kategoria: Wycieczki

Dziwonia i inne dziwy

Przedpołudniowa wycieczka nad Stawy Sobieszowskie i Podgórzyńskie przyniosła obfity plan:  dużo gatunków ptaków, w tym kilka w tym roku jeszcze przez nas nie widzianych. Kilka ładnych zdjęć też wyszło. Zapraszam.

Pieszą część wycieczki zaczynamy od pięknego Centrum Opieki nad Dzieckiem “Dąbrówka” – piękny to poniemiecki jeszcze budynek i pięknie położony wśród dzikiej przyrody na skraju Cieplic. W dzieciństwie na spacer od strony wałów się tu przychodziło. 

Jest to nieco dzika okolica, w pobliżu znajdują się bliźniacze do podgórzyńskich stawy, ale mniej zagospodarowane. Zaraz tam pójdziemy, ale najpierw parę pierwszych niekoniecznie tylko ornitologicznych zdjęć.

Od początku byliśmy skrycie obserwowani

Niczym drewniana kapliczka. A w niej młode owocniki żółciaka siarkowego.

Kowalik

Od Cieplic przez Dąbrówkę w kierunku  Sobieszowa prowadzi stara lipowa aleja. 

Ładnie pozujący (drozd) śpiewak 

Bliżej stawów krajobraz się otwiera. Widok na Chojnik.

Wysoki Kamień uświadamia, że daleko od Gór Izerskich nie odjechaliśmy

Powietrzne zaloty błotniaków stawowych

Mewa siwa. Mewy już dawno nie są ptakami kojarzonymi wyłącznie z morskim wybrzeżem; skolonizowały już większe rzeki i zbiorniki wodne wewnątrz lądu oraz wysypiska. U nas jednak – chyba na szczęście – ciągle ich mało. 

Mimo dobrego zdjęcia mam problem z identyfikacją gatunku: gajówka, zaganiacz?

Najcenniejsza zdobycz dnia – dziwonia.

Jest to łuszczak, czyli kuzyn zięb, dzwońców czy szczygłów, ale żyjący zwykle blisko wody.

W Polsce nieliczny ptak lęgowy.

Tak ładnie na czerwono ubarwiony to samczyk; samiczka jest niemal jednolicie szara.

Potrzos – też cenna zdobycz. Powinniśmy go byli widzieć na Stawach Rębiszowskich, ale mimo licznych tam wizyt jak dotąd nie udało się.

Potrzos to kuzyn trznadla, ale bardziej podobny do wróbla za wyjątkiem czarnej głowy.

Okrążamy Stawy Sobieszowskie i po dłuższym marszu powracamy w okolice Stawów Podgórzyńskich. Niedawno to byliśmy, więc tylko sprawdzamy, czy coś przybyło lub ubyło. Ubyła czapla nadobna – nie było jej już dzień po naszej poprzedniej wizycie. Ale przybyły kormorany

Krzyżówki wodzą już młode

Wodujący łabędź niemy

Paszkot w towarzystwie innego drozdowatego (śpiewak?) nad brzegiem stawu

Widok na Karkonosze

Gąsiorek uchwycony już pod domem. Tak ładny ptak, że można fotografować go codziennie.  

W sumie zaobserwowaliśmy lub usłyszeliśmy 48 gatunków ptaków. To chyba najobfitszy plon w ciągu jednego dnia. 

Długo taki dzień się nie powtórzy – bujnie rozwijająca się zieleń będzie coraz bardziej utrudniała obserwacje.

Maciejowiec

Południowa wycieczka do Maciejowca i Pilichowic. 

Pałac w Maciejowicach

Kościół i pobliskie mauzoleum

Stary pałacowy park i widok na góry

Czas tu stanął

Nad Bobrem w Pilichowicach

Pierwsza wiosenna kąpiel

W drodze powrotnej – widok z Grudzy na Karkonosze  

Z wizytą u Gersdorfa w Pobiednej

Dziś od dawna planowana wycieczka do Pobiednej śladami Adolfa Traugotta von Gersdorf.  Była to bardzo ważna postać dla Pobiednej, Górnych Łużyc i dla kilku dziedzin nauki, którymi się nie tylko interesował ale i współtworzył. Internetu przepisywać nie będę – bardzo dużo ciekawych o nim informacji można znaleźć na stronie Pobiednej – polecam bardzo!

Ilustrując wpis dzisiejszymi zdjęciami, powiem parę słów jak ja na Gersdorfa trafiłem i  dlaczego zaciekawiło mnie jego dzieło. 

 

Pałac Gersdorfów w Pobiednej – stan dzzisiejszy (kwiecień  2021). Obiekt zamknięcty, wstępu do parku też nie ma.

Ponad rok temu zdarzyło mi się kupić starą gablotkę z dwiema wypchanymi jemiołuszkami pochodzącymi prawdopodobnie z Querbach. Tu o tym pisałem. Idąc tropem tej gablotki, trafiłem na ślad pewnej rodziny mieszkającej we Flinsbergu, czyli dzisiejszym Świeradowie, w której cztery pokolenia zajmowały się kolekcjonowaniem i preparowaniem (wypychaniem) zwierząt, zwłaszcza ptaków. Może kiedyś więcej o tej rodzinie powiem, więc dziś pominę szczegóły.

Nieliczne detale architektoniczne pozostałe w pałacu.

Zacząłem zgłębiać historię badań ornitologicznych w naszym regionie, odnajdywać ślady innych ptasich kolekcji. I tak trafiłem na Gersdorfa, który – jak się okazało – wśród licznych swoich zainteresowań zgromadził również kolekcję lokalnych gatunków ptaków. 

Widok pałacu na starej pocztówce

Widok przez kutą furtkę na park przypałacowy

A miało to miejsce pod koniec XVIII wieku, kiedy to kolekcje ornitologiczne nie bardzo miały jeszcze jak powstawać, gdyż taksydermia, czyli sztuka preparowania zwierząt, była w powijakach. Do tych czasów wyprawiano i kolekcjonowano jedynie same skóry zwierząt, osobno kości i całe szkielety,  trofea myśliwskie takie jak poroża jeleniowatych, oręż dzików, zęby drapieżników czy pojedyncze pióra ptasie. Skąd w takim razie kolekcja wypchanych ptaków w pałacu Gersdorfa w Meffersdorf już na przełomie XVIII i XIX wieku? 

Otóż w 1776 roku Adolf Traugott odbył wraz ze swym przyjacielem Karlem Andreasem von Meyer zu Knonowem podróż do Szwajcarii. Po drodze zatrzymali się w Ratyzbonie, gdzie poznali profesora teologii Jacoba Christiana Schaeffera  – właściciela kolekcji ptaków.  „Schaeffer naciągał ptasie skóry na kawałek kory sosnowej przyciętej tak, aby pasowała ona do ciała – zabieg, który w tamtym czasie był jeszcze nieznany” [cytat za Richard Heyder “Aus der Frühgeschichte der Vogelkunde in der Oberlausitz”, 1926]. 

Nogrobek Gersdorfów na przykościelnym cmentarzu w Pobiednej. Chcieli być pochowania skromnie, jak okoliczny lud.

Tak naciągniętą skórę ptasią z piórami Schaeffer następnie wypychał, wstawiał elementy usztywniające, zszywał, dorabiał oczy – i ptak ponownie wyglądał jak żywy. 

Wieża obserwacyjna “Moi plaisir” (Moja przyjemność) w pobliskim Gierałtówku, której wybudowanie Gersdorf sobie zamówił w 1803r. ,gdy już nie miał sił chodzić w góry. Później przemianowana na Kaiser Wilhelm Turm.

Dzisiejsze widoki z wnętrza wieży. 

Widok kolekcji i rzemiosła Schaeffera sprawił, że zarówno von Knonow jak i Gersdorf postanowili założyć w swych siedzibach własne zbiory – ten pierwszy w Schnellförthel (dziś Okrąglica na północ od Zgorzelca), ten drugi w Meffersdorf (Unięcice, dziś Pobiedna). Położyło to podwaliny pod jedne z najstarszych kolekcji ptaków na Śląsku i Łużycach. 

Dawny widok wieży i restauracji u jej podnóża.

O kolekcji von Knonowa wiemy tyle, że była niemal kompletną reprezentacją lokalnej awifauny, o kolekcji Gersdorfa nie wiemy nic. Po jego śmierci w 1807 roku jego główne zbiory – niezmiernie bogaty księgozbiór, minerały, przyrządy pomiarowe i optyczne – trafiły do Górnołużyckiego Towarzystwa Naukowego w Goerlitz (Oberlausitzische Gesellschaft der Wissenschaften), którego był współzałożycielem.  Zbiory ornitologiczne pozostały w pałacu pod opieką wdowy po Adolfie – nie wiem, co się stało z nimi później. 

 

Była to prawdopodobnie najstarsza kolekcja ornitologiczna na “naszym” obszarze, tzn. na terenie Karkonoszy, Gór Izerskich i Pogórza. Ta najsłynniejsza dziś, schaffgotschowska kolekcja w Warmbrunn (Cieplice), miała powstać dopiero 70 lat po śmierci Adolfa Traugotta von Gersdorfa. 

Doliną Bobru

Spacer fotograficzno-ornitologiczny na dwanaście łap. Czyli my i psy. Ja z lornetką i przewodnikiem Collinsa “Ptaki” za paskiem, małżonka z aparatem i dodatkowym teleobiektywem – wszystko to się przydało. 

Samochód zostawiliśmy w Siedlęcinie, pieszo poszliśmy w dół rzeki do hydroelektrowni we Wrzeszczynie, a wróciliśmy drugą stroną rzeki. Przeszliśmy pewnie niecałe osiem kilometrów, ale ze względu na przystanki na podglądanie przyrody spacer zajął nam niemal trzy godziny. Nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł – minęliśmy sporo biegaczy, cyklistów, spacerowiczów i wędkarzy, ale tłumów nie było.

Krótka fotorelacja poniżej. Więcej zdjęć w Galerii

Zacznijmy od najważniejszego: licząc łącznie z kilkoma gatunkami ptaków zaobserwowanymi jeszcze pod domem, potem po drodze z samochodu i nad Bobrem, zaobserwowałem dziś 31 gatunków – pełna lista na końcu.

Jeszcze w samym Siedlęcinie spotykamy pana nurogęsia (Mergus merganser). Potem widzieliśmy jeszcze kilka nurogęsi, w tym dwie dobrane już pary.

Uwaga językowa: TA nurogęś (jak gęś), a nie TEN nurogęś (jak nur). Wśród ptasiarzy słyszy się obie wersje.

I nie jest to ani nur, ani gęś – nurogęś należy to traczy.

Ptactwo wodne i żyjące blisko wody rozczarowało. Najliczniejsze – co akurat nie dziwi – były krzyżówki: naliczyłem ich ponad czterdzieści, w większości samców. Było też siedem nurogęsi i jedna przelatująca czapla siwa. Żadnych innych kaczkowatych, chruścielowatych, czaplowatych czy zimorodków.

Widoki z Doliny Bobru

Niewiele roślin już kwitnie: podbiał, zawilce (po prawej), żółć złota (po lewej), lepieżnik.

Latolistek cytrynek na lepieżniku białym

Mimo sprzyjających warunków niektóre z ptaków były trudne do oznaczenia (czyli zidentyfikowania nazwy gatunkowej), nawet patrząc na nie przez lornetkę z dziesięciu metrów i natychmiast przewracając kartki przewodnika. Na przykład w przypadku poniższego ptaka nie widziałem dobrze jego – jak się później okazało – ziarnolubnego dziobu, a rdzawo-pomarańczowe boki z niczym mi się nie kojarzyły. Dopiero w domu, oglądając go na powiększonym zdjęciu, mogłem rozpoznać wszystkie szczegóły i oznaczyć na 100% jako samiczkę makolągwy (Linaria cannabina). Małżonka świadkiem, że taka była moja pierwsza intuicja, z której się po chwili jednak wycofałem.

Przez chwilę obserwowaliśmy śpiewaka (Turdus philomelos) siedzącego z wiązką materiału budowlanego w dziobie. Gdzieś w pobliżu musiało być jego gniazdo. On nas też obserwował i widział, że i my go widzimy. I tak patrzyliśmy na siebie, czekając, kto wykona ruch pierwszy. Bo trzeba wiedzieć, że ptaki są inteligentne i łatwo położenia gniazda nie zdradzają. Śpiewak czekał więc aż odejdziemy i dopiero wtedy podfrunął do gniazda. 

Piszę “on”, bo to TEN drozd śpiewak, ale ich płci nie odróżniam – może to była pani śpiewaczka?

Widok na hydroelektrownię we Wrzeszczynie

Z wysokości zapory zauważyłem właśnie dwie pliszki górskie (Motacilla cinerea).

Fotograf i teleobiektyw robili co mogli, ale ostro nie wyszło. Ale jako zdjęcie dokumentujące obserwację – bez zarzutu.  Widać, że to samiczka pliszki górskiej.

Z oznaczeniem tego ptaka się nie popisałem. Sylwetka i ubarwienie jak u sroki, ale z daleka wydawał mi się znacznie mniejszy. Tak w połowie między sroką a srokoszem. I do żadnego ptaka mi to nie pasowało. Po chwili ptaszek się ruszył, podfrunął i usiadł bliżej, nie pozostawiając wątpliwości, że to była sroka (Pica pica).

Wszystkie dzisiejsze gatunki wraz z liczebnością – widziane nad Bobrem, koło domu i podczas jazdy samochodem z i na wycieczkę: bogatka 5, czapka siwa 1, czarnogłówka 1,  śpiewak 1,  dzięcioł duży 3, grzywacz 3, jer 1, kos 5, kruk 1, krzyżówka >40,  krzyżodziób 1,  makolągwa 1, mazurek 3,  modraszka 5, myszołów 2, nurogęś 7, pliszka żółta 2, pliszka siwa 2, pustułka 2, raniuszek 2, rudzik 2, sierpówka 1, sosnówka 1, sójka 4, sroka 2, szpak 3, trznadel 2, turkawka 1, wrona siwa 4, wróbel 9, zięba 14. Razem 31 gatunków, 129 osobników.

Dwa gatunki z powyższej listy zasługują na większą uwagę: krzyżodziób świerkowy zaobserwowany na klonie pod domem i turkawka. O tym pierwszym będzie osobny wpis. Ten drugi o tyle zaskakujący, że czas na przyloty turkawek dopiero nadchodzi z końcem kwietnia. Zdjęcia nie mam, więc obserwację tę można podważyć, choć będę się upierał… Z turkawką czy bez – niezły dzień.

Więcej zdjęć w Galerii.

Pierwsza w tym roku…

… żmija. Nie pod domem – na polach koło Mlądza, gdzie zawędrowaliśmy w ramach przedwiosennego spaceru. Leżała na suchej trawie, jeszcze w częściowej hibernacji, bo słońce świeciło delikatnie a wiatr był chłodny. 

Nigdy dosyć przypominania: żmije są pod ścisłą ochroną. Skala zagrożenia ukąszeniem jest minimalna – wg raportu Towarzystwa Herpetologicznego NATRIX (natrix.org.pl) w całej Europie notuje się  15-25 tysięcy ukąszeń rocznie, z tego ok. 30 ze skutkiem śmiertelnym. Na ok. 750milionów mieszkańców. Więcej ludzi ginie rocznie w windach…

Ostatnie 24

Przed spodziewanym i już obecnym ociepleniem udało nam się jeszcze załapać na ostatni poranek w Jakuszycach po lekko mroźnej nocy i powtórzyliśmy bieg trasą Biegu Piastów na 25km. A dokładnie 24km, bo miejsce oficjalnego startu jest chyba przesunięte na wschód w stosunku do mety. Moja pętla za każdym razem wynosiła dokładne 24,0km.

Tym razem trasy rzadziej używane nie były przejechane ratrakiem – i bardzo dobrze. Nartki najlepiej nosiły właśnie tam, gdzie lekko przymarznięta powierzchnia torów nie została naruszana. A było tak na odcinku 13km od Polany, przez Dział Izerski, Harrahow do Orla. I na tym odcinku szedłem o kilka minut poniżej poprzednich najlepszych czasów. Żarło aż miło. Ale za Orlem zdechło. Świeży ślad w ogóle nie niósł. Pod górkę na Samolot nie miało to większego znaczenia, ale na płaskim i z górki czasy były słabe… Rekord trasy pobity koniec końców o cztery minuty, ale do celu na ten sezon zabrakło kolejnych ośmiu. W nieoficjalnej klasyfikacji Biegu Piastów awansowałem z 396 na 320 miejsce na około 650 oficjalnie zarejestrowanych na tym dystansie startujących. 

Tym biegiem sezon wyścigowy kończymy – no chyba, żeby mroźne noce i poranki na Polanie jeszcze wróciły. A jeśli nie, pozostają tury rekreacyjne – może nawet do początku maja.

“25” – kolejna próba

Warunki dziś były wyśmienite, więc dla odmiany wybraliśmy się na… nartki do Jakuszyc. Na ulubioną przez nas ostatnio trasę “25” Biegu Piastów. Mroźna noc, świeży śnieg ale dobrze już z rana wyratrakowany. Prawie idealne warunki do osiągania dobrych czasów. Prawie – bo śnieg znowu w smary się nie wstrzelił. Chyba trzeba zrezygnować ze smarowania. 

Do połowy tygodnia jeszcze są szanse na chłodne noce w Jakuszycach. 

A potem trzeba będzie chyba zrobić sobie przerwę do kolejnego ochłodzenia.

Na ręcznym hamulcu

Zamierzaliśmy dziś ponownie przebiec trasę Biegu Piastów na 25km. Poznaliśmy i polubiliśmy już ją. Myśleliśmy nawet, że w sprzyjających warunkach może uda nam się nasze własne rekordy trasy pokonać. Niestety, to trasa nas dziś pokonała. W zmowie z pogodą i ratrakami..

Nocą spadł świeży śnieg i rano ciągle jeszcze padał. Mimo minimalnie ujemnych temperatur padający śnieg był wilgotny. Ratraki tego ranka na naszą trasę nie wyjechały – po raz pierwszy chyba to się zdarzyło. A że szliśmy długą, mało popularną trasą od Polany przez Dział do Harrachova i stamtąd do Orla, mieliśmy również i to szczęście, że sami przecieraliśmy szlak. Świeżo nałożone smary też nie pomogły – przeznaczone na zmrożony śnieg, kleiły mokry śnieg do spodów nart i tam zamarzał. Działało to jak hamulec ręczny. 

Co jakiś czas trzeba było się zatrzymać i oskrobać narty by jechać dalej. Mimo to nartki nawet na stokach, gdzie w innych warunkach trzeba było płużyć dla ograniczenia prędkości, nartki stały. I już na pierwszych dwóch punktach pomiarowych miałem czas dwukrotnie dłuższy niż poprzednim razem. 

Na Orlu skróciliśmy więc trasę i przez Samolot wróciliśmy na Polanę. 

Wysiłek jak na 50km, czas jak na 25, a dystans… 17km tylko.

No ale nie dla rekordów na nartkach biegamy. Bo nartki to wysiłek, kolego, bo nartki to świeże górskie powietrze, kolego! To są te trzy elementy! Że tak sobie pozwolę “pojechać” Młynarskim.  

28 po raz drugi

Poprawiliśmy dziś “25”, czyli 25-kilometrową wersję Biegu Piastów, tym razem ściśle trzymając się trasy. Poza kilkoma kilometrami dorzuconymi na pętli przy Orlu dla większego zmęczenia.  Razem 28km, 200m mniej niż poprzednio.   

“Warun” dziś był słaby – nocą mrozu w Jakuszycach chyba nie było, może niewielki, rano nieco powyżej zera, momentami trochę wiało, ślad był jeszcze z weekendu, w dobrym stanie, ale wyciśnięty w wilgotnym tępym śniegu. No i nartki nie niosły. Nawet z górki trzeba było im pomagać. 

Mimo to całość trasy 10 minut szybciej przejechane niż poprzednio, z kilkoma małymi rekordami na podbiegach. 

Kilka dni przerwy trzeba teraz zrobić, by dać pogodzie szansę na poprawienie warunków.

28+

Wyjątkowa tegoroczna edycja Biegu Piastów już się zakończyła. Ludzi na jakuszyckich trasach w związku z tym mniej, ale ślady ciągle dobrze utrzymane. I pogoda świetna – kilkustopniowy mróz i słońce. Korzystając z ciągle jeszcze miejscami obecnego oznakowania tras Biegu Piastów, podążamy dziś śladem biegu na 25 kilometrów. Ale gdzieś nam się drogi nieco rozjechały i małżonce wyszło 24km. Ja – w oczekiwaniu na peleton – dodałem kilka pętli przy Orlu, dzięki czemu wyszło mi 28km. To najdłuższy nasz bieg na nartach ever przy średniej prędkości 9.8km/godz. Oby to nie był jeszcze koniec sezonu.