Kategoria: Wycieczki

Przekopem Wisły

Po wycieczce rowerowej przez Ptasi Raj i porządnym śniadaniu wyruszamy samochodem na drugą stronę Wyspy Sobieszewskiej. Wczesnym popołudniem mamy zaplanowaną tam sporą atrakcję, a w międzyczasie idziemy na pieszą wędrówkę wzdłuż zachodniego brzegu Przekopu Wisły w stronę rezerwatu Mewia Łacha.

Przekop Wisły to dziś główne ujście tej rzeki do Bałtyku uczynione ludzką ręką pod koniec XIX wieku dla ochrony okolicznych miast i terenów przed częstymi powodziami. Niewyobrażalny był to projekt – głównie siłą ludzkich rąk i paru maszyn parowych przemieszczono  7 milionów metrów sześciennych ziemi wykupując rów o długości ponad 7 kilometrów, szerokości 250-400m chroniony wałami o wysokości 10m. 

Samochód zostawiamy koło portu w Świbnie i brzegiem tegoż xPrzekopu idziemy w kierunku morza.

Brzegiem prowadzi ścieżka, z której przez niemal cały widać rzekę i życie na niej. Dziś już spodziewam się nowości ptasich, więc dobrze wyposażeni w sprzęt idziemy. Rozglądam się raczej po wodzie i nad nią – wypatruję nowych gatunków blaszkodziobych, mew, rybitw i ewentualnie ptaków morskich. A tu niespodzianka: pierwsze spotkanie mamy z siewkowatymi żerującymi na linii brzegowej

Te dwa ptaki to dwa różne gatunki, co chyba dobrze na zdjęciu widać. Ten mniejszy biało-czarny to kamusznik – ani w tym, ani w poprzednich latach go nie widziałem. Ten drugi to batalion – już kilkukrotnie w tym roku przeze mnie obserwowany. Czyli do listy rocznej dopisuję “+1”. 

A propos listy – przyjeżdżając na Wyspę Sobieszewską mam 194 gatunki na mojej wielkorocznej liście. Wiem jakich i ilu gatunków mogę się spodziewać w ciągu najbliższych dni, ale z doświadczenia wiem, że faktycznie udaje się zobaczyć tylko część z nich. Zwłaszcza, że nie samymi ptakami człowiek żyje a okolica oferuje inne atrakcje. Skromny plan zakłada, że z pewnością liczbę dwustu gatunków przekroczę choćby padało i ptaki z balkonu bym tylko oglądał. Planu maksimum nawet nie robię – wszystko się może wydarzyć. Ale patrząc realnie, myślę, że około 15 nowych gatunków jest osiągalne. A odliczając właśnie widzianego kamusznika, już tylko 14. 

Po drugiej stronie ścieżki wśród trzcin stoi wieża obserwacyjna. Widać z niej niewielkie jeziorko – odpowiednie miejsce dla ptaków wodnych i trzcinolubnych. 

 

Im bliżej morza, tym więcej piasku pod nogami i właśnie owocujących krzewów dzikiej róży – to róża pomarszczona, Rosa rugosa. Owoce już w większości dojrzałe – nawet na surowo pyszne. Ile wina by z tego było….1

Mija nas wycieczka do Ujścia Wisły 

Mimo że ptaków dużo nie ma, fotograf ma ręce pełne roboty

Dochodzimy do końca Przekopu. Tu znajduje się zachodnia część rezerwatu Mewia Łacha.

Poza wyłączonym z ruchu turystycznego fragmentu plaży, rezerwat można zwiedzać piechotą, a można też obserwować z wieży. 

Dziś ograniczamy się do podziwiania widoków z góry, czas na spacer jeszcze nadejdzie.

A sporo z góry widać. Najbardziej rzucają się w oczy łachy piachu na otwartym morzu, na których coś się dzieje.

Na pierwszej odpoczywa około dwóch setek kormoranów i kilka mew. W tym mewa siodłata! +1 do listy. Dobre zdjęcie pokażę przy innej okazji.

Na drugiej łasze wylegują się…. foki! Nieco za daleko na dobre zdjęcie, ale przez lunetę widać je bardzo dobrze. Spora frajda je podglądać! 

Z wieży dobrze widać wschodnią część Mewiej Łachy

Po wschodniej betonowej kierownicy chodzą ludzie, choć obowiązuje tam zakaz wstępu. Corocznie do głębokiej wody wpada kilkanaście osób, i mają potem spory problem z wydostaniem się po stromym i śliskim betonie. Były i przypadki utonięć. 

W tamtą okolicę zawitamy w następnych dniach – tymczasem rzut oka z wieży na zachód na chronioną część rezerwatu.

Wewnętrzny staw utworzony przez piach jest prawdziwym rajem dla siewkowców. 

Port nad Wisłą Śmiałą w Gdańsku

Wracamy tą samą drogą. Ponownie spotykamy bataliona.

Ale pojawił się też i biegus rdzawy

Uwagę zwracają żółta obrączka, czerwona flaga i ledwo widoczna aluminiowa obrączka na nogach ptaka. Obrączki aluminiowe niosą ze sobą więcej informacji, ale do ich odczytania trzeba ptaka złapać. Flagi są większe i zawierając tylko krótki zwykle trzyznakowy kod – po jej kolorze, kodzie nadającym się do odczytania przez lornetkę lub lunetę i gatunku ptaka można jednoznacznie zidentyfikować osobnika.  Zebrane dane należy przesłać do Centrali Obrączkowania i po paru dniach otrzymuje się informacje o pochodzeniu ptaka, okoliczności jego zaobrączkowania i innych stwierdzeń tego osobnika. Wysłałem więc i czekam. Okazało się, że to świeżo zaobrączkowany biegus i informacje o jego zaobrączkowaniu jeszcze do Centrali nie dotarły. Czekam więc dalej. A biegus rdzawy to kolejny nowy gatunek na liście! Dobry plon z tak krótkiej wycieczki.

Na kilka więcej zdjęć Doroty zapraszam do Galerii

Ptasi Raj

Wpis ten rozpoczyna dłuższy cykl relacji z ponadtygodniowej wycieczki na Wyspę Sobieszewską i Mierzeję Wiślaną.

Cel wycieczki był wielorako-różnorodny: ptasi, rowerowy, krajoznawczy, itd. Najmniej albo wcale – odpoczynkowy. Pobyt na morzem podzieliliśmy na dwa nierówne odcinki: po kilka noclegów na Wyspie Sobieszewskiej i w Kątach Rybackich u samej nasady Mierzei Wiślanej.

Wyspa Sobieszewska, choć administracyjnie to część Gdańska, jest odcięta od stałego lądu wodami Wisły i Bałtyku i stanowi osobny świat. Od wschodu oddziela ją od Mikoszewa nurt Przekopu Wisły, od południa niemal stająca woda Martwej Wisły, a od zachodu – czyli od Gdańska – Wisła Śmiała.  Z lądem wyspa łączy się tylko jednym mostem w Sobieszewie oraz dzienną przeprawą promową w Świbnie. Zabudowania tych dwóch małych miejscowości zajmują tylko małą część wyspy – reszta to plaże, wydmy, las, pola i… dwa rezerwaty: Ptasi Raj oraz Mewia Łacha. Nie muszę więc tłumaczyć, dlaczego akurat tam się wybraliśmy.

Pierwsze parę noclegów mamy w Starej Wędzarni na terenie Górek Wschodnich. Polecamy to miejsce: uprzejma i pomocna obsługa, wyborne śniadania, widok z pokojów na Martwą Wisłę. I akceptacja psów – chyba wszyscy goście oprócz nas byli z psami. I na całej wyspie jakoś znacznie więcej psów widzieliśmy niż gdziekolwiek indziej. 

Budynek Starej Wędzarni – to faktycznie kiedyś była wędzarnia  

Inny podobny budynek w pobliżu – sporo musieli to kiedyś wędzić. Pewnie ryby. Ale niewiele z tradycji rybackiej w tym rejonie wybrzeża pozostało, więc i wędzić nie ma już co.

Ulica po sąsiedzku

Przy tej ulicy znajduje się Stacja Biologiczna Uniwersytetu Gdańskiego. A jeszcze bliżej nas, niecałe 100m od Starej Wędzarni, stoi nowy budynek Stacji Ornitologicznej PAN, czyli krajowej centrali obrączkowania ptaków. Czyli dobrze trafiliśmy…

Pierwszego dnia przyjeżdżamy na miejsce po południu – jest czas na obiad i pierwszą wycieczkę po najbliższej okolicy. Na obiad ryba – i tak będzie tu codziennie, choć z mieszanymi wrażeniami smakowymi. A ta najbliższa okolica to Ptasi Raj – rezerwat przyrody oddalony od naszego hotelu o niecały kilometr. Dawniej, gdy prowadzony był na terenie rezerwatu wypas bydła, był on domem licznych gatunków ptaków siewkowatych. Dziś wypasu już nie ma, łąki zostały zastąpione jeziorami, trzcinowiskami i lasem, więc i gatunki dziś inne – głównie takie, które już znam, więc akurat po tym miejscu nowości do mojej rocznej listy nie oczekuję.

Mimo to, jest to nadal wartościowe przyrodniczo miejsce i zobaczyć je trzeba.

Idąc przez las, dostrzegam taki oto znajomy widok

To budki ptasie typu “słonik” – eksperyment budowalno-ornitologiczny dobrze znanego mi tutejszego zawodowego ornitologa Kuby Typiaka prowadzącego na YT kanał “Ptasia Strefa”. Eksperyment ten polega na zrobieniu znacznie dłuższego kanału wlotowego do budki, by lepiej chronić ptaki i lęgi przed drapieżnikami. Oglądałem materiały na ten temat, więc widok tych budek w terenie tym bardziej cieszy.

Do wież obserwacyjnych na terenie rezerwatu dziś nie dochodzimy – nie spieszy nam się, będzie czas na to jutro. Ale za to bardzo nam się spieszy, by zobaczyć Bałtyk. I oto jest pierwszy widok na morze

 

I drugi

Kiedy ostatni raz nad naszym morzem razem byliśmy? Pewnie w czasach, gdy z małymi jeszcze dziećmi na wakacje jeździliśmy. 

Robi się ciemno – ostanie rzuty okiem komórki na “zasznięte” już słońce

Część drogi powrotnej pokonujemy wzdłuż Martwej Wisły. Widok z okolic hotelu na wschód, gdzie stoi całkiem nowy zwodzony Most Stulecia Odzyskania Niepodległości Polski – jedyna stała przeprawa na wyspę. 

Zaletą coraz dłuższych wieczorów jest możliwość/konieczność wcześniejszego pójścia spać, a tym samym wcześniejszego wstania. Jeszcze przed śniadaniem wskakujemy na rowery, by objechać Ptasi Raj. Tym razem, by dotrzeć do obydwu wież obserwacyjnych i ponownie złapać kontakt z Bałtykiem.

Pierwszy raz na rower tarabanię się z plecakiem, w którym jest lustrzanka z telezoomem i  luneta ze statywem. A na szyi lornetka. Dobrze, że głównie po płaskim mamy jechać.

Pół do siódmej meldujemy się pod pierwszą wieżą przy jeziorze Karaś. Wieżę postawiono na skraju lasu w widokiem na taflę jeziora. Tak było, gdy ją stawiono i widoki musiały być dobre. Niestety obrosła ona drzewami sięgającymi już dachu, a trzcina zarosła sporą część jeziora. Z punktu widzenia obserwacji ptactwa wieża jest bezużyteczna. 

To tłumaczy niewielką liczbę obserwacji ptasich robionych z tego miejsca w portalu ornitho.pl. Ptaki można dziś podziwiać już tylko z umieszczonych tam plansz. Ewentualnie zimą, gdy drzewa przez parę miesięcy bezlistne pozostają.

Do drugiej wieży stojącej na brzegu jeziora Ptasi Raj mniej niż kilometr, ale droga staje się dla rowerów coraz trudniejsza. Zwęża się, zarasta, a niedaleko wieży wręcz ginie i na ostatnie sto metrów spiesza nas. 

Wieża wydaje się lepiej ulokowana: brak wyższych drzew zapewnia rozległy widok na taflę jeziora. Tyle że na jeziorze w zasięgu strzału lornetką pustki. Rozkładam statyw i lunetę bez nadziei na cokolwiek, ale przecież właśnie na takie okazję lunetę kupowałem i po to ją tu dziś przytargałem. Łabędzie nieme, łyski, krzyżówki, gągoły, perkozy dwuczube,… – w dużej liczbie, ale różnorodność gatunkowa niewielka.

Jedziemy dalej oficjalnym szlakiem przez las, ale jeszcze mniej uczęszczanym. Coraz częściej rowery trzeba prowadzić. Gdy pod kołem roweru głośno pęka gałąź, z pobliskich krzewów wyskakuje duże zwierzę. Odbiega kawałek, zatrzymuje się i patrzy na mnie. 

Łoś

Dojeżdża Dorotka, wyciąga aparat, zmienia obiektyw… Trwa to chwilę, ale i łosiowi się nie spieszy. W międzyczasie widzę, że bykowi towarzysze klępa i dwa młode. Czyli wtargnęliśmy w sam środek rodzinnego śniadania

Z bezpiecznego dystansu łosie dają się fotografować: podchodzą, obchodzą, podpatrują. Aż w końcu i my i one mamy dosyć. Fajne spotkanie – tym bardziej, że nie umówione. Pierwszy i do dzisiaj jedyny raz łosie luzem nad Biebrzą już lata temu oglądaliśmy. Nie mam tylko jak tych łosi do ornitho.pl wpisać…

Docieramy do pasa wydm. Ciężko w piachu się rowery prowadzi

Port Wisła w Gdańsku już po drugiej stronie Wisły Śmiałej

Wracamy do Starej Wędzarni na śniadanie. Przejechaliśmy zaledwie 11km – na rozruch starczy. Będą jeszcze dużej bardziej wymagające wycieczki.

Nasza dzisiejsza trasa 

Kilka więcej widoków z plaży w wykonaniu Doroty w Galerii

Jazzowa wycieczka

Zaległa relacja z wczesnowrześniowej dwudniowej wycieczki do Wrocławia z licznymi przystankami w drodze powrotnej.

Bezpośrednim powodem wyjazdu był koncert Nigela Kennedy’ego we wrocławskim eNeFeMie – tym razem dał on tam występ pod intrygującym tytułem “Nigel Kennedy gra Jimmie’go Hendrixa”.  Znając Kennedy’ego z innych koncertów wiedzieliśmy, że utwory Hendrixa będą tylko pretekstem do zaprezentowania własnej interpretacji jego utworów. No i sam Nigel, jego sposób prowadzenia koncertów i utrzymywania kontaktu ze słuchaczami , są warte wycieczki. 

Jak zwykle w krótkich spodenkach i pełen młodzieńczego humoru – nie zachowuje się na swoje 66 lat. I dlatego ma tyluż zwolenników, co i przeciwników.

Koncert zaczynał się późnym wieczorem. NFM nocą

Przedkoncertowe popołudnie wykorzystaliśmy na zwiedzanie Wrocławia. Niby znamy to miasto na pamięć, ale ciągle da się tam robić i oglądać rzeczy nowe. Np. właśnie oddaną po kilkuletnim remoncie do użytku i zwiedzania Aulę Leopoldina.  Robi wrażenie.

Choć mocno zniszczona w czasie wojny, odrestaurowano ją zgodnie z licznymi zachowanymi zdjęciami i dokumentacją techniczną. Prawdziwe cudo – jedna z kilku najważniejszych atrakcji Wrocławia.

Jednym z fundatorów i patronów samej auli i całego uniwersytetu był Johann Anton Gotthard von Schaffgotsch (1675-1742) z “naszych” cieplickich Schaffgotschów. Zasłużył sobie na wielkie popiersie nad wejściem głównym vis a vis habsburskiego cesarza. 

Wrocławski krasnal stojący tuż przy Instytucie Filologii ma dziwnie znajome rysy i mowę ciała

Solpol w trakcie jakże zasłużonej rozbiórki. Może druga próba wypełnienia tej dziury w zabudowie ulicy Świdnickiej będzie bardziej udana.

Krótka popołudniowa wycieczka katamaranem po Odrze. 

Porównując do czasów, gdy lata temu byliśmy mieszkańcami tego miasta, widzimy oczywiście sporo różnic: Wrocław cały czas szybko się rozwija i pięknieje. Ale to właśnie sposób zagospodarowania nabrzeża jest największą zmianą – rzekę przywrócono miastu.

Jedna rzecz we Wrocławiu jest ciągle taka sama: system komunikacji. Korki, długie czasy przejazdów, ponoć najwolniej w Polsce jeżdżące tramwaje, kolizyjne krzyżowanie się ruchu samochodowego i tramwajowego… Nie lubię tam wjeżdżać samochodem, a komunikacja miejsca jest wolna – pozostaje chodzenie.  

Powolny powrót do domu dnia następnego. Zahaczamy o Zalew Mietkowski, by sprawdzić, czy aby na pewno nic ciekawego ptasio tam się nie dzieje. Nie działo się, ale odkryliśmy nowe ścieżki i miejsca, które przydadzą się przy kolejnych wyprawach.

Potem Zbiornik Słup koło Jawora. Tu też jeszcze względna ptasia cisza – trochę krzyżówek, śmieszek i mew białogłowych.  

Wieje silny wiatr – idealne warunki dla kite surferów

Przerwa na kawę wypadła w Jaworze. Od dawna planowaliśmy tu wpaść głównie ze względu na jeden z dwóch Kościołów Pokoju. W Świdnicy już byliśmy i tamtejsza świątynia zrobiła na nas spore wrażenie. Niczego innego po Jaworze nie oczekiwaliśmy i nie zawiedliśmy się.  

W tym kościele również trwa remont – ze względu na ograniczone fundusze rozłożony na długie lata. Z zewnątrz prezentuje się pysznie – elewacje już chyba w całości zrobione. Wnętrza częściowo odnowione a już piękne.

Na dowód, że tu byłem

Chciałoby się napisać więcej o Kościele Pokoju i samym Jaworze, bo to ciekawe miejsca. Ale materiału zdjęciowego i emocjonalnego z innych wycieczek sporo się nazbierało…. 

Lubuskie winobranie

Kilkukrotnie przejeżdżając przez Lubuskie kierownica sama chciała skręcać tam, gdzie znaki mówiły “Winnica”. Raz nawet zatrzymaliśmy się w trasie w tym czy innym miejscu, ale  nieco głębszą eksplorację zostawiliśmy sobie na czas lubuskiego winobrania. A to właśnie teraz!

Jedziemy więc na spotkanie tego pana

Logistycznie plan słaby – wycieczka jednodniowa, ponad pięć godzin jazdy samochodem w tę i we w tę, tylko parę godzin na miejscu. No i w związku z tym z możliwością próbkowania napojów słabo.

Centrum obchodów znajduje się w zielonogórskim rynku. Przyjeżdżamy tam po dziesiątej rano – tuż po otwarciu kolejnego dnia bachanaliów. Na straganach nie tylko wino – dużo innych produktów lokalnych i staroci. My jednak zwracamy uwagę głównie na wyroby współcześnie butelkowane. 

Powyższy obrazek jest jednak mało reprezentatywny – są na nim wyłącznie fermentowane napoje winiarskie, czyli produkty winopodobne. Po ludzku mówiąc: wina z owoców innych niż winogrona. Bo słowo “wino” oznacza wyłącznie produkt fermentacji winogron.

Co ciekawe – na straganie odnajduję te same typy “win”, w które i ja się bawię: “wino” jarzębinowe, z aronii, z owoców i kwiatów czarnego bzu, dzikiej róży, jabłek, czereśni, śliwek, gruszek itd. Jagodowego jeszcze tylko nie robiłem. I pewnie nie zrobię – szkoda pierogów by było. Z wymienionych wyżej owoców zdecydowanie najlepsze moje wino to czarny bez (owoce) rocznik 2019. 

Tak jak Wrocław ma krasnalem tak Zielona Góra ma w mieście kilkadziesiąt pewnie miniaturek Bachusa

Dla równowagi jest tu też pomnik świętego – a konkretnie Świętego Urbana: patrona wina, winorośli i Zielonej Góry. 

Nie ma jeszcze południa, z oglądaniem etykiet winnych jeszcze czekamy, a w międzyczasie szukamy miejsca na wczesną kawę. I taki ornitologiczny akcent się trafił 

Choć nie tam tę kaw(f)kę spożyliśmy…

Tradycje winne w Lubskiem są stare, głęboko średniowieczne. Z dawnych czasów wywodzą się piwnice pod staromiejskimi kamienicami, w których przechowywano wino. Ponoć jest ich ponad setka w mieście. My odwiedzamy trzy.

Restauracja Bachus w ratuszu

Tylko w tym jednym miejscu odnajdujemy winną metaforę

Wypada ona słabo, bo pamiętamy jeszcze dobrze liczne inteligentne i zabawne zarazem metafory z Gruzji, np. takie

Jest więc jeszcze nieco do nadrobienia w zakresie kultury okołowinnej w Polsce, ale nie ma co narzekać – gdzie w Europie na wschód od Łaby i na północ od Dunaju takie rzeczy się jeszcze dzieją?  

Odwiedzamy pierwszą piwnicę na Kupieckiej – bardzo piwniczny klimat: cegła, wilgoć, w powietrzu czuć drożdże, moszcz i jego fermentację. Tu próbujemy pierwszego dziś wina w dawce homeopatycznej podzielonej na dwa. Wino takie sobie, ale otoczenie nadrabia..  

Piwnica na Grottgera – tu próbujemy pierwsze dobre wino i natychmiast je kupujemy: Chardonnay z winnicy Aris. 

Do jednej z największych piwnic podjeżdżamy już samochodem, ale nie przyjmuje ona dziś gości. A szkoda – to tu Seidel vel Seydel, jeden z największych zielonogórskich winiarzy na przełomie XIX i XX wieku, miał swój skład. 

Jedziemy poza miasto – kierunek Zabór. W tej małej miejscowości znajduje się samorządowy ośrodek Lubuskie Centrum Winiarstwa. Sami win nie produkują, ale gromadzą najlepszych winiarzy regionu i edukują następne pokolenia.  

Choć za winem tu przyjechaliśmy, czegoś takiego nam na szczęście nie zrobili

W pobliskim Łazie znajduje się jedna z ciekawszych winnic – Winnica Miłosz. Ładnie położona wśród niewysokich pagórków. Spora drewniana chata kryta strzechą i otoczona winoroślą dobrze wpasowuje się w krajobraz    

Grona już dochodzą

Większość winnic zamknięta, bo ich właściciele są dziś na zielonogórskim rynku. Zostaje nam spacer. A lokalne wina kupujemy w sklepiku – próbować nie można, ale za to wybór duży w jednym miejscu.

Już opuszczając region, raz jeszcze zatrzymujemy się pod lokalną winnicą – to Winnica Kinga. 

Gospodarze zajęci – spodziewają się umówionego autokaru z miłośnikami wina, a my tak bez uprzedzenia. Poświęcają nam jednak parę chwil. Próbujemy ich białe wina i parkę butelek na wynos kupujemy. 

Ruszamy do domu – rychło w czas, bo nad Lubuskie nadciągnął właśnie cyklon Peggy. 

Sztolpiską Szosą na Orzesznik

Mając polską część Gór Izerskich i Karkonoszy pod nosem, nie eksplorowaliśmy dotąd czeskiej strony tych pasm.  Nie licząc tych kilku okazji, gdy idąc głównie polskimi szlakami, część wycieczki wchodziła nam na krótko do Czech. Stopniowo planujemy to zmienić i z czeskich gór uczynić główny cel następnych wycieczek.

Już parę tygodni temu podjechaliśmy na krótki tylko rekonesans to Hejnic. Był to tylko krótki wypad na kawę i spacer po miejscowości. Zmierzyliśmy się wtedy wzrokiem z Orzesznikiem (cz. Ořešník) i poczuliśmy, że spodobaliśmy się sobie. Ostatniego dnia sierpnia wybraliśmy się zatem już do Hejnic ponownie na kilkugodzinną już wycieczkę na Orzecznik właśnie.

Z Hejnic na skały jest blisko – najkrótszym czerwonym szlakiem to tylko około trzech kilometrów w jedną stronę z różnicą poziomów prawie 400m. By lepiej poznać okolicę do Orzesznika zdecydowaliśmy się dojść dłuższym szlakiem wiodącym Szosą Sztolpiską (cz. Štolpišská silnice). Idzie ona wzdłuż górskiego potoku Wielki Stolpich (Velký Štolpich).

Początkowo ta leśna droga jest niczym autostrada  

Idziemy przez ciemny bukowy las. Jest to część rezerwatu Izerskie Buczyny wpisanego na listę dziedzictwa UNESCO. Jakoś lepiej Czesi chronią i promują swoją przyrodę, co jednocześnie nie przeszkadza im z niej aktywnie korzystać. 

Atrakcją tej części wycieczki są liczne vodopady, czyli wodospady po naszemu mówiąc. Stąd i wycieczka nam się wydłużyła, bo zdjęć trzeba było napstrykać. Ja tylko komórką, stąd trochę marna jakość czasami. 

Próbka ładniejszych zdjęć

Na wysokiej skale kilka metrów nad ziemią znajduje się tablica upamiętniająca Cesarzową austriacką Elżbietę Bawarską zwaną pieszczotliwie Sisi. Już w 1900 roku upamiętniono w ten sposób jej tragiczną śmierć w zamachu sprzed dwóch lat. 

Zadziwiająca siła natury – te dwa drzewa wyrosły na nagiej skale, czerpiąc życiodajną wodę i składniki odżywcze chyba z wilgoci w powietrzu. 

Szeroka i wygodna dotąd droga zmienia się. Szlak zielony zmieniamy na żółty. I nadal się wspinamy pod w miarę stałym nachyleniem około 14%

Kanion wyrzeźbiony przez lata górskim potokiem też się zawęża.  Przeciwległa ściana wąwozu już blisko

Tam gdzie droga przechodzi nad Wielkim Sztolpichem, usypano szeroki wał i zabezpieczono szlak blokami kamiennymi. Było to w 1891r. i jak na tamtejsze czasy droga Hejnice-Smedava, którą dotąd podążaliśmy, była sporym osiągnięciem budownictwa drogowego w górach. 

Po naszemu powiedzielibyśmy, że to konstrukcja poniemiecka, albo że za Niemca zrobiona. Ale po tej stronie gór to było Cesarstwo. Czyli jak Czesi o tych czasach mówią? Za Cesarstwa? Za Habsburgów? Bo nie za Austriaka, chyba…

Dzięki dużej wilgotności życie na skałach kwitnie  

Zmiana szlaku na czerwony oznacza koniec wspinaczki. 

Pokonaliśmy w pionie nieco ponad 400m. Aż do Orzesznika będziemy trawersować grzbiet bukowym lasem na wysokości około 800m n.p.m.  

Orzesznik to naga skała wystająca ponad poziom szybciej wietrzejącego gruntu. Bo czeskie Izery to głównie granit, który wietrzeje wolniej niż nasze granitognejsy. Stąd i ukształtowanie polskich i czeskich Gór Izerskich jest tak odmienne – u nas dominują obłe kopuły, w Czechach strome skały.

U stóp Orzesznika – widok robi wrażenie

Jest na tyle stromo, że nie tylko barierki są potrzebne, ale i stalowe stopnie

Krzyż na szczycie skały. Postawili go w 1813 roku Franciszkanie z klasztoru w Hejnicach 

Hejnice u naszych stóp

Po lewej stronie widok na sąsiednią skałę. 

Mimo chmur z prawej strony widać było Smrek i wieżę obserwacyjną na jego szczycie.

Zejście z Orzesznika z powrotem do miasteczka było już trochę nudne, ale za to szybkie. Dobrze, że wspinaliśmy się inną drogą. Tylko raz otworzył się szerszy widok w tył na skałę, z której dopiero co zeszliśmy.

Nieco tylko spóźniona południowa kawa w Hejnicach 

Więcej zdjęć w Galerii – zapraszam.

Dramatyczne krajobrazy

Korzystając z krótkiej przerwy w opadach, jedziemy zobaczyć, jak się ma ptactwo na Stawach Sobieszowskich i jak tam wygląda zachód słońca.

Jeszcze dzień. Dźwigamy sporo sprzętu tym razem, choć obciążenie nie wydaje się równo rozłożone

Na ptaki nie liczę, choć co się da, to policzę. Część sobieszowska stawów jest mniej dla ptaków atrakcyjna, a i pora roku nie ta. Pierwszy rzut oka – na wodzie kilkanaście łabędzi, kilkadziesiąt krzyżówek, pojedyncze łyski i czernice, w powietrzu dymówki i szpaki. Czyli nudy. Ale nie szkodzi – wystarczy, by poćwiczyć z nową zabawką

Wkrótce, na kilkadziesiąt minut przed zachodem, zaczyna się spektakl natury i te same ptaki nie wyglądają już tak samo

Woda, góry, mgły i zachód słońca jednocześnie. I dobra fotografka dla ich uwiecznienia

Dramatyczny krajobraz niczym z dziewiętnastowiecznego malarstwa karkonoskiego. I czapla siwa.

Takiego zdjęcia ta pani błotniakowa z pewnością wcześniej nie miała

Z daleka widziałem duże stado szpaków lądujące nad dalszym stawem. Gdy tam po paru minutach dochodzimy, najpierw słychać z trzcin głośny szczebiot, a po chwili wystraszone naszą obecnością szpaki zrywają się do lotu. Szum setek par skrzydeł!

Zawracamy, gdy światło słabnie. Żegna nas stado żurawi i ich klangor

W drodze do domu… Światła już prawie nie ma, ale góry i mgły pozostały  

Jeszcze więcej jeszcze bardziej dramatycznych zdjęć z wycieczki w Galerii.

W słoneczniki zaplątani

Na Stawach Rębiszowskich ptasio mało się teraz dzieje – cicho i spokojnie. Usamodzielniają się ostatnie podloty – jeszcze karmione czy wodzone przez rodziców, ale lada moment staną się ptasią młodzieżą. Zaczęły się już od loty – z ptaków, które codziennie latem obserwowałem w Przecznicy i okolicy, zniknęły jerzyki. Sejmikują już bociany, a wieści ornitologiczne mówią, że część już z kraju wyleciała. Ptaki innych gatunków też już zbijają się w duże stada – kilkukrotnie widzieliśmy w pobliżu większych zbiorników wodnych kilkutysięczne stada szpaków; na co dzień przy naszym najwyższym jaworze i na dach zbierają się idące w małe setki dymówki i oknówki. Dominują w nich osobniki tegoroczne – ćwiczą skrzydła przed długim lotem.

Nieliczne ptasie zdjęcia znad stawów – to chyba młody potrzos

Młody trzcinniczek?

Wilga

Ten jeden staw wybrały sobie jaskółki – było ich tam kilka setek muskających taflę. Chyba piły wodę, a może owady znad wody zbierały.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na bardzo fotogenicznym polu słoneczników zmieszanych z ostem. Chyba te pierwsze tylko wysiane celowe…? 

Fotografka w szkodę weszła…

Więcej ładnych zdjęć Doroty w Galerii – zapraszamy!

Z Okraju na Śnieżkę w deszczu i mgle

Pierwszy raz od wielu lat postanawiamy wejść na Śnieżkę. Nieoczywista to decyzja była, bo w szczycie sezonu letniego okolice Karpacza i Śnieżki to najbardziej zatłoczone miejsce w Karkonoszach. I to nie turyści ten tłum stanowią, a wczasowicze. Na wycieczkę wybraliśmy więc pochmurny dzień z możliwością małych opadów, licząc, że zła pogoda ostudzi nieco zapał wczasowiczów. Z tego samego powodu decydujemy się wejść na Śnieżkę od Przełęczy Okraj – dawno nas tam nie było a i turystów tędy zawsze chodziło mniej.

Długa droga na Okraj, ale świeżo po remoncie nawierzchni – ostro pod górę ale przyjemniej się jedzie niż kiedyś. Główny Szlak Sudecki przebiega blisko parkingu – stąd na szczyt mamy niecałe trzy godziny. Jeśli zdrowie i pogoda dopiszą, w drodze powrotnej przejdziemy innymi dłuższymi szlakami.    

Jeszcze nie pada, ale widoczność już mocno chmurami i mgłą ograniczona.  

Z Przełęczy Okraj do Sowiej Przełęczy idziemy lasem lekko tylko wspinając się. Widoki z rzadka się tylko otwierają a i one ani rozległe, ani wyraźne

Tuż za Sowią Przełęczą jest jedyne w drodze na Śnieżkę schronisko – Jelenka po czeskiej stronie.

Stąd zaczyna się ostrzejsze wspinanie. Szybko nachylenie sięga 20% i trzeba czasem odpocząć.

Kamienne kopczyki są wszędzie

Zamiast zostawiać w górach torebki, puszki, butelki, maseczki i chusteczki już lepiej postawić taki kopczyk, nawet jeśli już poza znakiem “tu byłem” nic on nie znaczy. Dawniej w Himalajach stawiano takie piramidki dla oznaczenia nowych szlaków.

Zaczynają się schody – nachylenie na tym odcinku sięga miejscami 40%

Zaczyna padać – przewidzieliśmy to, biorąc ze sobą pałatki. Bardzo niekomfortowo się w nich idzie, bo ciało nie oddycha, ale i tak lepiej niż moknąć od deszczu. 

Co ciekawe, zdecydowana większość turystów mijanych po drodze też jakąś odzież przeciwdeszczową ze sobą miała. Tylko jedna bardzo lekko ubrana pani szybko zawróciła, bo nic ani na te temperatury, wiatr i deszcze nie miała. Wczasowiczka to z pewnością była.

Tyczki giną we mgle. Zimą giną niemal całkowicie pod śniegiem.

Czarnym Grzbietem dochodzimy do miejsca, gdzie nasz szlak łączy się ze spiralną drogą z Równi na Śnieżkę. To znaczy, że jest już blisko, pewnie stoimy już pod talerzami, ale nie sposób nic dostrzec.

Szczyt Śnieżki pojawił nam się nagle. Tyle trzeba było wysiłku włożyć, by z tak bliska Śnieżki nie zobaczyć

Sporo osób na szczycie – zaskakująco sporo. Tym bardziej, że schronisko w talerzach ciągle – na stałe? – nieczynne, więc nie ma gdzie się schować, ogrzać i płynów wymienić.

Krótka wizyta w Kaplicy Świętego Wawrzyńca. Zaledwie trzy dni temu odbyła się w tej barokowej świątyni coroczna msza

Decydujemy się zejść czeską stroną. Początkowo wzdłuż kolejki gondolowej Pec-Śnieżka.

Przy górnej stacji kolejki jest bar. Zatrzymujemy się w nim na kawę, ciacho i by nieco przeschnąć. Dowód na to, że tam byliśmy.

Wagoniki wyłaniają się z mgły i w niej giną

Zejście początkowo jest bardzo strome a kamienie mokre. Niekomfortowo, a nawet nieco niebezpiecznie.

Ale dzięki tej stromiźmie dużą część różnicy wysokości w drodze powrotnej mamy szybko za sobą. Trawersujemy Czarny Grzbiet w drodze na Sowią Przełęcz. Ale za łatwo też nie jest – trasa biegnie gołoborzami

albo wąskimi przesmykami między kosodrzewiną, po jej konarach i korzeniach.

Jedynym znaczącym punktem na tym szlaku jest tabliczka upamiętniająca katastrofę niemieckiego samolotu i jego załogi w ostatnich miesiącach Drugiej Wojny. Do dziś leżą tu szczątki maszyny.

Przy Jelence nasz szlak spotyka się na moment z drogą, którą parę godzin temu wchodziliśmy. Nie wracamy bezpośrednio na Okraj, lecz pozostajemy po stronie czeskiej, idąc szlakiem prowadzącym do Malej Upy. Rozpogadza się.

Czeska strona granicy jest znacznie lepiej turystycznie zagospodarowana. Liczne pensjonaty, kilka restauracji i infrastruktura narciarska przyciągają wielu turystów z obu stron szlabanu. Na obiad wybieramy restaurację Trautenberk, przy której działa mały browar ważący piwa o ten samej nazwie. Polecam czternastaka!

Więcej zdjęć w Galerii.

Pół Karkonoszy z buta

Od kiedy wróciliśmy w nasze rodzinne strony parę lat temu wisiało nad nami pragnienie powtórnego przejścia “naszej” części Karkonoszy. “Naszej”, czyli liczonej od Śnieżki do Szrenicy.  “Powtórnego”, bo za młodu już raz to zrobiliśmy.  

Zaczynamy o 9 rano, gdy tylko rusza wyciąg z Karpacza na Kopę. Tym razem ani Śnieżka, ani Dom Śląski nas nie interesują, ale popatrzeć warto. Dom Śląski na Równi i sama Śnieżka

Choć tak blisko, na Śnieżkę nie wchodzimy. Mamy inne plany, a Śnieżka na nas poczeka. Jeszcze się nie zdarzyło, by na kogoś nie poczekała. 

Gdy poprzednim razem tu byliśmy zaledwie parę dni temu, zrobiłem serię zdjęć trójce krzyżodziobów świerkowych, ale karta pamięci zawiodła i zdjęcia przepadły. Wiedziałem więc, że na Równi pod Śnieżką mogę się ich spodziewać – i nie zawiodłem się. 

Mogłem nieco przymknąć przysłonę i wydłużyć czas dla lepszej ekspozycji, ale z ptakami już tak jest, że nigdy nie ma dość czasu. Wartość dokumentacyjna fotografii jest dla mnie ważniejsza niż wyrafinowanie artystyczne.

Na Równi – trochę w dół, trochę w górę, głównie płasko

Poprzednim razem zeszliśmy z Głównego Grzbietu przez Strzechę do Samotni. Tym razem oglądamy Kotły Małego i Wielkiego Stawu z grani – jedne z najpiękniejszych widoków Karkonoszy. 

Stąd widok na Wschodnie Karkonosze i… Ślężę. Trzeba się tylko dobrze przyjrzeć ostatniej warstwie. Nigdy wcześniej nie widziałem Ślęży z tak daleka. W linii prostej to jakieś 70-80 kilometrów. 

Tłoku przy Samotni jeszcze nie ma. Jest parę minut po 10 rano – ani ci z dołu idący z Karpacza, ani ci z góry idący z górnej stacji wyciągu jeszcze nie zdążyli tam dojść. 

Wspinamy się – trawersujemy Smogornię i Małego Szyszaka

Ptactwo dziś nie dopisuje. Tym bardziej cieszy widok kopciuszka, który wydaje się być równie zainteresowany mną, co ja nim.

Zadziwiająca jest plastyczność tego gatunku. Ze skalistych gór się wziął, obecnie zasiedla krajobraz przemysłowy i wiejski, coraz więcej kopciuszków zostaje u nas na zimę. Lęgi na wysokości 1300 m n.p.m. wydają się być jednak ekstremalnym osiągnięciem.

Nad Kotłem Wielkiego Stawu stało kiedyś schronisko – jedno z nielicznych na Śląskim Grzbiecie z takim widokiem. Niestety spłonęło tuż po wojnie. Tu stało

Nasz następny cel – Słoneczniki. Te ostańcowe skałki mówią nam jak bardzo erozja nadgryzła góry 

A poniżej Pielgrzymy i paskudny krajobraz przy Zbiorniku Sosnówka 

Rozpowszechnia się zwyczaj budowania w górach małych kamiennych bałwanków. Czasami nawet całkiem ładnie wpisują się w krajobraz. Więc i ja czasem je stawiam, choć nie wiem po co 

Karkonoski Sfinks? 

Chyba na Ptasich Kamieniach to zdjęcie zostało mi zrobione

Mamy trzy kilometry i niecałą godzinę do Przełęczy Karkonoskiej. 

Mały Szyszak – jak i wiele innych karkonoskich kulminacji, szlak omija sam szczyt. Ledwo widoczne białe słupki pokazują przebieg granicy

Zanim zobaczymy Przełęcz Karkonoską widzimy już przeciwległe wzniesienie ze schroniskiem Petrovka po czeskiej stronie. Wkrótce tamtędy będziemy szli. 

Już widać Spindlerovą Boudę

Schodzimy do Odrodzenia na południową kawę i słodkie  

Dowód wizyty w schronisku

Materiał, na którym pieczątkę zrobiłem, nieco pomięty i znoszony.

Po kawie idziemy do sąsiedniego czeskiego schroniska dla zaspokojenia pragnienia. Choć nazwa schronisko już nie bardzo przystaje do tego obiektu – to całkiem przyzwoitej klasy górski hotel z różnorodną ofertą i restauracją. Duży kontrast w porównaniu z bardzo minimalistycznymi schroniskami petetekowskimi po polskiej stronie. 

Czasami w górę, czasami w dół

Rzut okiem wstecz na Odrodzenie pod Małym Szyszakiem

Pisałem już kiedyś o tych słupkach granicznych? Pewnie tak, ale co szkodzi powtórzyć się.

Stoją one na dużej części naszej południowej granicy. Z jednej strony mają wyryte litery CS, z drugiej D. Bo to od 1918 roku czechosłowacko-niemiecka granica była. Po aneksji Sudetów w 1938 roku granica ta stała się nic nie znaczącą wewnętrzną granicą pomiędzy dwoma niemieckimi prowincjami Czech (od 1939 Protektoratu Czech i Moraw) i Dolnego Śląska.  Siłą rzeczy literki CS się zdezaktualizowały. Słupków jednak nie zmieniono  – ważniejsze rzeczy Rzesza miała na głowie.  

 
 

Z kolei po 1945 zdezaktualizowała się literka D. Łatwo ją było jednak przerobić na polskie P poprzez przedłużenie pionowej kreski. Wróciło natomiast znaczenie literek CS – dobrze się stało, że nikt pospiesznie w 1938 ich nie przerobił. Eile mit Weile mówi stare niemieckie przysłowie.

W 1992 roku zniknęła z mapy w całkiem aksamitny sposób Czechosłowacja. Znaku CS nie dało się już tak elegancko zmienić, jak to uczyniono wcześniej z literką D po północnej stronie. Nie likwidując trwale wyrytych znaków CS i D, zamalowano je na biało a czarną farbą domalowano literki C i P. A słupek stoi tam jak stał i myśli sobie, kiedy i jakie zmiany czas jeszcze przyniesie.   

Przypomina mi to inne słupki graniczne w innych górach: lata temu, wchodząc na Howerlę – najwyższą górę Ukrainy w Karpatach – również szliśmy przez jakiś czas wzdłuż słupków ze znakami P i CS. Tam granice Drugiej RP sięgały.

Przez Wielkiego Szyszaka pierwszy widok na Kotły  

Spośród kilku zaledwie gatunków na tej wysokości najliczniejsze były pierwiosnki i pustułki

Na krawędzi kotła

Kwitną wrzosy, w uszach aż szumi od bzyczenia pszczół, trzmieli innych owadów.

Jak nisko fotograf może upaść dla jednej dobrej klatki

Moje ćwiczenia z głębią ostrości. Całkiem udane, uważam.

Odpoczywany chwilę w skałkach przy przekaźniku i podziwiamy widoki. Ponad  karkonoski horyzont wystaje izerska wieża Ještěd

Zostawiamy Kotły w tyle. Naszym następnym celem jest Szrenica.

Nieoczekiwany widok – sportowe awionetki

Wydaje się już niedaleko

Na samą Szrenicę nie wchodzimy. Gdybyśmy chcieli, moglibyśmy jeszcze zdążyć na ostatnie wagoniki zjeżdżające do Szklarskiej, ale postanawiamy trzymać się oryginalnego planu, czyli zejść do Przełęczy Szklarskiej w Jakuszycach. Trzeba jednak coś poważnego zjeść – zatrzymujemy się na pierogi w Schronisku na Hali Szrenickiej. Spod tego schroniska lepiej już widać Góry Izerskie niż Karkonosze. Wysoki Kamień po prawej i obły szczyt Kamienicy na ostatnim planie. 

Tablica przypomina, że jesteśmy w domu cietrzewia. Ponoć reintrodukcja gatunku w naszych górach po obu stronach granicy ma się dobrze. 

Tuż poniżej Hali Szrenickiej wchodzimy w las

Mimo że to ciągle Karkonosze, klimaty już zdecydowanie izerskie.

Mijamy start tor saneczkowy – nie miałem pojęcia o jego istnieniu

Spośród drzew wyłaniają się już czubki Owczych Skał

Równie ciekawe z profilu i en face

Jeszcze nieco schodzenia przez las a potem już szeroką drogą do Jakuszyc.

Po nieco ponad ośmiu godzinach i pokonaniu ponad 27 kilometrów kończymy wycieczkę w pobliżu Polany Jakuszyckiej, czyli tam, gdzie Karkonosze przechodzą w Góry Izerskie. Tak się składa, że całe Karkonosze mają około 54 kilometrów – przeszliśmy więc równo połowę pasma. Trzeba będzie pomyśleć o zobaczeniu wkrótce i drugiej połowy. 

Więcej zdjęć za chwilę do obejrzenia w Galerii.

Lucni Bouda

Niedługa i niespieszna wycieczka z Kopy przez Lucni Boudę, Strzechę i Samotnię. I pierwsza od wielu, wielu lat w tę część Karkonoszy.

Wjazd pierwszymi porannymi krzesełkami z Karpacza na Kopę, gdy wczasowicze jeszcze śpią. 

Powoli znad pasma kosodrzewiny wyłania się Śnieżka

Tu już góra w pełnej krasie. Pięknie w porannym świetle odbijają się ścieżki

Bardzo słoneczny dzień się szykuje, czego w górach akurat nie szukamy. Nasz plan to jednak przewidział: zanim słońce stanie w zenicie, my już będziemy schodzić z głównego grzbietu  i wchodzić w strefę lasu. Choć jesteśmy tak blisko, na Śnieżkę nie wchodzimy – dziś niech zrobią to za nas inni, my wejdziemy innym razem. Wpadamy tylko na moment do Domu Śląskiego, by odświeżyć wspomnienia. Wspomnienia okazały się lepsze. 

Torfowiskami wybieramy się do Lucni Boudy, a stamtąd z powrotem przez grań na stronę polską do Strzechy, Samotni i przez Polanę do Białego Jaru. 

Lubię Równię pod Śnieżką ze względu na jej tundrowy charakter – krajobrazy jak nie z tej strony świata.  I wdzięczny obiekt do fotografii. 

Nadźwigałem się tego mojego zooma, nakombinowałem przy ujęciach, a w domu się okazało, że na karcie pamięci nic się nie zachowało. Niech to! To tylko zdjęcia, ale paru z nich mi szkoda, np. ładnie pozujących krzyżodziobów. Na szczęście to nie był jedyny aparat na wycieczce, więc dokumentacja wycieczki jest – za wyjątkiem kilku moich zdjęć komórką, cała reszta to dzieło Doroty.

Na pomoście wiodącym przez karkonoskie mokradła kilka razy napotkałem dużą ważkę. Nawet udało mi się ją sfotografować, ale z powodów już wcześniej podanych zdjęciem pochwalić się nie mogę. W pobliżu ścieżki jakiś fachowo ubrany i wyposażony Czech łapał siatką owady

 Udusiłbym się, gdybym go nie zapytał, co tu robi. Miły młody człowiek odpowiedział, że łapie właśnie tę rzadką karkonoską ważkę – żagnicę północną. Każdego złapanego osobnika oznacza farbką i wypuszcza – w ten sposób szacuje ich tutejszą populację.

Żagnica północna w Polsce występuje tylko na tutejszych torfowiskach. Gdy   jest zimno jest szara, gdy robi się ciepła zmienia kolor na niebieski. Te nasze były niebieskie – stąd wniosek, że było ciepło.

Dochodzimy do Lucni Boudy

Obiekt jest olbrzymi, ale położony w obniżeniu – w krajobraz wkomponowuje się całkiem dobrze. Wchodzimy do środka i jesteśmy zaskoczeni – prosta i surowa forma zewnętrzna przechodzi w nowoczesne i funkcjonalne wnętrze: automatyczne drzwi, pokoje hotelowe ze spa, w samoobsługowym bufecie piwo z kija nalewa się samemu i płaci kartą bez udziału obsługi. A piwo idzie prosto z browaru pracującego w piwnicy schroniska. Jakaż to odmiana po wizytach w paru schroniskach po naszej stronie. 

Częstujemy się borówkowym kołaczem  

Po kawie i kołaczu idziemy kawałek dalej na czeską stronę, gdzie w oddali widać kapliczkę 

W tym miejscu upamiętniono liczne zasypane i zamarznięte ofiary gór

Jeszcze kilkaset metrów dalej i przed nami otwiera się widok na czeski kraj 

Zawracamy i ponownie przechodzimy koło Lucni Boudy. Widoki z jej okolic

Wracamy przez główny grzbiet na polską stronę. Schodzimy do Kotła Małego Stawu

Bardzo miły i dawno niewidziany widok Strzechy Akademickiej

Wśród niebiesko kwitnących roślin szukamy gencjany. ale ciągle znajdujemy tylko tojad. Na gencjanę widać jeszcze za wcześnie 

Stąd już blisko do jednego z najładniejszych widoków Karkonoszy. Ze szlaku wiodącego w dół od Strzechy otwiera się widok na Mały Staw i Samotnię

Sporo miłych acz bardzo w czasie odległych wspomnień Samotnia przywołuje. 

Do tego miejsca ruch na trasie był znośny. Wydaje się, że turystów – mimo szczytu sezonu – jest znacznie mniej niż w poprzednich latach, gdy i do wyciągu w Karpaczu i w drodze na Śnieżkę ustawiały się długie kolejki. Dopiero przy Samotni robi się tłoczno – spotykają się tu turyści, którzy wjechali na Kopę wyciągiem i teraz schodzą, z turystami, którzy wyszli z Karpacza w góry piechotą, traktując Kocioł Małego Stawu jako punkt docelowy. 

Krótki postój nad brzegiem stawu

 Idziemy dalej. Czyli niżej. Przed nami już tylko Polana. Kiedyś stało tu kultowe niemal Schronisko Bronka Czecha (niem. Schlingelbaude), dziś to tylko łąka i miejsce przystankowe dla turystów najbliższe Karpacza i Świątyni Wang.

Koniec wycieczki. Przeszliśmy około piętnastu kilometrów – głównie po płaskim i w dół. Miło, ale czas na większe wyzwania. O tym w kolejny odcinku.

Na więcej zdjęć Doroty zaprasza do Galerii.