Kategoria: Wycieczki

Mleko się rozlało

Wilgoć w postaci mgły, chmur i szybko zamarzającej mżawki zawisła nad naszym małym światem i wisi od paru dni. Na ptaki trudno się wybrać, śnieg na narty niedobry, więc idziemy na piesi spacer w nasze góry.

Tak wygląda świat skąpany w mleku

Widoczność pewnie ze sto metrów

Drogę wokół Tłoczyny przetarły samochody, więc idzie się łatwo.

Śnieg, wilgoć, lekki mróz tworzą widoki, których już dawno nie widziałem

Nawet w trybie kolorowym zdjęcia wychodzą (prawie) czarno-białe

Dla kolorystycznego przełamania 

Zapraszam do Galerii 

Maroni wyciska swój pierwszy ślad

Śnieg przestał padać, wiatr przestał wiać, mróz lekko mrozi. I choć słońca brak, warunki śniegowe dla biegówkarzy są dobre. Nie czekając na wyciśnięcie śladu w Jakuszycach czy Smedavie, ruszyliśmy zakładać szlak z domu w kierunku Tłoczyny.

Początkowo na dziewiczym zamarzniętym z wierzchu śniegu nieco ciężko się szło.

Paręset metrów za Dwoma Mostkami minął nas leśniczy czy myśliwy gazikiem, zostawiając może nieco za szeroki, ale za to twardy ślad. 

Maron zwykle truchtał mi po tyłach nart, ale gdy tylko warunki pozwalały, leciał do przodu pomagając w wyciskaniu własnego śladu.

A czasami przysiadał mi na biegówkach. Czyżby dawał w ten sposób sygnał, że chciałby mieć swoje?

Tym pięcioipółkilometrowym spacerem rozpoczęliśmy sezon biegówkowy 2023. Patrząc na prognozy pogody, dobre warunki utrzymają się ponad tydzień. Trzeba będzie wycisnąć kolejne kilometry wokół Tłoczyny i na Dłużec.

Nieme, krzykliwe, czarnodziobe

Dodatkowym benefitem liczenia ptaków w ramach Monitoringu Zimujących Ptaków Wodnych jest dla mnie informacja o występowaniu ptactwa na różnych zbiornikach Dolnego Śląska. Oczywiście, jeśli tylko obserwatorzy wpiszą swoje wyniki nie tylko do arkuszy, ale i podzielą się nimi w bazach ornitho.plclanga.comKartotece Awifauny Śląska czy eBird.org. Mnogość portali, ale używane one są niespójnie i nieregularnie – czasem te same obserwacje wrzucane są prze jedną osobę do więcej niż jednej bazy, a często nie są w ogóle raportowane. Na szczęście jednak przy okazji MZPW część ludzkości zaraportowała swoje wyniki, dzieląc się wynikami z resztą. Oprócz oczywistych miejsc i gatunków raporty te wskazały nowe dla mnie miejsca, np. zakola Odry pomiędzy ujściem Odry a Głogowem.  Ale trochę daleko tam – dwie i pół godziny jazdy w jedną stronę. 

Ciekawiło mnie również, jak o tej porze roku mają się Stawy Przemkowskie. Tak się złożyło, że ptasiarz liczący tam ptaki w ramach MZPW wpisał swoje wyniki do ornitho – okazało isię, że całkiem sporo gatunków tam zimuje. Trzeba się więc było tam wybrać. Choć to też daleko (2 godziny jazdy), ale z poprzednich wizyt wiemy, że to rozległy i dobry teren do spacerowania z psami i fotografii. Zwłaszcza gdy wybierze się z prognozy dzień akurat pogodny, jak nam się trafił. 

A był to ostatni dzień przed nadejściem zimy. Stawy po ostatnich nocnych mrozach już zaczęły się pokrywać cienką warstwą lodu, ale większość powierzchni stawów była jeszcze dostępna dla ptactwa. Gdy to piszę, na Dolnym Śląsku śnieg pada już drugi dzień, płytsze zbiorniki już zamarzły, więc z pewnością ptactwo już się przemieszcza w cieplejsze rejony. Zdążyliśmy je uchwycić na Przemkowie w ostatniej chwili.

Wycieczkę rozpoczęliśmy jak zawsze – od przejścia kładką ku wieży obserwacyjnej.

Kładka od naszej ostatniej wizyty uległa dalszemu popsuciu. Chyba czas ją nadgryza. Trafiliśmy na miejsce, gdzie już się wydawało, że będziemy musieli zawrócić – przerwa na dwa metry, po bokach woda po kolana. Jakoś po rozrzuconych deskach i nie mocząc za bardzo butów udało się nam wszystkim, nawet psów nie trzeba było przenosić na rękach. 

Nagroda przyszła szybko. A właściwie przeleciała. Wiele nagród naraz.

Ponad trzcinami od strony stawów najpierw dał się słyszeć głos łabędzi, a potem zobaczyć same łabędzie. Pierwsze były krzykliwe

Przeleciało jedno stado, drugie, trzecie po kilka ptaków w każdym. Po głosie a po chwili i po  obrazie w lornetce poznałem, że to wszystko łabędzie krzykliwe. Nadlatywały na tyle często, że udało się kilka ładnych zdjęć im zrobić.

Dużo rzadziej przelatywały nasze najpospolitsze łabędzie nieme.

Pomiędzy kolejnymi nalotami krzykliwych zaczęły pojawiać się i łabędzie czarnodziobe.

Choć w pierwszej a nawet i w drugiej chwili nie było to oczywiste. Na obrazkach w książkach łatwo dostrzec wyraźne różnice pomiędzy krzykliwym a czarnodziobym- ten drugi ma czarniejszy dziób, jest mniejszy, nieco bardziej krępy. Ale w locie, gdy widzi się ptaki w ruchu pod światło przez parę sekund. Całkowitą pewność, co do gatunku, ma się często dopiero po obejrzeniu zdjęć w domu. 

Więcej czarnodziobych

Jeszcze przed dojściem do wieży obserwacyjnej zliczam ponad 40 łabędzi krzykliwych, kilkanaście czarnodziobych i tylko dwa nieme. Nawet gdybym już dzisiaj nic nie widział, to ptasi cel wycieczki został już osiągnięty.

Dochodzimy do wieży. Maroni szybko złapał, jak wchodzić po kratkowanej konstrukcji, Sunię trzeba było wnieść. Pierwszy rzut oka na lustro wody  

Staw częściowo zamarznięty, ale ptactwa sporo, głównie kaczki i łabędzie – jeszcze nie widzę jakich gatunków. Cykamy pierwsze zdjęcia na szybko na wypadek, gdy ptaki się wypłoszyły. Na dalszym stawie pusto – a to na nim zawsze najwięcej się działo.

Mając już trochę zdjęć dokumentacyjnych zrobionych, rozstawiam lunetę do powolnego przeczesania okolicy. 

Przy lekkim mrozie przejrzystość powietrza jest wyśmienita, nie przeszkadza też wiatr.

Szybko identyfikuję gatunki: dwa łabędzie nieme, jedenaście krzykliwych, samotny samiec gągoła i ogorzałki, jedna pani nurogęś, jedna głowienka, trzy świstuny, parę czapli białych i siwych i sporo krzyżówek. A nad nami przelatują gęsi tundrowe i gęgawy. Nie spodziewałem się takiej różnorodności gatunków.

Jet lekki mróz, za długo stać tak nie można. Ruszamy na wędrówkę po stawach. 

Ptaków niewiele, jest dzięki temu czas na zdjęcia.

Dobre maskowanie?

Przez całą drogę towarzyszą nam ślady obecności bobrów.

Nawet za tak potężne drzewa się biorą. Wygląda to, jakby ostrzyły ołówek  

Powalone drzewa dokładnie ogryzione z kory

Szczygieł ukrywający się w krzewach

Dłuższą przerwę robimy sobie przy tamie na Szprotawie.

Piknik na śniegu

Podano kawę i chałkę z konfiturą. I miskę karmy i królicze ucho.

Po spuszczeniu wody widzimy dno sąsiedniego stawu. Dziwny widok – to chyba korzenie ściętych tu kiedyś drzew?

Gdy już nieco odeszliśmy, na stawie wylądowały dwa bieliki. Dość wokalne były – ich głos towarzyszył nam jeszcze przez kilka minut.

Po zatoczeniu kółka wracamy na moment nad pierwszy staw, ale od drugiej strony. Pomyślałem sobie, że wykorzystam obecność ptaków i pobawię się w digiscoping. Niestety, ptaki miały inny plan – było ich już tam niewiele, krzyżówki na mój widok natychmiast odleciały a nieco tylko dłużej pozostały jedynie łabędzie. Zanim powoli sobie odpłynęły dałem radę zmontować sprzęt i zrobić kilka zdjęć. Słabych, bo przy tak dużym powiększeniu (luneta x60 + komórka x4) nawet wolno poruszający się obiekt bardzo szybko znika z pola widzenia. Łabędź krzykliwy z odległości ok 150-200 metrów. 

Kończymy powoli wycieczkę. Dla Maroniego był to pierwszy tak długi zimowy spacer – zniósł go dobrze 

Energii mu do końca starczyło

Przeszliśmy prawie 10 km. Kolejny taki spacer w połowie stycznia nie wydarzy się prędko.

Z nowych tegorocznych gatunków widziałem przede wszystkim łabędzie krzykliwe i czarnodziobe, ale też jastrzębia, dzięciołka i głowienkę.

U Radziwiłłów

Drugą połowę dnia spędzamy na wycieczce po nieco dalszej okolicy. Zapuszczamy się samochodem na wschodnie granice Doliny Baryczy, leżące już w województwie wielkopolskim.

Ale pierwszy przystanek wypada jeszcze przed granicą województw – w ostatniej na naszej drodze dolnośląskiej wsi, Starej Hucie. A właściwie tuż za nią – w miejscu, w którym mapy sugerują istnienie pozostałości przedwojennego cmentarza. Używam słowa “sugerują”, bo dzień wcześniej w innym miejscu też już szukaliśmy z Google Maps w ręku starego cmentarza, ale w oznaczonym miejscu rósł las. Młody wiek drzew wskazywał, że mogły one być posadzone dużo po wojnie na miejscu zapomnianego cmentarza.

W Starej Hucie mamy jednak więcej szczęścia – cmentarza nie trzeba szukać: jest przy drodze dokładnie tam, gdzie wskazuje mapa. Zachował się nawet budynek kaplicy.

Widoczny do dziś układ grobów

Kilka dobrze zachowanych tablic nagrobnych wskazuje, że cmentarz był czynny w drugiej połowie XIX w aż do 1945r. 

To oczywoście poniemiecki cmentarz ewangelicki, więc tablice są w języku niemieckim i nazwiska są również głównie niemieckie. Ale przecież znajdujemy się na pograniczu – gdzieś w pobliżu musiała przebiegać w dwudziestoleciu międzywojennym pomiędzy polską Wielkopolską a niemieckim Śląskiem. Więc są też i takie tablice 

czyli po naszemu Augusta Mądry z domu Marszałek.

Jest też i całkowicie polska mogiła –  Maria Maleszka zginęła śmiercią wojenną w wieku 19 lat. Pomnik pewnie postawiony dużo po wojnie

Wjeżdżamy do Wielkopolski. Kolejny przystanek w pobliżu miejscowości Moja Wola, gdzie znajduje się unikatowej architektury Pałac Myśliwski.

Jest to jedyny w Europie – albo jeden z dwóch w zależności od źródła – budynek, którego elewacja wyłożona jest korą dębu korkowego.  

Pałac postawiony jest na podmurówce z rudy darniowej – był to częsty materiał służący do budowy domów na terenie całej Doliny Baryczy.

Miano pałacu budynek dostał nieco na wyrost. Może słowo dwór byłoby odpowiedniejsze. O pałacowości może jednak świadczyć niepasująca do niczego wieża – na moim zdjęciu jej nie widać, co tylko dodaje ujęciu urody. 

Pałac wystawił sobie w połowie XIX wieku książę brunszwicko-oleśnicki Wilhelm. Po wojnie w rękach Lasów Państwowych, gminy i w końcu prywatnych. I chyba żadna z tych rąk nie była dla pałacu szczęśliwa – pałac stoi dziś pusty, zamknięty, nieco zaniedbany, ale chodzą po sieciach wieści, że liczne społeczne grono obrońców obiektu wraz z kolejnym prywatnym właścicielem nadadzą mu wkrótce nowego blasku.

Żywy roślinny ornament    

Najdalszy na mapie punkt dzisiejszej podróży to Antonin z tamtejszym pałac myśliwskim książąt Radziwiłłów. Tym razem to prawdziwy pałac 

Sam pałac ciekawy, ale jeszcze ciekawsze dla mnie jest to, że książę Antoni Henryk Radziwiłł (ten sam, który przez kilka lat był właścicielem pałacu Ciszyca koło Kowar) gościł w nim dwukrotnie młodziutkiego Fryderyka Chopina.

Pałac zbudowano na planie krzyża greckiego. Środkową część zajmuje trójkondygnacyjna sala z jednym centralnym filarem w formie komina 

W trzech ramionach krzyża mieściły się pokoje gospodarzy i dla gości – przy jednym z nich jest tabliczka informująca, że to właśnie w nim prawdopodobnie mieszkał Chopin.

Boczna klatka schodowa 

Sala upamiętniająca pobyt Chopina. Czy grał na tym fortepianie? Źródła milczą, więc pewnie nie grał.

Obiad planujemy zjeść w okolicy Antonina, a mamy jeszcze trochę czasu. Bez specjalnego planu jeździmy i chodzimy po okolicznych stawach obserwując ptactwo.

Duża grupa siewkowatych w zasięgu lunety

Rozpoznaję kilka gatunków: biegusy zmienne, bataliony, brodźce śniade, krwawodzioby i kwokacze. Nieźle, jak na nieplanowy łów, ale i żadnych nowości.

Na ptasią nowość wpadamy całkiem nieoczekiwanie – przy gospodzie, w której zatrzymujemy się na obiad, na niedużym stawie widzę jakoś zbyt ciemno wyglądające gęsi. Wydają się dość spokojne, biorąc pod uwagę dość ruchliwe otoczenie i bliskość ludzi. Przychodzi mi do głowy, że to może jakieś oswojone ptaki… Z bliska widzę, że to dwie bernikle kanadyjskie!   

Pierwszy raz w życiu widzę ten gatunek. I skąd one tutaj? Zmęczone w przelocie na odpoczynek się zatrzymały?  Piękny koniec dnia z nowym gatunkiem na liście rocznej.

Po ciemku już wracamy do Hubertówki, choć to ciągle tylko późne popołudnie przechodzące we wczesny wieczór. 

Na zdjęcia Dorotki zapraszam do Galerii.

Zamek Myśliwski

Z Nowego Zamku do Zamku Myśliwskiego.

Wczesne rozpoczęcie nawet i krótkiego październikowego dnia ma tę zaletę, że daje się łatwo podzielić na trzy wycieczki. Pierwszą zaliczyliśmy do śniadania, druga nieco dalsza zaraz się właśnie zacznie, zostawiając dość czasu na trzecią, najdalszą, popołudniową.

Za namową personelu Hubertówki, w której się noclegujemy i stołujemy (miejscowość Nowy Zamek), jedziemy do Zamku Myśliwskiego – to też była kiedyś miejscowość albo osada, gdzie do 2020 roku mieściła się restauracja Hubertówka. Dziś to chata leśna – ładna, duża, położona na leśnej polanie, ale oddalona od cywilizacji i jakiejkolwiek bitej drogi. Jak mogła tu kiedykolwiek funkcjonować popularna restauracja? Bez 4×4 z pewnością trudno tu było poza porą suchego lata dojechać.

Ale nie tam nasza południowa wycieczka się zaczyna. Przyjeżdżając w Dolinę Baryczy, miałem taki sprytny plan, by zrobić rybne zapasy na kilka tygodni, a może i na święta. Szukałem więc miejsc w Dolinie Baryczy, gdzie detalicznie świeżą rybę można kupić. I takie właśnie miejsce znalazłem  kilkaset metrów od naszej miejscówki. 

Zajeżdżamy do Zajazdu u Bartka

Jest to jeden z licznych przystanków na Kolorowym Szlaku Karpia. Możemy tu zamówić niemal każdą rybę słodkowodną – umawiamy się więc na odbiór w dniu wyjazdu jesiotra, węgorza, tołpygi, amura, karpi i linów. Część z nich już pod kątem kolacji wigilijnej.

Po przejechaniu prawie trzech kilometrów lasem i błotami, zostawiamy samochód pod Zamkiem Myśliwskim (zdjęcie z zasobów Barycz.pl)

Dzikie to dziś miejsce. Ale biorąc pod uwagę wyśmienitą kuchnię myśliwską i rybną serwowaną nam w nowej siedzibie restauracji, z pewnością miało ono wielu stałych klientów. Ale może nie dość nowych, bo niełatwo tu trafić – stąd decyzja o budowie nowej siedziby.

Przez tę dziurę w czasoprzestrzeni wchodzimy w las

Las…. – dużo powiedziane. Owszem, mało turystycznie uczęszczane to miejsce, ale widać, że trwa tu regularna gospodarka leśna, czyli hodowla w równych rzędach posadzonych desek.

Po przedarciu się przez pierwsze gęste zarośla, wędrujemy dalej szeroki duktem.

Naszym celem są ukryte w lesie stawy: Sarni, Brzesławicki i Górny. Z raportów ornitologicznych wynika, że ptasiarze rzadko tu zaglądają. Pewnie za względu na trudny dojazd, a nie z braku ptactwa. 

Staw Sarni jest spuszczony – nic się na nim nie dzieje.

Ale kolejny Staw Brzasławicki już na pierwszy rzut wiele obiecuje.

Na pierwszym planie łabędzie krzykliwe. A w tle gęsta zupa kacza. Z lornetką nie sposób oznaczyć gatunki. Więc co robimy? Wracamy pieszo do samochodu te dwa kilometry i przyjeżdżamy w to samo miejsce już wyposażeni w lunetę. Ale przedtem upewniamy się – jesteśmy poza rezerwatem, brak szlabanów i zakazu wjazdu, leśna droga wzdłuż stawów służy również lokalnemu ruchowi kołowemu. 

Mnóstwo ptactwa wielu gatunków mogę teraz dostrzec. Choć nic nowego, widoki cieszą oko. 

Po sąsiednim spuszczonym stawie chodzi lisek

Nasyciwszy obiektywy i oczy, jedziemy dalej leśnymi drogami. Zatrzymujemy się przy zabytkowym jazie

Niespodziewana niespodzianka! Te ustrojstwa służące niegdyś do regulacji poziomu wody przed jazem okazują się być jeleniogórskiej produkcji!  

Takie same przecież widzieliśmy już na Stawach Przemkowskich! Ot, taki miły dla jeleniogórskiego regionalisty akcent. 

A to co to? 

Mamy oczywiście do czynienia z odbiciem drzew w wodzie. Lecz co ciekawe, granic lustra wody wyraźnie nie widać przez co mózg ma przez chwilę problem ze zrozumieniem tego, co widzi oko. Czyż nie?

Żegnmy się w okolicami Zamku Myśliwskiego pysznym widokiem kowalika

Powyższe zdjęcie oraz wszystkie w Galerii są już autorstwa Dorotki – zapraszam do oglądania. 

Mleko wolno Baryczą płynące

Drugi świt w Dolinie Baryczy. Całkiem inny, bo brzegiem rzeki idziemy, mając widoki na łąki i pola. Choć blisko stawów będziemy się poruszać, to ich tafli tym razem oglądać nie będziemy. Ale będziemy dobrze słyszeć, co się na niej dzieje.

Spacer zaczynamy tylko kilometr, dwa od Hubertówki. Jest całkiem ciemno, gdy wyruszamy. Moja lusrzanka odmawia jeszcze współpracy i nie ostrzy przy niemal całkowitym braku światła. Dużo inteligentniejsze komórki lepiej sobie w takich warunkach radzą, ale i obraz powstaje bardziej oszukany.  Więc nie publikuję. Parę minut później, gdy niebo szarzeje, lustrzanka rejestruje pierwsze obrazy. 

Jest ciemno i mgliście. A z ciemności i mgły pierwsze wyłaniają się ramiona drzew 

Światła coraz więcej, choć do wschodu ciągle paru minut brakuje. Idziemy zarosioną groblą wzdłuż nurty Baryczy. 

Czernie i szarości ustępują, niebo różowieje, krajobraz wpada w pastele 

Rzeką płynie złoto, mleko i wata cukrowa

Choć słowo “płynie” jest tu na wyrost. Nie widziałem nigdy tak leniwej rzeki – jak piszą internety, w zależności od chwilowych stosunków wodnych, Barycz potrafi zatrzymać się lub nawet cofnąć. A to dlatego, że teren na tym odcinku jest płaski jak naleśnik, a całkowity średni spadek od źródeł rzeki do jej ujścia pod Głogowem wynosi zaledwie 0,035%. Czyli na każdych stu metrach opada o całe trzy i pół centymetra. 

Takoż i my niespiesznie z nurtem podążamy przez ponad godzinę, a potem już nieco szybciej wracamy “pod górkę”. 

Pastele też już ustępują. Przez gałęzie przebijają się pierwsze bezpośrednie promienie. Słońce zagląda przez krzaki i patrzy, co my tu robimy.

Smugi słońca

Świat zaczyna inaczej wyglądać

Zawracamy. Odkąd zrobiło się jasno, towarzyszy nam olbrzymi hałas dochodzący z pobliskich stawów. Ptaków nie widzimy, ale słyszymy tysiące kaczych i gęsich dziobów mówiących sobie zapewne nawzajem “Dzień dobry, kwa, kwa”.

Aż któryś gąsior lub kaczor daje sygnał i wszystkie ptaki w jednej chwili podrywają się i lecą na śniadanie.

Szum tysięcy par skrzydeł startujących z wody i nisko nad nami przelatujących jest nie do opisania. Stoimy dokładnie na przedłużeniu pasa startowego, a hałas dochodzi ze wszystkich stron. Przyjeżdżając nad Barycz, na takie właśnie przeżycie liczyłem.\

Moje zdjęcie dnia – miękką kredką malowane

Słońce już dobrze nad horyzontem – świeci ostrym światłem. Takie zdjęcie, jak poniżej, na pierwszy rzut oka uznałbym, za prześwietlone i odrzucił zaraz po zrobieniu. Ale na szczęście nie odrzuciłem, a im dłuzej oglądam, tym bardziej mi się ono podoba. 

Przez ostatnią część spaceru podąża za mną mój cień. Na ciepłym tle – to znaczy, że poranek się skończył i nadszedł czas na śniadanie.

Fura ładnych zdjęć Dorotki rozładowała się jak zwykle w Galerii – zapraszam! 

Kulikowe pole

Całą resztę dnia rozpoczętego tak pięknie świtem nad Grabownicą spędzamy w terenie – trochę autem, więcej pieszo. 

Południowy spacer

Przy bezchmurnej i bezwietrznej aurze i woda i niebo zapewniają podobnie gładkie, jednolite tło

Bieliki wszędzie nam towarzyszyły przez te kilka dni

Gęgawy pasące się na grobli – na pierwszym planie to tegoroczna młodzież, z tyłu dorosła gęś; może to rodzina? 

Gdzieżeś ty bywał, czarny baranie?

Karpie proszące się na święta 

Samochodem podjeżdżamy pod wieżę na Grabownicy. NA spuszczonym stawie ponownie widzimy dużo bielików.

Przez dłuższą chwilę obserwuję przez teleskop nierówną walkę młodego bielika z dwoma wronami siwymi. Każda z osobna nie byłaby w stanie bielikowi zrobić krzywdy, ale we dwie mogą mu życie mocno uprzykrzyć. W końcu bielik się poddał.  

Czysto białe czaple i ich odbicia

Schodząc z wieży po wąskich i niskich schodach, widzę “laurkę” pozostawioną przez kogoś, kto doświadczył tego samego bolesnego uczucia, co ja. Czyli gwizdnął głową o zbyt nisko zawieszoną belkę. Faktycznie – inżynier tego nie robił.

Przypadkowe spotkanie – jadąc samochodem, na polu widzę stado średniej wielkości z niczym się nie kojarzących ptaków. Zatrzymujemy się, cofamy… To kuliki wielkie 

Kilkanaście kulików zatrzymało się w przelocie na polu z poplonem. Nieco zbyt daleko na dobre zdjęcia, ale wystarczająco blisko, by nawet gołym okiem dostrzec ich długie zagięte dzioby. Nigdy wcześniej nie widziałem kulików z tak bliska, więc radość spora. I stąd tytuł odcinka, bo z pewnością była to obserwacja dnia. 

Teatr cieni

I tak idąc i idąc, dochodzimy do zachodu

Zachodźże, słoneczko,
Skoro masz zachodzić
Bo mnie nogi bolą
Po tym polu chodzić
Nogi bolą chodzić,
Ręce bolą robić
Zachodźże, słoneczko,
Skoro masz zachodzić

To z dziecięcej piosenki, nie moje…

Stoimy i patrzymy.. A potem na odwrót

Zachód słońca to czas, gdy ptactwo wraca z żerowisk na noclegowisko. Stada gęsi i kaczek przelatują jedne za drugim.   Na tym jednym zdjęciu widać grubo ponad 500 ptaków

Już po zachodzie, gdy robi się ciemno, nadlatujące ptaki ciągle nad nami słychać. Pora wracać.

Dużo ładnych zdjęć Dorotki w Galerii – zapraszam!

Nad Grabownicą o świcie

Słoneczna aura panowała przez cały czas naszego pobytu w Dolinie Baryczy, więc nie można było pominąć okazji do oglądania wschodów słońca na stawami. Tym bardziej, że następują one dopiero około siódme. Dziś rano, nieco po szóstej, wybieramy się na pierwszy wschód nad Grabownicę. To jeden z największych stawów kompleksu milickiego atrakcyjny dla ptasiarzy ze względu na wieżę obserwacyjną i na częste występowanie łabędzia czarnodziobego. Dziś go jednak nie będzie i wiem o tym z góry, bo staw spuszczony. Polować więc będziemy głównie na piękne chwile i może jakieś przypadkowe ptactwo.

Na punkcie jesteśmy przed siódmą, zajmujemy miejsca w pierwszym rzędzie, rozstawiamy sprzęt i zaraz się wokół nas zaludnia – miejsce to okazuje się dość popularne wśród przyrodników i fotoamatorów.   

Pierwsze zdjęcia robione jeszcze dobrze przed wschodem

Ten świecący punkt to nie Wieża Saurona lecz odległy masz telekomunikacyjny.

Ptactwo na stawie jest, nawet w dużej liczbie, ale przy tym świetle i z tej odległości można c najwyżej określić rodziny ptasie – czaple, mewy, blaszkodziobe.

Pierwsze ptaki w powietrzu

Na wysepce swój dom ma rodzina jeleni – wyszedł byk, łania i chyba dwa cielaki 

Już nieco lepiej widać ptaki

Grupa bielików

i czapli białych

Słońce wystawia na świat kawałek twarzy, sprawdzając czy warto dziś wstawać

Wyszło chyba, że warto, więc wstaje bardziej…

Stoimy tam zauroczeni prawie godzinę. A że do śniadania jeszcze sporo czasu, szukamy innych scenerii do fotografii. Sprzyjają nam poranne mgły

Pięknie jest, czyż nie?

Nie spodziewałem się, że tak subtelne detale wyjdą mi na długim obiektywie i – z konieczności – dużej odległości.

Na zarośniętych starodrzewem groblach

Dopiero dochodzi dziewiąta rano, a już tak pięknie było. Przed nami kolejne atrakcje – ale o tym w kolejnym odcinku i po obowiązkowym obejrzeniu zdjęć Dorotki w Galerii

Dolina Baryczy jesienią

Nad Baryczą w celach ptasio-rekreacyjnych byliśmy już dwa razy wiosną tego roku. Całkiem udane to były wycieczki, ale apetyt na jesienną wizytę w okresie ptasich migracji w międzyczasie tylko urósł. No i lunety wtedy jeszcze nie miałem, a sporo ptactwa siedziało na wodzie poza zasięgiem lornetki i telezoomu. Jedziemy tam aż na trzy dni, starając się tak podzielić czas, by i na ptaki i na zwiedzanie było dosyć czasu.

I od zwiedzania zaczynamy – południowa kawa wypada nam w Żmigrodzie, więc robimy spacer po zespole pałacowo-parkowym. Z pałacu niewiele zostało, a i tak robi wrażenie

Żmigród stanowi zachodnią granicę Parku Krajobrazowego Doliny Baryczy. Wyjeżdżając poza granicę miasteczka, natychmiast jesteśmy w innym świecie – do pierwszego ptasiego postoju mamy tylko parę minut.

Staw Jamnik Dolny. To na nim widziałem wiosną największe stada ptactwa wodnego, ale z odległości 1,5-2 kilometrów, więc bez szans na identyfikację. I z zazdrością patrzyłem na stojącego obok ptasiarza, który z pomocą lunety swobodnie zliczał osobniki poszczególnych gatunków. 

Jeszcze z samochodu widzimy jednak, że staw spuszczono.

Dobrze to, czy źle…? Bardzo dobrze! Ptactwo wodne, jeśli nie tu, to będzie na innych stawach, a spuszczony zbiornik stanowi doskonałe siedlisko i miejsce żerowania dla ptaków brodzących, wśród których łatwiej o ciekawe gatunki. Zamiast siewek, brodźców i biegusów zaskakuje nas widok tysięcy mew!  

To przede wszystkim śmieszki – oceniłem liczebność tylko tego jednego gatunku na dwa i pół tysiąca. Były wszędzie i robiły bardzo dużo hałasu. Były też i inne mewy – np. blisko środka kadru stoi prawdopodobnie młoda mewa romańska.

Czapli białych naliczyłem prawie 50, siwych ponad 150, czajek ponad 250. 

Były też biegusy zmienne, krwawodzioby, biegusy malutkie, kwokacze… I aż 11 bielików – to chyba te ostatnie wygrały konkurs na najciekawszą obserwację, bo w takiej liczbie w jednym miejscu nigdy wcześniej bielików nie widziałem. A to nie było ich ostatnie słowo!

Jeszcze jeden krótki postój przy czatowni nad stawem Niezgoda. Tu jednak cisza – w obiektyw złapał się jedynie zimorodek. 

U celu

Choć dnia już niewiele zostało, idziemy na pierwszy spacer obserwacyjno-fotograficzny długą wygodną znaną nam już w wiosennej wycieczki groblą.

Słowo spacer jest tu nieco nieadekwatne – po prostu przestawialiśmy statywy o kilkadziesiąt metrów co parę minut.

Ciepłe światło,

nieco dramatyczne niebo,

woda, ptaki

i chylące się ku horyzontowi słońce stwarzały doskonałe warunki i do cieszenia się naturą i do fotografowania. 

W tej kolonii naliczyłem ponad 500 kormoranów!

Gniazda remizów. Niestety gospodarzy w domu nie było – pewnie grzeją już skrzydła gdzieś nad Morzem Śródziemnym.

Dorotka bawi się w złudzenia optyczne – na obiektywie naciągnięta jest pończocha. Niech więc nie dziwią niektóre nieostre zrudziałe zdjęcia w Galerii, do której już zapraszam. 

Słońce zachodzi – światła coraz mniej, ale daje coraz ciekawsze efekty.

Moje zdjęcie dnia: na świecie już mrok, ale na przelatujące krzyżówki – i tylko na nie – padło jeszcze ostatnie światło. 

Pod Hubertówką ponownie wita nas gospodarz terenu

Jest dobrze, a przed nami jeszcze dwa pełne dni.

We mgle i słońcu

To druga wyprawa na Stawy Przemkowskie i druga o świcie. Tym razem jednak w pełnym składzie: Dorotka, ja i sunia. Z fotograficznym i spacerowym nastawieniem wyruszamy na tyle wcześnie, by pod wieżą obserwacyjną być tuż przed wschodem słońca.

Brzmi trochę jak powtórka, ale co zrobić – takie klimaty nie zdarzają się często, trzeba nacieszyć oczy na kilka miesięcy naprzód.

Niebieska godzina w pełni

Niebieskość stopniowo przechodzi w róż

A róż w złoto i ogień

Widoki mogą się wydawać kiczowatymi, ale to przecież sama natura takie rzeczy tworzy, czyż nie? A czy natura jest kiczowata? Z pewnością nie. Ale gdybym takie zdjęcie przez filtry i fotoszopa przepuścił, dodał do tego 12 kangurów i samotny biały żagiel, to byłby to już stuprocentowy kicz. A gdzie jest granica…?  W naszych głowach. A w każdej głowie gdzie indziej.

Ptactwo o świcie

Jeden z kadrów kandydujących do zdjęcia dnia. Jego efekt zasadza się na niepozornym, nieostrym lewitującym w pustce łabędziu ujętym w nierówne ramki drzew

Kolory stopniowo bledną i szarzeją, mgły rozpływają

Piękny to był świt. A przed ciągle jeszcze piękny poranek. 

Impresjonistyczne impresje znad Szprotawy

Ciągle spełniająca swoją rolę tama na Szprotawie

Z zaskoczeniem zauważamy, że producentem żeliwnych elementów zapory była firma z Hirschberg in Riesengebirge. 

To u nas przecież! Po krótkiej kwerendzie znajduję w necie odniesienia tylko do “Eisengießerei und Maschinenbau-Anßtalt Starke&Hoffmann” – firmy funkcjonującej w latach 1868-1932 pod adresem Waryńskiego 12 w Jeleniej Górze i specjalizującej się w budowie urządzeń wodnych (dziś do teren Jeleniogórskich Zakładów Optycznych). Ale danych o firmie Maschinenfabrik L. Koehler nie znalazłem. Może była to następczyni firmy Starke&Hoffmann? Co ciekawe, podobne urządzenia hydrotechniczne z Hirschbergu widzimy parę tygodni później również na stawach w Dolinie Baryczy koło Milicza.

Wędrujemy z sunią niespiesznie po groblach 

Drugi kandydat do zdjęcia dnia: czaple białe i znikąd wyłaniające się wiatraki

Na spuszczonym stawie czaple białe i siwe mają ucztę 

Wieża obserwacyjna widziana z drugiej strony

Też ładny kadr 

Pod koniec wycieczki znajdujemy olbrzymie kanie

Największa z nich miała ponad 30cm średnicy kapelusza! I obiad i śniadanie i jeszcze jeden obiad z tego był… 

Na jeszcze więcej zdjęć dnia zapraszam do Galerii.