Kategoria: Góry

Przemysław Wiater

Zmarł Przemysław Wiater.

Dla każdego, kto kocha Karkonosze i Góry Izerskie, Pan Wiater był ważną postacią. Miłośnik naszych gór, ich historii i kultury, muzealnik, od niedawna dyrektor Muzeum Karkonoskiego, autor książek i opracowań traktujących o regionie. 

Latem obejrzeliśmy wystawę czasową Zauroczeni Karkonoszami powstałą w Muzeum Karkonoskim za czasów Jego krótkiej dyrekcji. Czytaliśmy jego ostanie książki, m.in. Zauroczeni Karkonoszami o kolonii artystycznej w Szklarskiej Porębie. Wszystkie Jego książki zajmują ważne miejsce na mojej półce z regionaliami. 

Będzie mi brakowało Jego kolejnych książek.

Piesi spacer na Wysoki Kamień

Piesi – czyli pieszo z psami.

Piękne słońce zachęciło do wyjścia w nasze górki. I choć okazało się, że od wysokości 800m są chmury i lekki wiatr, to warunki dla krótkiej górskiej wycieczki były wyśmienite. 

Samochód zostawiliśmy w Białej Dolinie w Szklarskiej Porębie i stamtąd na 12 łapach ruszyliśmy niebieskim szlakiem na Wysoki Grzbiet. Szliśmy Starą Drogą Celną do Rozdroża pod Zwaliskiem i dalej na Wysoki Kamień. Po drodze napotkaliśmy resztki śniegu pochodzącego z opadów sprzed 2-3 tygodni. I tak powstał pierwszy tej zimy bałwan. Ku czci wszystkim nam rządzącym.

 

Na Wysokim Kamieniu już “paręnaście” lat chyba nie byliśmy. Od tego czasu Pan Gołba ukończył główny budynek schroniska, a i wieża ma się ku końcowi. Rzecz gustu, czy się one w krajobraz wkomponowują, czy nie… Dla mnie nie. Ale pozytywnego fioła jak najbardziej doceniam i wycieczki do tego miejsca polecam.

Mimo zmiennej pogody – a może właśnie dzięki niej – widoki z Wysokiego Kamienia na Karkonosze, przez które przewalały się chmury fenowe były dziś pyszne. 

Blisko miejsca, gdzie zostawiliśmy autko, szukaliśmy kamienia upamiętniającego ważną dla Szklarskiej Poręby personę. A niełatwo nam było ten kamień odnaleźć, bo krajobraz tego rejonu Szklarskiej bardzo się wynaturzył, zurbanizował, zapartamentnił i spaskudził. Słów brakuje dla opisania tego bezładu… Ale kamień znaleźliśmy. 

Upamiętnia on miejsce śmierci mistrza szklarskiego Hansa Preusslera. Był on drugim, po swym ojcu Wolfgangu, dzierżawcą huty w Białej Dolinie założonej w 1617r. Starą Drogą Celną transportowano z Białego Kamienia surowiec do huty. W 1688r. w drodze z Garbów do huty Hans Preussler nagle zmarł. I tam spoczywa ów kamień z inskrypcją “H.P. + 1688”. 

Mówią, że to najstarszy pomnik w Izerach.  

A to inne znalezisko…

Wyobraźnia podpowiada kilka możliwych składów takiego “twardego kompotu”.

 

Zauroczeni

Z tygodniowym opóźnieniem krótka relacja z wystawy Zauroczeni Karkonoszami w Muzeum Karkonoskim w Jeleniej Górze. Wystawy już niestey zamkniętej.

Muzeum pokazało własne zbiory malarstwa pejzażowego artystów śląskich XIX i pierwszej połowy XXw. Wiele prac wyszło spod pędzli artystów skupionych w Stowarzyszeniu Artystów św. Łukasza w Szkalrskiej Porębie. Tematem przewodnim wszystkich kilkudziesięciu prac były Karkonosze i Góry Izerskie.  Niektóre z tych prac znamy na przykład z pocztówek wydawanych do 1945r. 

Nie znając zasobów Muzeum, spodziewałem się jednak ujrzeć sporo prac “oczywistych” malarzy: Karla Ernsta Morgensterna, Friedricha Iwana i Paula Austa.  To głównie ich prace trafiały licznie na pocztówki. I rzeczywiście, obrazy tych dwóch pierwszych znalazłem, choć niewiele. Austa nie było wcale. 

Na zdjęciu obok jeden z pocztówkowych motywów Morgensterna.

 

Mały kącik prac Friedricha Iwana.

 

Miłym zaskoczeniem były obrazy artystów mi wcześniej nieznanych, np. Getrude Staats. Dwie z kilku jej prac obok.

Polecam wyguglowanie więcej informacji o tej wrocławskiej malarce.

 

Pejzaż z chatą i ulami Artura Wasnera – też ładny i klimatyczny widok.

Z oczywistych względów na wystawie zabrakło najbardziej chyba znanego i mojego ulubionego pejzażu karkonoskiego – Blick von Warmbrunn auf die Kleine Sturmhaube (Widok z Cieplic na Mały Szyszak) Caspara Davida Friedricha:

Taki widok z Cieplic przez Sobieszów i Chojnik na Główny Grzbiet Karkonoski oczywiście nie istnieje, ale tak przedstawiał  właśnie swój świat Caspar Friedrich. Miałem przyjemność oglądać ten obraz – i to dwa razy – w Muzeum Sztuk Pięknych im. Puszkina w Moskwie.   

Bajkcyl

Córka mieszkająca w Anglii wpadła do nas na wakacje. Jakiś czas temu dopadł ją tam bajkcyl, czyli bakcyl rowerowy. Śmiga codziennie przed a czasem i po pracy po kilkadziesiąt kilometrów, a w weekendy i po sto. Regularnie.  No i przywiozła tego bakcyla ze sobą do Przecznicy, a że w garażu rowerki stały, przechodzimy właśnie wszyscy lekką infekcję. 

Po małym rozruchu w tygodniu,  dziś przyszedł czas na wyczym, o którym myślałem od dawna: wyprawa spod domu w najdalsze rejony polskich Gór Izerskich i powrót tego samego dnia o własnych siłach. I pewnie bym się na to łatwo nie zdecydował, gdyby Agnieszka nie przejechała się pewnego ranka sama do Izerki i z powrotem.

Wyjechaliśmy przed ósmą najkrótszą drogą przez Grzbiet Kamienicki do Rozdroża Izerskiego. Potem szlakiem żółtym – zielonego chyba nie da się rowerem zrobić – na Grzbiet Wysoki. 

Pierwszy dłuższy przystanek – nie licząc dwóch przerw na dopompowanie tylnej dętki – na Rozdrożu pod Kopą (998m npm). Największe przewyższenia za nami. Zdarzyło mi się prowadzić rower dwa razy po jakieś 100m. Aga gruntu nie dotknęła.

Dalej  zółtym szlakiem do Jakuszyc. Trochę płasko, trochę z górki. Droga momentami wyboista, cały czas przez las – pięknie. Na Polanie Izerskiej dopiero w trzecim serwisie był serwisant, który wymienił mi dętkę. Przy okazji zobaczyłem, jak się ma budowa centrum sportów zimowych na Polanie. Szału nie ma, ale dobrze, że w ogóle powstaje. Choć trochę szkoda, że przez to jeszcze tłoczniej się w Izerach zrobi. 

W drodze na Orle mijamy trochę pieszych, biegaczy i niewielu rowerzystów. Może za wcześnie jeszcze. Orle mijamy bez przystanku, bo w naszym tempie to tylko kilka minut z Polany. Następny postój przy Chatce. Córka – obowiązkowy naleśnik z jagodami, ja bigos z chlebem, bo śniadanie skromniutkie było.

Z Chatki na Polanę ostatni trudniejszy podjazd. Potem ostry zjazd do Świeradowa. Przez Krobićę i Gierczyn do domu.

Wracamy na póżną południową kawę. 

Cała wyprawa zajęła nam 5 godzin i 5 minut, z tego 4 godziny i 3 minut czystej jazdy.  Przejechaliśmy 53km, pokonaliśmy nieco ponad 1km przewyższeń.

Lekko nie było, ale dramatu też nie. 

Odrobina zimy

Wykorzystując słoneczną aurę, wybraliśmy się na Stóg i Smrek by zobaczyć jak wygląda prawdziwa zima – pierwszy i pewnie ostatni raz tej zimy.

Startujemy z niemal wiosennej stacji i dolnej. Trwała pokrywa śnieżna zaczyna się mniej więcej w połowie trasy kolejki, na szczycie śniegu jest niecały metr. Cała trasa zjazdowa ładnie dośnieżona. 

W kilkanaście minut przensimy się do całkowicie innego świata

Jest środkowy pranek, niebo jeszcze bezchmurne, powietrze przejrzyste – zdjęcia same się robią. 

Jeśli jest mróz, to niewielki. Śnieg się skrzy,  skrzypi pod nogami i ładnie prezentuje na konstrukcjach i drzewach.

Na szlaku jeszcze pusto, przez Łącznik idziemy w kieruku Smreka po śladach w większości zotawionych tu jeszcze wczoraj. 

Stóg z oddali

Na Smreku… Ukrzyżowany Chrystus z ukrzyżowanym Chrystusem na szyi 

Z wieży widokowej na Smreku

Najciekawsze chyb zdjęcie…

Ktoś tu sobie z języka czeskiego zażartował. Skor w czeskim mogą istnieć słowa bez samogłosek (np. pobliski Smrk czy vlk) a nawet całe zdania (Strč prst skrz krk), to po co w słowie POZOR to pdwójne ‘o’?

W drodze powrotnej sptykamy już więcej osób, a niebo zaczyna się chmurzyć. Warto było wyjść z domu wcześnie..

Powrót przez Stóg. Przy górnej stacji spory ruch – i narciarze i spcerowicze. Mało kto wybiera się dalej.

Pierwszy zimowy spacer

Pieszo odbyliśmy pierwszy spacer w stronę Tłoczyny w pełnej zimowej aurze. Ale śniegu na drogach leśnych już wystarczy i na biegówki. Może wkrótce…

Dużo świeżych jelenich śladów. Dwie łanie przebiegły nam drogę. Do drugiej – mimo okresu ochronnego – udało mi się strzelić z telefonu

I jeszcze o Michelsbaude

Gerhart Hauptmann “A Pippa zatańczy”. Akt II (tłum. W. Kunicki i T. Małyszek):

Wnętrze samotnej chaty w górach. Duża i mała izba są niesłychanie zaniedbane. Sufit czarny od dymu i starości. Jedna belka pęknięta, pozostałe wygięte i w prowizoryczny sposób podparte nieociosanymi balami. Pod bale podsunięto małe deszczułki. Podłoga jest gliniana, z zagłębieniami i wybrzuszeniami; tylko wokół ruiny pieca jest wyłożona cegłami. 

Są to didaskalia otwierające drugi akt dramatu. Opisuje górską chatę, prawdopodobnie Michelsbaude. Na ile realistyczny jest to opis niech świadczy dokument z tamtych czasów, do którego dokopał się Marcin Wawrzyniec:

Do dzierżawcy Michelsbaude pana Roberta Adolpha

Według żandarma pana Rohledera piec w pańskiej izbie mieszkalnej od frontu jest niezdatny do użytku. Niniejszym nakazuję niezwłocznie przywrócić piec do stanu używalności i po wykonaniu powyższego zgłosić do odbioru.

 

Szklarska Poręba, 29 sierpnia 1889

zarządca majątku, Franz Pohl

Dramaty Hauptmanna pisane były w konwencji realizmu baśniowego. W jak najbardziej rzeczywiste miejsce i czas wplatał postaci i wydarzenia całkowicie baśniowe. Ale robił to w taki sposób, że nie wiadomo, gdzie kończył się świat rzeczywisty a zaczynały lokalne legendy. Już teraz wiemy, że chata starego Huhna, w której odgrywa się Akt II, faktycznie istniała i wiemy jak wyglądała. Sama Pippa i Huhn to już produkt lokalnych baśni.

Drugie życie Michelsbaude

Sympatyczna i kulturotwórcza zarazem uroczystość miała miejsce na Jeleniej Łące w Górach Izerskich. W miejscu, gdzie do początku XX wieku stała Michałowa Buda (Michelsbaude), został postawiony kamień, na którym dziś została odsłonięta tablica upamiętniającą tę chatę. A ponieważ miejsce to znajduje się z dala od dróg samochodowych, była to również mała wycieczka.

 

Grupa ok. 25 osób zebrała się na parkingu w Jakuszycach i o godz. 11 wyruszyła w kierunku Rozdroża Pod Cichą Równią.

Już na na miejscu Marcin Wawrzyńczak, główny inspirator i prowokator wydarzenia, przedstawił historię poszukiwań informacji o budzie i pomysł jej upamiętnienia. Podziękował przy tym osobom zaangażowanym w projekt: Ullrichowi Junkerowi za tłumaczenia licznych materiałów źródłowych, sponsorom za pokrycie kosztów tablicy i panu leśniczemu, w którego rewirze rzecz miała miejsce.

Ullrich Junker przedstawił kontekst historyczny. Jego biegłej umiejętności czytania pisanego niemieckiego gotyku historia Michelsbaude ukazała nam swe liczne oblicza.

Nasze psy też słuchały, ale sądząc po pyskach, historia akurat tej budy nie wzbudziła ich zainteresowania.

Odsłonięcie tablicy

Wybierając się z domu na takie wydarzenie, nie mogłem nie zabrać ze sobą dramatów Gerharta Hauptmanna z “A Pippa tańczy” na czele. Nie planując tego wcześniej i – cytując klasyka – bez żadnego trybu, zająłem na chwilę mównicę i odczytałem didaskalia do drugiego aktu dramatu, w których autor dość precyzyjnie opisuje wnętrze chaty będącej najprawdopodobniej – ale nie na 100 % – pierwowzorem była właśnie Michelsbaude w jej już schyłkowym okresie na początku XX wieku.

Organizatorzy pomyśleli nawet o poczęstunku – na drewnianej ławie stojącej tuż przy odsłoniętej tablicy wylądowały lokalne wyroby: chleb, masło, sery, serwatka i butelka oryginalnego Echt Stonsdorfera. 

Dla mieszkańców naszej małej izerskiej ojczyzny i miłośników historii jednocześnie takie wydarzenie to nie lada gratka. Było nas tam ponad 20 osób z Polski, Czech i Niemiec, ale sądząc po aktywności w mediach, osób zainteresowanych tą tematyką jest znacznie więcej. Znacznie mniejsze grono stanowią osoby, które te historie wynajdują, badają i udostępniają innym – za to właśnie jestem wdzięczny Marcinowi. Oby odkrył jeszcze przed nami inne izerskie światy.

Polecam stronę wydawnictwa Wielka Izera utworzonego celem wydania książki oraz jej fejsbukową siostrę. A także archiwalne wpisy na blogu Marcina nieczęsto już niestety odświeżanym.

Za Kowalówkę

Dłuższy wpis tym razem, bo wyprawa była długa. Wybraliśmy się na pieszą wycieczkę za Tłoczynę i Kowalówkę. Pogoda dopisała – było słonecznie, ale nie gorąco. Lekki wiatr pilnował, byśmy się nie zgrzali. Pokonaliśmy 16km i prawie 400m przewyższenia. Profil trasy:

Poniżej wybór zdjęć. Więcej w Galerii.

Skład wyprawy nie licząc fotografa

Woda na Mrożynce szybko opada. Jeszcze dwa dni temu strumień ledwo się przeciskał poniżej tego zwalonego pnia.

Pierwszy postój po 5km w miejscu, gdzie droga zakręca na zachód w stronę Byczej Chaty obchodząc Tłoczynę od południa. My idziemy dalej i okrążamy również Kowalówkę.

Zimą postawiliśmy tu śnieżnego bałwana. Teraz wersja letnia.

Gdzieniegdzie tylko otwiera się widok na okolice. Polecam ten obrazek ze względu na liczne warstwy z grzbietem Karkonoszy na najdalszym planie.

Kwitną jeszcze świerki. Te czerwone twory, to kwiaty męskie, nie szyszki. Wystarczy je lekko potrząsnąć, by zaczęły pylić.

Antoniów w oddali

Na tym odcinku droga leśna powstała chyba jeszcze w XIX wieku. Skarpy wzmocnione kamiennymi murkami, do słupków były pewnie przymocowane poręcze. Kilka takich słupków jeszcze tam jest. 

Pojawiły się licznie grzyby, w tym te jadalne, choć nie pierwszego wyboru, no. uszak bzowy.

Na wysokości Kowalówki, czyli na niemal 900 metrach, łąki zastępowane są torfowiskami. Przekwitła na nich już wełnianka. To co widać na zdjęciu to owocostany – maleńkie nasiona wyposażone we włoski umożliwiające dłuższe loty.

Na naszej łące pod lasem też jest stanowisko wełnianki, ale jeszcze jej nie widać.

Dużo już motyli. Większość z zaobserwowanych to różnego typu rusałki: osetnik, admirał, żałobnik, pawik.

Kwitną borówki czarne, czyli czarne jagody.. Te czerwone kulki na gałązkach, to nie młode owoce jeszcze, a kwiaty.

Dochodzimy do krzyżówki dróg zwanej Cztery Drogi. Niezbyt wyszukana nazwa, biorąc pod uwagę, że do znakomitej większości skrzyżowań dochodzą właśnie 4 drogi. Jest to tylko nieco poniżej maksymalnej wysokości osiągniętej tego dnia. Od tego miejsca ostrzejsze zejście asfaltem. 

Dla naszej bigielki, jeszcze rok temu mieszkającej w schronisku, gdzie nie miała ruchu, ale za to sporą nadwagę, taki spacer to spore wyzwanie. Po ok. 10km zaczęła pilnować – nomen omen- ogona wycieczki. Stąd jej brak na zdjęciu. 

Opuszczone zabudowania górnej wsi. Dawno tu już nie byliśmy. Mury stoją, ale coraz gorzej się mają. Już chyba za późno na ratowanie….

Tradycyjna przecznicka studnia schodząca wgłąb ziemi ukośnie. Woda zaledwie dwa metry poniżej poziomu gruntu.

Łąki w górnej części wsi zdominowane w tej chwili przez niebieskie przetaczniki ożankowe i jaskry. 

Gajowiec żółty

To już trzecie znani mi stanowisko storczyków w Przecznicy.

Sympatyczny stawik wiejski. Wydaje mi się, że to ten z jednej ze starych pocztówek. Trzeba będzie przyjść raz jeszcze i przyjrzeć się dokładniej. 

 

Na dzisiaj to koniec. 16 kilometrów, prawie 5 godzin.

Prawie koniec… Jeszcze podsumowanie ptasich obserwacji. Najliczniejsze były zięby, pewnie ponad 20 osobników spotkaliśmy po drodze. Królem obserwacji bez wątpienia była jednak rodzina bielików. Gatunek rzadki i chroniony, więc więcej nie powiem, by nie kusić licha. Poza tym widzieliśmy: dzięcioła dużego i czarnego, kosy, sójkę, kapturkę, rudzika, kruka, modraszkę, sosnówkę, parkę strzyżyków, pierwiosnka, trznadla i potrzeszcze. 

PS. Pozdrowienia dla Pana K. spotkanego po drodze, który spytał się, czy relacja z tej wycieczki będzie na stronie. Cieszę się, że mam czytelników.

Krokusy w Górzyńcu (udana próba)

Tym razem udana wizyta w rezerwacie przyrody “Krokusy w Górzyńcu”.

Krokusy, a właściwie szafrany spiskie, w pełni rozkwitu: najstarsze już więdną, młode jeszcze kiełkują. Choć widok tchu nie zapiera, dziesiątki kwitnących kwiatów w środku lasu wczesną wiosną robią wrażenie.  Więcej zdjęć w Galerii.

 

W okolicach Zakrętu Śmierci zalegają już tylko resztki śniegu – czyżby to nasz ostatni bałwan tej zimy…?

 

A pod domem niespodzianka – pierwszy tulipan!!!