Kategoria: Wycieczki

Sułów i Stary Staw

Stawy Milickie – część piąta i nie ostatnia jeszcze.

Popołudniem odbywamy jeszcze jedną, relaksacyjno-krajoznawczą wycieczkę po okolicy.  Pamiętamy, że przejeżdżając wczoraj przez Sułów, widzieliśmy tam dwa kościoły wybudowane w technice szachulcowej – oba o dość rozbudowanych formach. Przyciągnęły oko, więc szkoda  by było tam nie zajrzeć.

Najpierw podjeżdżamy pod kościół parafialny pod wezwaniem Świętych Piotra i Pawła prowadzony przez Salezjan. 

Obecna barokowa forma kościoła pochodzi z pierwszej połowy XVIII wieku. Z pewnością liczne remonty przechodził, bo wygląda bardzo porządnie, niemal jak nowy.

Wewnątrz odbywa się próba przedkomunijna, więc wejść nie możemy. Pozostaje oglądanie od zewnątrz i spacer po otaczającym go cmentarzu.

Zabytek przyrody jakich w okolicy już kilka widzieliśmy

Blisko znajduje się drugi, większy kościół pod wezwaniem Matki Bożej Częstochowskiej należący do tej samej parafii. Jest nieco tylko młodszy od poprzedniego, ale o obłej bryle i chyba znacznie pojemniejszy. O ile ten pierwszy od początku był świątynią katolicką, to ten, przy którym teraz stoimy, służył protestantom.  

Drzwi zamknięte – znak czasu, że kościoły są pozamykane poza godzinami mszy. Budynek  i otoczenie ładnie utrzymane, po licznych – pewnie całkiem niedawnych – remontach. 

Krótko tam zabawiliśmy. Jest czas, by jeszcze parę miejsc odwiedzić i przygotować grunt pod jutrzejszą poranną wycieczkę ptasią. Jedziemy na Stary Staw, gdzie znajduje się wieża obserwacyjna dla ptasiarzy.

Tym razem samochód trzeba zostawić nieco dalej i przespacerować się nieco ponad kilometr. Po drodze mijamy stare cmentarzysko – jego najstarsze ślady sięgają ponad dwa i pół tysiąca lat wstecz. Niczego oprócz tablicy pamiątkowej i nierównego leśnego terenu sugerującego wykopki po badaniach archeologicznych tu nie ma. 

Wchodzimy na wieżę kilka metrów powyżej lustra wody. Ładny widok na dużą część tego ogromnego ponad trzystuhektarowego stawu. Jest to największy i jeden z najstarszych stawów kompleksu milickiego. 

Na wodzie nie dzieje się zbyt wiele. Nad wodą górują śmieszki. Wpatrując się w każdą blisko przelatującą mewę, zwróciłem uwagę na jedną z nich: mniejszą i okrąglejszą od śmieszek – to mewa mała. Nowy gatunek!

Zdjęcia mewie małej nie byłem w stanie zrobić – zamiast tego jakaś inna mewa, zapewne śmieszka.

Widok z czatowni

Nad nami przeleciały dwie gęsi tworzące znaczek dwa ptaszki (“V”)

I bocian czarny – to chyba dopiero drugi w tym roku 

Nie jestem pewien, czy to dobre miejsce na poranne ptaszenie – duży zbiornik raczej nie wróży dobrze. No i słońca nie będzie, więc nawet dla samego światła nie ma co przyjeżdżać.

Jedziemy sprawdzić jeszcze Staw Niezgoda. To całkiem blisko ze Starego Stawu – można by i piechotą dojść. Jest tam przyjemna czatownia na poziomie gruntu – może tam właśnie następnego poranka się pojawimy?

Samochód zostawiamy pod takim drogowskazem 

Na groblach trwa wypas gęsi – naliczyłem około ośmiu par gęgaw łącznie z ponad 30 młodymi. Jedna para miała tylko jedno gęsię, ale była i para z ośmioma. 

Na wodzie trochę się dzieje. Akwen nie jest zbyt duży, więc dobrze widać i gołym okiem, i przez lornetkę, i teleobiektyw.

Na długiej serii zdjęć Dorota uchwyciła startującego do lotu łabędzie niemego. Ileż wysiłku wymaga od tego ptaka poderwanie się znad wody!

Czatownia spełnia oczekiwania – przestronna, skierowana na ciekawy fragment stawów, dobrze schowana. Wracamy tu skoro świt. 

Po rybnej kolacji podlanej dolnośląskim winem idziemy jeszcze na spacer po okolicy hotelu.

Taka ciekawostka na tyłach restauracji

Powstaje następujące pytanie – z czym trzeba się wybrać do takiej toalety, by być uznanym za wędkarza? Z podbierakiem? Jakąś zanętą? A może wystarczą wodery?

Zapada zmrok: kończy się światło i dzień zdjęciowy

Galerii jest jeszcze parę zdjęć Doroty – trzeba zobaczyć!

Ptasi raj na Jamniku

Czwarta część relacji z wycieczki na Stawy Milickie.

Jest późny ranek lub wczesne przedpołudnie. Od prawie sześciu godzin na nogach. Odbyliśmy już tego ranka długi spacer po ścieżce przyrodniczej koło Rudy Sułowskiej i przenieśliśmy kumaka z lasu do wody. Czas na porządne ptaszenie. Jedziemy do punktu obserwacyjnego na południowo-zachodnim końcu Stawu Jamnik Dolny. To między innymi w tym miejscu raportowanych jest każdej wiosny dużo ciekawych i rzadkich ptasich obserwacji.

Po drodze mijamy małą wieś z takim oto cudem natury

Dąb jakby dłutem oskrobany. To owady i drążące za nimi dziury dzięcioły tak rozprawiły się z drzewem. Ono już umiera, ale jeszcze przez długie lata będzie swą tkanką karmić miliony mniejszych istnień. Nawet gdy już się zmęczy i położy.

Samobieżny pojazd wodny 

Punkt obserwacyjny nad Stawem Jamnik to tylko dobrze wydeptany pasek ziemi między szosą a stawem. Nie ma wieży czy czatowni. A to źle wróży obserwatorom nie wspomaganych lunetą. 

Wysiadamy, ustawiamy się z dala od innego ptasiarza, który hipnotycznie wpatrzony jest w lunetę. Już pierwszy rzut oka wystarczy – na dużej tafli wody olbrzymia liczba ptaków, ale w odległości nie dającej większych szans na dobre zdjęcia. Może choć do identyfikacji gatunków ten mój teleobiektyw się przyda. Nieco tylko poprawia sprawę lornetka.

Uwagę zwraca duże stado jednakowych ptaków. Potrzebuję chwili, by rozpoznać gatunek – to płaskodzioby! Kilka, kilkanaście, kilka dziesiątek, setka? Nie wierzę oczom. Do tej pory płaskodzioby widziałem tylko kilka razy i tylko w parach lub małych grupach, co traktowałem jako swoją ważną zdobycz. Dla upewnienia się podchodzę do obserwatora z lunetą. Pierwszy wyciąga rękę i przedstawia się imieniem i nazwiskiem. Pytam się, o te płaskodzioby. “Tak – mówi – sto siedemdziesiąt naliczyłem”.      

Ptasiarz ten okazał się mistrzem w specyficznej konkurencji – interesują go tylko duże stada. Stoi godzinami z lunetą i liczy każdą sztukę! Jakiegoś innego gatunku – czernicy czy głowienki, zapomniałem z wrażenia – doliczył się dziś 570 sztuk!

Ja przyjechałem tu między innymi z nadzieją zobaczenia zausznika – perkoza, którego jeszcze nigdy nie widziałem. Pytam się więc, czy ta jego magiczna luneta zauważyła i zliczyła również zauszniki. “Tak, jest stado około 70 sztuk ale po drugiej stronie jeziora, trudno zobaczyć”.  No to jestem bez szans. Chyba że się pieszo wybiorę na tę drugą stronę jeziora…?

Jako się rzekło, kobyłka u płota. Droga południowym brzegiem nie wiedzie niestety bezpośrednio nad brzegiem, więc chwilo żegnamy się z wodą, ale za to wchodzimy w łąki, trzciny i niskie zarośla – też ciekawie, bo zupełnie innych gatunków można się tu spodziewać. Na przykład pokląskw, lerek lub potrzosów 

Mijamy ślady pozostawione przez obcujących z naturą inaczej

Dochodzimy do drugiego końca stawu. Mam stad widok również na sąsiednie jezioro, ale na żadnym zauszników nie widać.

Ładna scena zebrania perkozów. Ciekawe nad czym tak radzą?

Niepocieszony wracam do samochodu. Gdy ja kontynuuję rozmowę z posiadaczem lunety, Dorota testuje odkurzony teleobiektyw x600. Tani, mało precyzyjny, nie do użytku w przypadku fotografii w ruchu, ale gdy chcemy sprawdzić, czy do fotografowania odległych obiektów statycznych się nadaje. Rezultat jest lepszy niż się spodziewałem – te łabędzie zostały “zdjęte” z odległości około 1000-1200 metrów!

Ze względu na trudność ostrzenia i czasochłonność nie dla mnie jednak taka zabawa. 

Zmieniamy miejsce. Ponoć na Stawie Rudym jest ścianka dla ptasiarzy, zza której też się dobrze obserwuje ptactwo.

Staw Rudy jest spuszczony, królują tu mewy śmieszki – są ich tysiące!

Próbuję wśród śmieszek odnaleźć inne gatunki mew, ale jest to trudne z tej odległości. Po przeciwnej stronie stawu raz udało mi się zobaczyć tylko dwie młode mewy białogłowe.

W dużej odległości od nas na płyciźnie oprócz mew widać również małe stadka różnych ptaków brodzących. Dominują bataliony. Ale są też nowe dla mnie gatunki: kwokacz, brodziec śniady, krwawodziób. Na zdjęciu nie widać, ale w lornetce było je widać wyraźnie.

Sąsiedni ptasiarz z lunetą podpowiedział, że widział również kulika wielkiego. Nawet wskazał przybliżone miejsce, ale mi się jednak nie udało go zobaczyć. Szkoda. Nieoczekiwanie z pobliskich krzewów odezwał się słowik rdzawy! Jeszcze niewiele ich do Polski przyleciało, tym większa to niespodzianka. A z odległego o 200 metrów lasu doleciał głos dudka. Oba gatunki to nowe zdobyczne do mojej rocznej listy. 

Kończymy wizytę. Dzień jeszcze młody, pomyślimy po drodze, co robić dalej.

Na nieornitologiczne zdjęcia Doroty z tej części wycieczki zapraszam do Galerii

Przenosimy kumaki

Wizyta nad Stawami Milickimi – część III.

Po śniadaniu i krótkiej przerwie ruszamy nad stawy ponownie. Tym razem samochodem – kierujemy się nad bogaty, według doniesień ptasiarzy, Staw Jamnik. Pierwszy przystanek robimy, gdy tylko widzimy taflę stawu. Stoi tam już inny samochód – mam nadzieję, że na linii brzegowej tłumu nie będzie. Przy samochodzie pojawił się jednak nie inny ptasiarz, ale dwóch umundurowanych strażników parku. Aż szkoda nie wykorzystać takiej okazji i nie porozmawiać o życiu stawów!

Starszy ze strażników – i szarżą i wiekiem – okazał się bardzo rozmowny, miły, dysponował ogromną wiedzą z życia Stawów Milickich, którą się chętnie dzielił. No i trochę rumcajsowato wyglądał, co tylko dodawało spotkaniu przyjemności.        

Zapytałem o ptaki, ale on natychmiast przeszedł na płazy. Bo to był właściwy powód jego wizyty w tym miejscu. Od wielu lat już Park organizuje akcję ratowania płazów przed ich rozjeżdżaniem na drodze pomiędzy lasem, gdzie zimują, a stawem, gdzie na wiosnę się rozmnażają. Znamy pewnie wszyscy ten widok: dziesiatki i setki metrów siatek rozciągniętych wzdłuż dróg. Takie siatki albo prowadzą do przepustu pod jezdnią, którym płazy same mogą sobie przejść, albo wpadają w specjalnie ustawione pułapki, z których trzeba je przenieść ręcznie. W tym miejscu Parku mamy do czynienia właśnie z tym drugim przypadkiem. W akcję włączone są dwie okoliczne szkoły, których uczniowie dwa razy dziennie przyjeżdżają, by wydobyć płazy z pułapek i przenieść je w rękach do wody. 

A że tych płazów do przenoszenie nie są tysiące, lecz raczej pojedyncze sztuki na dzień, frajda ta jest wręcz zarezerwowana dla uczniów.

Nasz Strażnik z przyjemnością i dla nas i dla niego wtajemniczył nas w cały proces.  Przeszliśmy razem wzdłuż siatki kilkadziesiąt metrów, zaglądając do każdej pułapki.

Te pułapki to zwyczajne pomarańczowe rury o średnicy około 20 cm wkopane w ziemię na 20-30cm tak, by ich górna krawędź licowała się z gruntem. Płazy w swej instynktownej nocnej podróży do wody natrafiają na siatkę i podążają wzdłuż niej aż do najbliższej pułapki. 

Zawartość dwóch z nich

W pierwszej i drugiej pułapce nie było nic. Zdaniem Strażnika ktoś był przed nami i wybrał już ich zawartość. Przez kolejną pułapkę przeszedłem również stwierdzając, że jest pusta. A to był błąd- Strażnika oko wyłapało w ziemnym dnie aż trzy żyjątka, których ja w ogóle nie dostrzegłem. To kumaki! Od góry tak się zlewają z ziemią, że bez znajomości tego stworzenia nie sposób  jest dostrzec. Ale za to od spodu, czyli na brzuchu, prezentuje się znakomicie. Na zdjęciu ten górny kumak spoczywa na łapach, ten dolny leży na grzbiecie wystawiając jaskrawy brzuch do potencjalnego drapieżcy. 

Te kolory i plamy w przyrodzie mają zwykle charakter ostrzeżenia przed substancjami trującymi – patrz muchomory. I tak też opisuje się w internecie kumaki nizinne, jako dysponujące trującym dla człowieka, a nawet dla samego kumaka, jadem. Coś z tą informacją jest jednak nie tak. Zdaniem Strażnika kumak niczego szczególnego nie wydziela i nie jest to trujące – on sam zbiera kumaki w niechronione niczym dłonie od dziesiątek lat, zachęca do tego dzieci od lat kilkunastu, więc i mnie bez większych trudności przekonał. Może trzeba takiego kumaka polizać, by trucizna odniosła skutek? 

Łącznie znaleźliśmy około dziesięciu kumaków ale za cichym przyzwoleniem Strażnika wolno mi było zabrać ze sobą tylko jednego, by nie rozczarować uczniów, którzy wkrótce mieli się tu pojawić.

Oczywiście nie na długo. Po przejściu całego pasa siatek wróciliśmy nad staw i tam kumaka uroczyście wypuściłem.

Radocha! 

Ale na koniec spotkania zrobiło się nam przykro. Rozpostarte na całej szerokości tylnej kanapy w samochodzie Strażnika leżało zwierzę. Nieżywe. Był to bóbr. Strażnik znalazł jego rozjechane truchło do drodze. Jego zdaniem był to młody samiec, który pewnie opuścił rodzinne żeremie i udał się w poszukiwaniu miejsca na założenie swojej rodziny. Nie dotarł.

Pierwszy raz widzę bobra z tak bliska – szkoda, że w takich okolicznościach. 

Pozdrawiam Pana Starszego Strażnika, jeśli tylko kiedyś dotrze na moje strony.

Świt na ścieżce przyrodniczej

Nasz pierwszy świt na Stawach Milickich. Prognoza niczego dobrego nie obiecywała i słowa dotrzymała: niebo zachmurzone, lekko mży. Nie ma jeszcze słońca, bo wstaliśmy przed wschodem, ale też i nie zanosi się, by miało się wkrótce pokazać. Są za to równie oczekiwane poranne mgły. 

Idziemy na spacer ścieżką przyrodniczą zaczynającą się niedaleko hotelu. Nie trzeba daleko jechać, pierwsze zdjęcia cykamy jeszcze przed 6 rano.

Ścieżka prowadzi groblami wokół kilku stawów. Robi się kilkukilometrowe koło – w sam raz by wrócić do hotelu na śniadanie, nie będąc ostatnimi gośćmi. 

Gdy dochodzimy do pierwszego stawu, trwa jeszcze niebieska godzina dodatkowo potęgowana mgłą.

Zwykle po niebieskiej godzinie, wraz ze wschodem słońca, następuje godzina złota. Ale nie dzisiaj – bez fajerwerków brzask przechodzi bezpośrednio w pochmurny dzień. 

Wiele stawów jest o tej porze roku bez wody, a więc i ptactwo na nich niewiele. Tym bardziej cieszy widok nawet tak pospolitych gęgaw wiodących już tegoroczny przychówek.

Gęgawa w locie

Większość ptaków jest jeszcze w fazie zalotów. Np. ta para perkozów dwuczubych i i pan i pani biorą równy udział w zalotach.

A u gągołów tylko pan gągoł musi się starać.

Ptaków na wodzie nie jest dużo. Tym łatwiej wśród nich wypatrzeć rzadsze gatunki. Rarytasem wręcz dla mnie jest podgorzałka – w tym roku raportowana na Dolnym Śląsku tylko kilkanaście razy. To moja pierwsza w tym roku – zdjęcie powiększone stąd rozmycie.

Nawet po takiej obserwacji widok pospolitej głowienki też cieszy.

Na spuszczonych stawach trwa nawapnianie

Po takim zabiegu stawy stają się żyźniejsze, ale ptactwo do obsypanego wapnem dna stawu się nie garną.

Jeden z nielicznych widzianych dziś przedstawicieli siewkowatych w środku kadru. Trudno oskarżyć go o parcie na szkło.

Zakreśliwszy pętlę, wracamy do Rudy Sułowskiej

Sezon kajakowy już wkrótce się rozpocznie.

Zajęte gniazdo bocianie we wsi

Patrząc na to zdjęcie, myślę sobie, że wolę bociany oglądać z nieco większej odległości.

Wycieczka trwała nieco krócej niż planowaliśmy – wykorzystuję chwilę, by zajrzeć jeszcze na stawy na zachód od wsi, gdzie na krótko zawitaliśmy wczorajszego wieczora.

Jest stadko głowienek

Samotny łabędź krzykliwy

Spacer kończę widokiem pleców bobra

Mimo niewielu obserwacji, było ciekawie. I choć na nogach jesteśmy już od czterech godzin, przed nami dopiero śniadanie a potem wycieczki na inne stawy.

Więcej zdjęć z porannego spaceru ścieżką przyrodniczą w Galerii – zapraszam.  

Na ptaki i ryby do Doliny Baryczy

Łącząc różne obowiązki, udaje nam się tym razem wpaść na Stawy Milickie aż na półtora dnia. “Aż”, bo parę tygodniu temu wygospodarowaliśmy tylko pół dnia. A prawdą jest, że odwiedzenie większości, nawet nie całości, kompleksu stawów wymagałoby tygodnia.

Już na trasie Przecznica-Wrocław dużo się dzieje – były bieliki (zdjęcie obok), błotniaki (zdjęcie poniżej) a nawet jeden rybołów. O ile dla zrobienia zdjęcia dwóm pierwszym udało mi się zatrzymać auto, to w przypadku rybołowa nie miałem koniecznego komfortu na drodze. A szkoda, bo rybołowa na zdjęciu jeszcze nie mam.

Poprzednim razem odwiedziliśmy stawy w okolicy Rudy Milickiej koło Milicza, tym razem zatrzymujemy się na dwa noclegi w Rudzie Sułowskiej koło Żmigrodu. Wyśmienita to baza wypadowa na kilka kompleksów stawów – część z nich jest dostępna pieszo, do paru innych trzeba podjechać samochodem zaledwie 15-20 minut. 

Zatrzymujemy się w hotelu Naturum – jak cały kompleks, należy on do spółki Stawy Milickie, której właścicielem jest Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego. Dzięki temu jest on dobrze wkomponowany w otoczenie – ładny, nie za duży, nastawiony na obsługę miłośników przyrody. Prywatny właściciel pewnie inaczej by to zorganizował niekoniecznie z korzyścią dla turystów.

Obok hotelu funkcjonuje restauracja z bogatą infrastrukturą wewnątrz budynku i na zewnątrz.  I turysta indywidualny i grupowy jest tu należycie obsłużony, nie przeszkadzając sobie nawzajem.  

Restauracja “8 ryb”.

I jej otoczenie

W menu potrawy z własnych ryb: karp, tołpyga, jesiotr i amur w wielu postaciach. Na obiad i na śniadanie. Można też zamówić mięsa i makarony, ale po co wtedy aż tu jechać?

Pierwszego dnia czasu mamy mało. Robimy tylko godzinny spacer główną drogą mijając kilka stawów. Mimo zmierzchu, słyszymy i widzimy sporo ptaków: w trzcinach hałasują potrzosy i rokitniczki, na wodzie najlepiej widoczne są łabędzie nieme, łyski i perkozy dwuczube, na łące pasą się jeszcze gęsi tundrowe i gęgawy, w powietrzu widzimy bielika, czaple siwe i jedną wronę siwą. Najciekawsze obserwacje zostały na koniec. Na najbliższym stawie pływał samotnie łabędź krzykliwy. Jeszcze miesiąc temu zrobiłby na mnie ogromne wrażenie, gdyby nie to, że to już kolejna obserwacja tego gatunku w tym roku – cieszy, ale już bez sensacji. Nowością była mewa czarnogłowa. W małym stadzie śmieszek pojedynczy osobnik już na pierwszy rzut oka wydawał się odmienny – zamiast brązowo-czekoladowego kaptura na głowie ta miał kaptur dłuższy i zdecydowanie czarny. To mewa czarnogłowa.

Okazji do fotografowania było niewiele – mżyło cały czas, szkoda moczyć sprzęt. Ta jedna tylko czapla miała szczęście załapać się na fotkę.   

Po pierwszym spacerze apetyt na kolejne dwa dni tylko wzrósł. Jutro pobudka o 5!

Świt na Witce

Wydłużający się dzień sprawia, że świt wypada coraz wcześniej i coraz trudniej się wybrać tak, by zdążyć na złotą poranną godzinę. Tym bardziej, gdy trzeba tam jeszcze dojechać. Ale do jesieni lepiej już nie będzie – wstajemy więc przed piątą rano, by kilkanaście minut po szóstej zameldować się na Zalewem Witka (Niedów) koło Zawidowa. Złota godzina tego dnia zaczyna się o 6:08, więc trwa już parę minut, gdy docieramy na miejsce. Dzień zapowiada się słoneczny i ciepły, choć o poranku chłodno jeszcze.

Samochodem moglibyśmy podjechać do samego punktu widokowego na skarpie, ale wolimy pozostawić samochód i hałas z dala od brzegu i pokonać ostatnie metry pieszo.

Takim widokiem wita nas świt nad Witką  

Jest pięknie, widoki wprost malarskie i to nie jak z serii “zachód słońca nad jeleniem”. Nawet jeśli nie miałbym dziś dopisać żadnego nowego gatunku do mojej listy rocznej, to już wiemy, że warto było wcześnie wstać. 

Unosząca się nad mokradłami mgła wygląda jak pożar łąki.

Moje zdjęcie dnia powstaje już na samym początku – ale przekonuję się o tym dopiero w domu, przeglądając dzienny urobek. Te kolory to nie efekt filtrów czy paintshopów –  tam naprawdę tak było przez pierwsze pół godziny.

Ptasio nie jest zbyt bogato, gdy już się w poprzednich miesiącach niemal wszystko policzyło. Ale i tak spodziewam się jednego do trzech nowych gatunków do listy rocznej. I już nie wodnych ptaków, lecz wiosennych migrantów, które spodziewam się zobaczyć albo w powietrzu albo w trzcinach czy nadbrzeżnych krzakach. 

Pierwszy nowy gatunek tego dnia był całkowitym zaskoczeniem. Obco brzmiący dźwięk brałem początkowo za odgłos pochodzący z linii wysokiego napięcia przechodzącej w pobliżu. Dopiero któreś kolejne pojawienie się brzęczenia uświadomiło mi, że źródłem musi być – nomen omen – brzęczka. Ptak trudny do wypatrzenia wśród trzcin, ale też trudny do przegapienia, gdy tylko się odezwie.

Para perkozów dwuczubych

Para perkozów w tańcu godowym. Można patrzeć bez końca.

Na bobrowym żeremiu straż pełni wrona siwa

Dwa samce krzyżówki

Łabędzie już wysiadują jaja

Perkozy mącące lustro wody

Nadleciały łabędzie nieme

Robi się coraz jaśniej, ginie ciepłe pomarańczowe światło. Staje się dzień.

Gdy wracamy do samochodu przelatuje nam nad głowami kania ruda. 

A chwilę po niej pojawia się również kania czarna – ciemniejsza i z mniej wciętym ogonem. Wyraźnie choć nie agresywnie czarna przeganiała rudą.  

W innym miejscu chyba ta sama ciągle para kontynuowała sprzeczkę. A w jeszcze innym miejscu widziałem kanię rudą znoszącą w dziobie patyki na budowę gniazda. Wiem, gdzie będę wypatrywał kaniej młodzieży w następnych miesiącach.  

Opuszczamy południowo-wschodnią część akwenu i jedziemy do magicznej wsi – do Spytkowa. Jest tam pomost wchodzący nieco w wodę, z którego zwykle widać kaczą zupę. Ale nie tym razem – poza kilkoma śmieszkami i perkozami pusto i na wodzie i w powietrzu.

Idąc przez wieś, widzę taką parkę: kulczyk i szczygieł. Niby jedna rodzina łuszczaków, ale jaj z tego nie będzie. 

Stąd już blisko do zapory. Zimą zamknięta, od pierwszego kwietnia jest możliwość przejścia po niej na drugą stronę. I to czynimy, ciesząc się możliwością robienia zdjęć z tamy.

Para pliszek siwych wybrały balustradę na tamie na miejsce randki 

Po brzęczce i kani czarnej do listy rocznej dochodzi piegża

Wielowarstwowy widok z wysokiego północnego brzegu zalewu

Trójka dymówek. Ale to nie te jaskółki moją wiosnę uczyniły – pierwsze w tym roku jaskółki, też dymówki, widziałem już ponad tydzień temu na Stawach Rębiszowskich. 

Wracamy nad brzeg zalewu. Niemal spod nóg wyskakuje jakiś bekasowaty – może kszyk, z którym spotkam się jeszcze później.

Czapla siwa szuka śniadania

Łabędzie niczym koraliki nanizane na sznurek

Ujęcie dnia – inną, jeszcze lepszą wersję tego kadru wrzuciłem do Galerii

Ze środka tego obrazka spogląda na mnie ptaszyna. Widać ją?

Teraz lepiej? To podróżniczka, czyli samica podróżnika. Nie pierwsza w tym roku, bo gatunek ten pojawił się już również na Rębiszowie. Samczyk również kręcił się w pobliżu, udało mi się i zobaczyć i usłyszeć, ale obiektyw nie nadążył. A szkoda, bo to piękny ptaszek.

Kapturka

Jeden z pobliskich stawów hodowlanych jest spuszczony, tworząc idealne środowisko dla ptaków siewkowatych. Np. dla brodźca piskliwego, kszyka czy samotnika. Ten ostatni na mocno powiększonym zdjęciu, bo wszystkie siewki to płochliwe bractwo.

Kszyk w locie – tym razem zdążyłem wycelować, a obiektyw całkiem przyzwoicie wyostrzył.

Mokradła to również dobre środowisko dla dzików.

Tak się maskujemy 

Po ponad trzech godzinach kończymy tę jedną z najlepszych naszych wycieczek. Tuż po świętach mamy w planach kolejne dwa świty, ale już gdzie indziej. Z pewnością będzie z tej wyprawy obszerna relacja – już zapraszam.

Więcej zdjęć Doroty w Galerii.   

Wrocław na sportowo i jazzowo

Przy okazji biznesów we Wrocławiu spędzamy tam dwa dni na sportowo, spacerowo i jazzowo.

Pierwszy raz od dawna przeżywamy sportowe emocje na żywo. Okazją jest turniej półfinałowy Mistrzostw Polski Juniorek Młodszych w siatkówce rozgrywany we Wrocławiu. Tak się składa, że i na boisku i na trybunach występuje rodzina.

Słoneczne popołudnie spędzamy w Parku Szczytnickim. Wiele lat temu były to najbliższe nam tereny spacerowe. 

Akcenty ukraińskie – liczne w całym Wrocławiu

W parku wiosna

Wczesny wieczór na wrocławskim Starym Mieście. Słońce jeszcze oświetla część Rynku.

Jeden z wrocławskich krasnali i jego cojones

Ponownie ukraińskie akcenty

A to już więcej niż akcent – głośna, choć niezbyt liczna demonstracja poparcia dla Ukrainy. Całe miasto wydaje się przygotowane i pozytywnie nastawione na Ukraińców.

Gdy słońce chowa się już za kamienicami, idziemy nad wodę w poszukiwaniu odpowiedniego światła. I znajdujemy je.

Złotem lukrowane?

Jak bardzo Wrocław zmienił się od czasu, gdy myśmy tu jeszcze mieszkali, najlepiej widać nad wodą właśnie. Odwrócone niegdyś plecami do Odry miasto, z rzeką się w końcu przeprosiło i życie nad rzeką przywróciło. 

Ptactwa na wodzie i nad wodą niewiele. Ot, taki pojedynczy żuraw

Stare miesza się na odrzańskich wyspach ze starym.

Przy takim świetle fotografie same się robią

Fotografka czy fotograficzka?

Która godzina? Złota godzina!

Długi przyjemny dzień kończymy grą w karty

Gdy niektórzy jeszcze śpią, a Wrocław dopiero myśli, czy pracować dzisiaj z domu czy z biura, ja idę sprawdzić, czy ptaki się już obudziły.

Dominują wrony siwe i grzywacze. Liczba tych ostatnich mnie zdumiewa.

Czy ten kopciuszek to wiosenny migrant czy może już zimujący u nas osobnik? Coraz więcej ptaków tego gatunku decyduje się spędzać zimę w Polsce, zwłaszcza w miastach i na terenach przemysłowych.  Pewnie wysokie budynki i kominy fabryczne góry mu przypominają, bo z terenów górskich właśnie kopciuszek się wywodzi.

Gdy już mam zawracać do hotelu, na wysokości Mostu Tumskiego widzę w wodzie szybko płynące zwierzę. Wystaje tylko kawałek głowy, więc jeszcze nie wiem co to jest i jak jest duże. Płynie z prądem rzeki, gdzie i ja powinienem iść – podążam więc za nim. Po chwili nasze szlaki mocno się zbliżają – to bóbr!

On rzeką, ja nabrzeżem każdy z nas wracał do siebie. On jednak miał bliżej – wyraźne ślady w skarpie Wyspy Słodowej wskazywały, że on jest już u siebie.

Jak to dzikie życie w centrum miasta może zaskoczyć!

O ile bóbr był niespodzianką dnia, fotograficznie to śmieszki wygrały ten poranek.  

To osobniki juwenilne, czyli młodociane, urodzone w zeszłym roku.

Moje najlepsze zdjęcie poranka: śmieszka w trzech fazach

Wieczór tego dnia spędzamy na jazzowo. Do NFMu zaprosił nas na jeden ze swych jubileuszowych koncertów Henryk Miśkiewicz. Ale nie tylko nas. W dość zróżnicowanym repertuarze wystąpiły – bez cienia przesady – gwiazdy naszej sceny: wokalistka i córka jubilata Dorota Miśkiewicz, poeta piosenki Adam Nowak (Raz Dwa Trzy), wirtuoz fortepianu Andrzej Jagodziński (dyskusyjna wariacja nokturnu Chopina), powracająca po długiej przerwie ku radości publiczności Ewa Bem i sam Jan Ptaszyn “Trzy Kwadranse Jazzu” Wróblewski. Ptaszyn wszedł na scenę w asyście, ale w saksofon dmuchał już sam. Publiczność oddała mu należny hołd na stojąco dwa razy: gdy kończył swój występ i na zakończenie całego koncertu.

Koncert prowadził inny mój radiowy ulubieniec – Marcin “Niedzielna Sjesta” Kydryński. Przy tak eklektycznym repertuarze jego zapowiedzi łączyły poszczególne utwory w spójną całość.

Miły wieczór zakończyliśmy tą samą grą w karty, co dzień wcześniej. Ale nową talią.

Na garść ładnych zdjęć Doroty zapraszam do Galerii.

Zamek Lenno i Pilchowice

Cisza przed burzą….

Gdy już zliczyło się większość gatunków ptaków dostępnych średniozaawansowanemu amatorowi ptasiarstwa na Dolnym Śląsku, gdy zimowe gatunki już od nas odlatują, a wiosenne dopiero zaczynają przybywać, trwa względna ptasia cisza. Względna, bo ptaków wokół sporo, ale to ciągle te same kilkadziesiąt gatunków widzianych zimą na co dzień.  Jest to tylko cisza przed burzą, która lada moment nastanie, gdy zaczną do nas zlatywać ptasi migranci w większych ilościach. Tę krótką ciszę można wykorzystać na całkiem nie ptasie wycieczki. Dziś Zamek Lenno i Zapora Pilchowicka.

Na wleńskim zamku jeszcze nie byliśmy. Kojarzył się z jeszcze jednymi ruinami na szczycie góry, jak na przykład Gryf. Miłe więc to było zaskoczenie, że po wdrapaniu się na szczyt od strony miasta, zobaczyliśmy zabudowaną okolicę. 

Góra Zamkowa znana jest z obficie ją porastającego czosnku niedźwiedziego.  

Najpierw docieramy pod kościołek – on sam i brama otaczającego go ogrodzenia niestety zamknięte.

Okolice pałacu

Najciekawszy fragment zabudowań w okolicy zamku to krótki odcinek uliczki, mogącej uchodzić za średniowieczną. Wąski wybrukowany chodnik, mur kamienny, łuk nad przejściem udającym bramę.

Ruiny zamku są dostępne do zwiedzania, ale jesteśmy za wcześnie i postanawiamy nie czekać. Schodzimy do Wlenia

W poszukiwania światłą i widoków jedziemy nad Zaporę Pilchowicką. 

Ptactwa nie ma się co spodziewać tutaj – lustro wody puste, ale z bogatą fakturą.

Najbardziej fotogeniczne część jeziora to stacyjka kolejowa i żelazny most. Tam idziemy na spacer.

Przy skromnej o tej porze roku i dnia palecie barw zdjęcia czarno-biały wyglądają znacznei lepiej.

Ten most był już skazany na zburzenie, ale w ostatniej chwili udało się go uratować poprzez wpisanie do rejestru zabytków. Ma teraz drugie życie, sporo ludzi zaciekawionych tą historią przyjeżdża tu właśnie dla niego. 

Kilka całkiem ładnych zdjęć więcej w Galerii

Wieczór na Kopie Czerniawskiej

Nasza kolejna, trzecia już, wycieczka pod hasłem Noc Sów. Przed zmierzchem wybieramy się na wieżę obserwacyjną na Kopie Czerniawskiej. Chronologicznie to pierwsza i najstarsza z wież świeradowskich. Dwie pozostałe to najnowsza wieża na Młynicy i nieco tylko od niej starsza wieża Sky Walk. Na tej pierwszej byliśmy całkiem niedawno, na tę ostatnią nie wybieramy się.

Celem wycieczki jest poszukiwanie sów i spojrzenie obiektywem na rozległe panoramy w świetle zachodzącego słońca. To pierwsze jest wątpliwe, to drugie wydaje się pewne, bo niebo bezchmurne. Samochód zostawiamy przy drodze z Czerniawy do granicy w miejscu, gdzie najłatwiej nam wejść na czarny szlak prowadzący na Kopę. 

Droga jest krótka, ale stroma. Już po paru minutach marszu otwiera się szeroka panorama w kierunku północnym, skąd przyszliśmy. W środku kadru widzimy kościół w Wolimierzu. 

Choć na dole od tygodnia trwa wiosna, od około 700m n.p.m. zaczynają się łachy śniegu.

Słońce jest już nisko, oświetla las niemal poziomo

Wkrótce zza ściany drzew wyłania się wieża obserwacyjna.

Miejsce wokół wieży jest dobrze zagospodarowane turystycznie i malowniczo położone.

Jeszcze przed wejściem na górę nasłuchujemy sów. Ale bezskutecznie. Jeszcze nie jest dość ciemno, więc i tak pewnie tylko sóweczka mogłaby być już aktywna. Ale i jej nie ma. 

Widok z wieży na południe – Stóg Izerski

Na wschodzie widzimy siostrzaną Wieżę na Młynicy. Taka duża i tak wysoko położona się wydawała, gdy na niej staliśmy.

Widok na północ – Pogórze Izerskie ponad Wolimierzem

Ponownie wywołujemy sowy i ponownie bez skutku.

Najwięcej dzieje się nad zachodnim horyzontem, choć słońce jeszcze nie zachodzi.

Gdzieś nad czeskimi Górami Izerskimi lub Górami Żytawskimi słońce idzie w końcu spać

Mimo długiego oczekiwania i wielu prób przywołania kilku gatunków sów, nie odzywa się żadna. Szkoda, ale wycieczka i tak udana, bo rzadko o tej porze dnia i w tak pięknym świetle po górach chodzimy.

Do samochodu wracamy już prawie po ciemku, choć na niebie wieczorny spektakl jeszcze trwa.

Więcej zdjęć w Galerii – zapraszam.

Wyprawa do Mordoru

Zmotywowani bardzo ciekawą Izerską Nocą Sów, sami postanowiliśmy poszukać puszczykowatych w innych miejscach, a przy okazji wykorzystać fotograficznie kolorowe zachody słońca. Ponieważ łów sowi się udał, a jeden z upolowanych gatunków jest bardzo rzadki, dokładnego celu naszej wyprawy zdradzać nie będę.  Sudetów i Pogórza Sudeckiego w każdym razie nie musieliśmy opuszczać.

Wyjechaliśmy z domu tak, by na miejsce dotrzeć o jasnym jeszcze zmierzchu – w końcu po raz pierwszy w te okolice jedziemy, a żadne szlaki tamtędy nie prowadzą.  

Jesteśmy jak zawsze dobrze zamaskowani. Oprócz Sani marki beagle – jej biel może nieco razić ptasie oczy, ale nadrabia to umiejętnością pozostawania w bezruchu przez długi czas.  Ma swoje lata.

Jesteśmy nieco za wcześnie, jest jeszcze zbyt jasno, więc czeka nas czekanie.

Wykorzystujemy czas na łapanie ciepłego, miękkiego światła.

I gry słońca z nocą

Po półgodzinie zaczyna się robić jeszcze bardziej interesująco

Widok na zachód: warstwy, warstwy, warstwy… Jak u cebuli.. Albo u Ogrów.

Obserwacje czy nasłuchy sów nie zapowiadają się dobrze. Jesteśmy nad czynnym kamieniołomem, który mimo wieczornych godzin nie przestaje pracować i ciągle głośno hałasuje.

Ale za to jakiż to widok. Tolkienowską fabrykę Uruk-hai można by tu kręcić bez zbędnych wydatków na scenografię.

Odchodzimy od kamieniołomu, by choć trochę oddalić się od źródła hałasu. Wabimy sóweczkę, która bardzo szybko odpowiada. Ale też szybko rezygnuje z zabawy. Wabimy więc włochatkę – tak jak sóweczka, to również rzadka sowa w Polsce, ale akurat w górach Dolnego Śląska dość często spotykana. Włochatka udaje, ze jej akurat nie ma w domu. W jej imieniu odpowiada… PUCHACZ! I choć na niego właśnie tu przyjechaliśmy, to nie śmiałem marzyć, że już za pierwszym razem go usłyszymy. Miał to być tylko wypad rozpoznawczy tak, by następnym razem już po ciemku wiedzieć, gdzie iść. A tu taka niespodzianka. To nasza największa sowa. W tym roku zaobserwowana i zaraportowana w bazie ornito.pl tylko w 14 miejscach w Polsce (z tego 3 lokalizacje na Dolnym Śląsku).

Nasz puchacz odezwał się wielokrotnie. O ile jego pierwsze huknięcia wydawały składać się z jednej tylko sylaby (co poddawałoby w wątpliwość, czy to naprawdę puchacz), to już kolejnych kilkanaście ma wyraźne dwie sylaby: dłuższe wznoszące huuu i krótkie opadające uh. Z niczym tego dźwięku pomylić nie sposób. Po sóweczce, włochatce, uszatce i puszczyku to nasza piąta sowa. O kolejne będzie trudno, ale spróbujemy jeszcze zapolować na płomykówkę i pójdźkę – sowy krajobrazu wiejskiego, które choć nielicznie, są odnotowywane na naszym terenie.

Schodzimy już prawie po ciemku.

Puchacz to mój sto dziesiąty gatunek ptasi w tym roku. Nieco okrągła liczba, ale co ważniejsze, jest to wyrównanie całorocznego wyniku z zeszłego roku. A zatem cel minimum na ten rok został osiągnięty i dokonał tego ptak nie byle jaki – puchacz. Duma, duma, duma…